Krajobraz po rewolucji

Rok temu mówiono wiele o arabskiej wiośnie ludów. Hm, wiosna może i nastała, ale na pewno nie dla chrześcijan z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Oni nadal żyją w warunkach antydemokratycznej arktycznej zimy.

Wśród materiałów informacyjnych, które otrzymałem na temat niedawnej konferencji "Chrześcijanie w świecie arabskim: rok po arabskiej wiośnie", zorganizowanej w Parlamencie Europejskim, znalazłem także bardzo wymowne zdjęcie: widać na nim grupę egipskich chrześcijan, uczestniczących w uroczystościach pogrzebowych koptyjskiego patriarchy Szenudy III, a nad nimi muzułmanów spuszczających na sznurach wiadra z bezcenną w tym kraju wodą. Ot, taki niewielki, acz wymowny, dowód muzułmańskiej solidarności z chrześcijanami. Czyli jednak można... Niestety, to za mało, żebym napisał tekst z gatunku tych pozytywnych, optymistycznych i krzepiących.

Facebook górą

Reklama

Na początek dwie opinie wygłoszone podczas konferencji w Brukseli: "Tak zwana arabska wiosna w Maghrebie i Maszreku (...) musi być postrzegana jako jeden z najbardziej przełomowych momentów i zmian systemowych w XXI w." - to słowa dr. Joe Vella Gauciego z Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE). I zdanie drugie: "Demokratyzacja Bliskiego Wschodu nie przynosi ulgi mieszkającym tam, coraz bardziej prześladowanym chrześcijanom. To bardzo gorzka prawda rok po arabskiej wiośnie" - autorstwa Konrada Szymańskiego, wielkopolskiego posła PiS do Parlamentu Europejskiego.

Obie te opinie są jak najbardziej prawdziwe. Rację ma dr Gauci, stwierdzając, że mieliśmy do czynienia z serią niezwykłych wydarzeń, niespotykanych w tej części świata od wieków. Otóż ten jeden jedyny raz oddolne ruchy społeczne okazały się silniejsze niż więzy krwi, religijne nakazy i policyjne zakazy. Nawoływania do buntu, płynące z internetowych portali społecznościowych, zagłuszyły chwilowo nawet wszechobecne śpiewy islamskich muezinów.

Rewolucja arabska miała bowiem jeden wspólny mianownik: biedę. To jedno słowo przełamało wszelkie podziały i zjednoczyło na moment całą arabską ulicę. To bieda wyprowadziła ludzi na place i to bieda zmiotła w końcu tamtejsze "tysiącletnie" autorytarne reżimy. Tyle tylko, że jak w przypadku niemal każdej rewolucji, z jej owoców skorzystali jedynie nieliczni. Rację ma więc również europoseł Szymański: dla chrześcijan zmiana jest nieodczuwalna. Świeckie rządy autorytarne zostały po prostu zastąpione przez równie autorytarne rządy religijne, sprawowane przez mniej lub bardziej radykalnych, ale jednak islamistów.

W kolejce do szariatu

Spójrzmy zresztą na powyborczą mapę tamtej części świata. W Tunezji wybory parlamentarne wygrała islamska partia "Ennahda" ("Odrodzenie"), której działalność była przez lata zakazana i surowo tępiona przez reżim byłego prezydenta Ben Alego. Teraz "Ennahda" zdobyła większość miejsc w parlamencie, najważniejsze stanowiska ministerialne i fotel premiera dla jednego ze swoich liderów - Hamady Dżebaliego. Podobnie w Maroku, gdzie arabska wiosna ludów przybrała nieco łagodniejszą formę, ale i tak wiatr historii wyniósł do władzy islamistów z "Partii Sprawiedliwości i Rozwoju".

Z kolei w Egipcie islamskie partie zdobyły 75 proc. miejsc w parlamencie - zwyciężyli umiarkowani islamiści z Bractwa Muzułmańskiego, ale aż jedna czwarta głosów przypadła ultraradykałom z salafickiej "Partii światłości". Za chwilę podobnie będzie także w Libii, gdzie faworytami tegorocznych wyborów powszechnych są oczywiście radykalni islamiści.

A chrześcijanie? Cóż, nadal pozostają warstwą nieuprzywilejowaną, biedniejszą, niedopuszczaną do najważniejszych stanowisk i urzędów, a często wprost prześladowaną. A przecież już przed arabską wiosną Bliski Wschód i Afryka Północna były regionami, w których statystycznie najczęściej dochodziło do przemocy na tle religijnym. Teraz jednak islamiści dostali zielone światło od wyborców. I tylko czekać, aż zażądają wprowadzenia prawa szariatu w jego najostrzejszej wersji - takiej, która obowiązuje choćby w islamsko "czystej" Arabii Saudyjskiej.

Szybkowar pod wysokim ciśnieniem

Jak to wygląda w praktyce, widać najlepiej na przykładzie konkretnego kraju. Z relacji dr. Corneliusa Hulmana, holenderskiego socjologa i redaktora naczelnego raportu "Arab-West", wyłania się przygnębiający obraz rzeczywistości porewolucyjnego Egiptu. Dawne, dumne Państwo Faraonów jest dziś krajem, w którym około 80 proc. ludności żyje na progu lub poniżej poziomu minimum egzystencji. Przepaść między bogatymi i biednymi jest ogromna, a różnice klasowe i majątkowe znaczą w Egipcie o wiele więcej niż różnice religijne. Zwycięzcy rewolucji odziedziczyli kraj znajdujący się w fatalnej sytuacji gospodarczej. Państwo nie jest także zupełnie przygotowane na spodziewane niedobory wody.

A egipska ulica nadal wrze. Jak relacjonował dr Hulman, 85 mln ludzi żyje stłoczonych na niewielkich, odpowiadających wielkością Holandii, życiodajnych skrawkach ziemi w Dolinie Nilu i Delcie rzeki. Jego zdaniem przypomina to do złudzenia życie w małym "kuchennym szybkowarze, w którym panuje bardzo duże ciśnienie". W takiej sytuacji najbardziej oczywistym ogniskiem zapalnym staje się religia, co bez skrupułów wykorzystują radykalni muzułmanie. Ich ulubionym celem ataków stali się Koptowie.

Arabska wiosna nie zmieniła również nic w sytuacji prawnej egipskich chrześcijan. Cały czas nie mogą oni piastować najwyższych stanowisk państwowych, a prawo opiera się - choć nie wprost - na nakazach szariatu. Oznacza to, że chrześcijanin może bez przeszkód zmienić wyznanie na islam, natomiast konwersja z islamu na chrześcijaństwo jest zabroniona i karana bardzo surowymi sankcjami.

Każdy Egipcjanin ma nadal wpisaną w dowodzie tożsamości przynależność religijną - co z reguły oznacza gorszą pracę, gorsze szkolnictwo i gorsze warunki bytowe. Praktykowanie chrześcijaństwa poza świątyniami, czy choćby noszenie symboli religijnych jest właściwie niemożliwe. Odwrotnie - żadna chrześcijanka nie może pokazać się w miejscu publicznym bez islamskiej chusty na głowie.

Szejk i wójt

Ale to tylko jedna strona medalu. Bo jest jeszcze codzienność ludzi żyjących obok siebie. A jak wspominał dr Hulman, zdecydowana większość Egipcjan nie jest nastawiona radykalnie. Pokojowa koegzystencja wyznawców różnych religii jest zatem możliwa. Wystarczy tylko zejść na niższy poziom, do niewielkich społeczności lokalnych, np. do Qufady, małej wioski z kilkoma tysiącami mieszkańców, w której chrześcijanie stanowią 15 proc. ludności. Tymczasem głową wsi jest chrześcijanin, natomiast lokalne spory rozpatrywane są przez sąd pojednawczy, na czele którego stoi szejk Abel Fatah Hamdi, członek radykalnej salafickiej partii el-Nur. I co ciekawe - nie krzywdzi żadnej ze stron.

Czy w innych miejscach może być podobnie? I czy da się w ogóle takie relacje przenieść na całe społeczeństwa? Tak, ale najpierw musi dojść do niezbędnych zmian w prawie. To zadanie równie pilne jak reforma egipskiej, libijskiej czy algierskiej gospodarki. Praktyka pokazuje bowiem, że tam, gdzie występują jakiekolwiek odgórne ograniczenia wolności religijnej, tam najszybciej dochodzi do zwiększenia się poziomu przemocy właśnie na tle religijnym. Zatem tylko dzięki sprawiedliwemu i skutecznie egzekwowanemu prawu można powstrzymać ofensywę radykalnych salafitów i wahabitów, napędzanych przez irańskie i saudyjskie petrodolary.

No i druga sprawa. Wszelkie gospodarcze działania Zachodu wobec państw z kręgu arabskiej wiosny ludów muszą być uzależnione od poziomu przestrzegania wolności religijnej w tych krajach. Ponieważ, jak słusznie mówi europoseł Konrad Szymański, "Unia Europejska, jeśli chce zachować wiarygodność w obronie praw człowieka, o których chętnie poucza świat, musi zająć jasne stanowisko w obronie chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Domagamy się reakcji na każdy akt dyskryminacji i podjęcia tego tematu na stałe w kontaktach politycznych i handlowych Europy z krajami arabskimi".

ŁUKASZ KAŹMIERCZAK

Dowiedz się więcej na temat: Nie | rewolucja w krajach arabskich

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama