Którędy do nieba?

"Chrześcijanin powinien delektować się pojęciem nieba, smakować je i raz na zawsze wpisać w swój GPS jako najważniejszy cel ziemskiej podróży!"

"Którędy do nieba? W prawo? W lewo? Zaraz, zaraz, tata mówił, że za rondem przy trzecich światłach otworzyli 'Siódme niebo'... To na pewno musi być tam!".

Z pamiętnika sześciolatki, cz. 1

Reklama

- A dokąd ty się wybierasz? - zapytała mnie mama, kiedy wyposażona w plecak, zimowe buty (a był to maj albo czerwiec) i płaszcz przeciwdeszczowy typu przezroczysta folia stanęłam w drzwiach naszego mieszkania. - Jak to dokąd? - zapytałam szczerze zdziwiona. - Idę zobaczyć, jak jest w niebie.

Jedna z moich pierwszych dziecięcych wypraw jak szybko się rozpoczęła, tak też i zaraz się skończyła, choć zainspirowała mnie do jej podjęcia... lekcja religii. Siostra, która uczyła nas katechezy, zadała następującą pracę domową: "Jak wyobrażacie sobie niebo?". No, jak ja sobie je wyobrażam? Właśnie miałam je obejrzeć, a mama udaremniła moją ekspedycję. - Mamo, a dlaczego niebo jest niebieskie, a chmury białe? Czy w niebie będę musiała rozwiązywać zadania z matematyki? Czy będą mnie tam gryzły komary? Czy będę mogła jeść codziennie czekoladę? Czy ja się nie będę tam nudzić? Kiedy już miałam otrzymać odpowiedź, zadzwonił telefon...

"Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię..." (Rdz 1, 1)

W naszym doskonałym supermarketowym świecie każdego dnia przesuwamy granicę poznania, doświadczenia, czasu i przestrzeni, próbując odnaleźć szczęście, długowieczność i spełnienie. Chodzimy z nosami przy ziemi, szukając radości i wiecznej szczęśliwości tam, gdzie jej nie ma. Tylko od czasu do czasu zadzieramy głowy, by spojrzeć w niebo i sprawdzić, czy przypadkiem... nie spadnie deszcz albo śnieg. A przecież chrześcijanin powinien delektować się pojęciem nieba, smakować je i raz na zawsze wpisać w swój GPS jako najważniejszy cel ziemskiej podróży! Nie chodzi mi tutaj bynajmniej o przestrzeń kosmiczną, w której krążą przeróżne gwiazdy, ale o niebo jako źródło religijnego przeżycia i zachwytu.

Niebo nie przemawia już do nas jak rozpięty nad nami firmament, nie fascynuje.

Może za wiele już powiedziano? Niegdyś objawiało potęgę i grozę świata i tajemniczą moc nim rządzącą. Różne religie umieszczały Boga w górze, zgodnie z symbolicznym wyobrażeniem miejsca wyjątkowego, przeznaczonego dla istoty wyższej.

Wyobrażenie to obecne jest i w Starym, i w Nowym Testamencie. Określa świat położony "ponad ziemią", sferę prowadzącą do właściwej siedziby Boga. Jezus uczy nas słów: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie", a wstępując do nieba (Dz 1, 10), łączy się w chwale z Ojcem, by zasiadać po Jego prawicy "w niebiosach".

Wszystko, co w górze, odnosi się nie tylko do tego, co nad nami dominuje, ale do tego, co jest dobre.

Człowiek dawnych kultur potrafił odczytać pojawiające się na nieboskłonie znaki. Lazur czy czerwień nieba, groźne, granatowe chmury, Słońce, fazy Księżyca - wszystko to niosło ze sobą jakąś ważną informację lub ostrzeżenie. Pokora wobec nieba - te słowa chyba najczęściej pojawiały się na ustach ówczesnych ludzi.

Blaise Pascal pisał: "Cisza nieskończonych przestrzeni przeraża mnie", a półtora wieku po nim Immanuel Kant zwierzał się: "Dwie rzeczy napełniają moje serce wciąż nowym i wciąż rosnącym szacunkiem, im częściej i wytrwalej zastanawiam się nad nimi: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie".

Człowiek, patrząc w niebo, uzmysławiał sobie swoją nicość i kruchość. Uświadamiał potęgę świata i przypadkowość swojego bytu. A dzisiaj?

Nasze wyobrażenia nieba po prostu nas nie poruszają, bo są nudne, banalne, mdłe i ckliwe. Jesteśmy znudzeni i wypaleni. Kilkadziesiąt lat temu radzieccy kosmonauci powrócili na Ziemię z wiadomością, że nie widzieli Boga ani nawet anioła. Dzisiaj nadal z uporem maniaka bardziej szukamy planety, na której byłoby życie, niż Stwórcy wszechświata...

Wielu z nas, współczesnych zatraciło to, co było sensem i celem życia człowieka średniowiecza. Dla średniowiecznego chrześcijaństwa świat nadprzyrodzony nadawał doczesnemu światu decydujące znaczenie. "Ziemia była łonem nieba, niebo było sensem ziemi", a człowiek dzieckiem Ojca, które wierzyło w ojcowską obietnicę, że zabierze je do domu.

We wczesnej fazie malarstwa gotyku niebo wyobrażano przez kościół gotycki albo bramę, u wrót której stał niekiedy św. Piotr witający zbawionych.

Wszędzie i we wszystkim człowiek średniowiecza widział znaki niebiańskiej chwały. Obecnie średniowieczne obrazowanie, które nota bene niemal w całości jest obrazowaniem biblijnym, nie przemawia już do nas.

Ktoś wyrzucił do studni klucz do księgi średniowiecznych obrazów, stąd odczytanie ich w społeczeństwie nowoczesnej technologii - paradoksalnie - nie jest już możliwe. Dzisiaj straciliśmy nadzieję na niebo, zatraciliśmy umiłowanie nieba.

Z pamiętnika sześciolatki, cz. 2

No tak, telefon... i na pewno zaraz wyjdzie do sklepu i zapomni o mnie. Będę musiała sobie sama poradzić. Mama zdążyła mi tylko powiedzieć, że kiedyś wszyscy pójdziemy do tego "Siódmego nieba". Tylko kiedy? Religię mam już jutro. Już wiem, narysuję niebo.

Wzięłam blok rysunkowy, kredki i zabrałam się do rysowania. Najpierw podzieliłam kartkę na różnej wielkości kwadraty i prostokąty. Pierwsze mieszkanie, drugie, trzecie... Dwa pokoje, cztery, salon, garaż, ukwiecony balkon... Każde "wyposażyłam" w najpotrzebniejsze meble i sprzęty domowe. Drzwi opatrzyłam tabliczkami z nazwiskami ich gospodarzy, a u samej góry kartki umieściłam mieszkanie Pana Boga, z którym, za pomocą sieci korytarzy, połączone były pozostałe mieszkania.

W końcu słyszałam, jak ksiądz na Mszy św. odprawianej w dniu pogrzebu prababci czytał Ewangelię, że w domu Pana Boga jest wiele mieszkań i że każdemu z nas jest ono przeznaczone, więc moje wyobrażenie na pewno będzie poprawne.

Ciekawe tylko, jak jest w tym "Siódmym niebie"?

Wszystko i nic

Kiedyś słyszałam taką anegdotę: "Zdenerwowana stewardesa informuje podróżnych: "Samolot ma awarię, proszę więc zapiąć pasy, gdyż niewykluczone, że zamiast na ziemi, wylądujemy w niebie". "O, nie daj Boże!", zawołał podróżujący tym samolotem... ksiądz". Czarny humor?

Ludzkie serce dąży do tego, co w górze, a niebo wyraża to, co przekracza wszelkie granice. Kiedy już się tam znajdziemy, nasza niebiańska wiedza będzie nieskończona. Zobaczymy tam pełną prawdę.

"Słudzy Pana będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego na ich czołach. (...) A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków" (Ap 22, 4-5). Niebo jest komunią z Bogiem, jest też komunią ludzi między sobą.

Warto uświadomić sobie, że już teraz uczestniczymy w tym, co czyni Chrystus, który łączy niebo z ziemią. On jest ciągle tak na ziemi, jak i w niebie. Droga do nieba jest jedna i jest nią tylko Jezus.

Nierzadko ludzie mówią, że czują obecność umarłych i że ci nad nimi czuwają. To prawda. Wierzymy bowiem w obcowanie świętych, które oznacza nie tylko ich obecność w niebie, ale miłość i porozumienie między Kościołem na ziemi a Kościołem triumfującym w niebie. W niebie panuje jasność, takie też będzie nasze odzienie po zmartwychwstaniu, o czym wspomina Pismo Święte (Mt 17, 2; Ap 3, 5; 3, 18; 7, 9; 19, 8).

Nic co wartościowe nie może być zagubione w niebie, wszystko tam jest zachowane i przemienione, ale trzeba pamiętać też o tym, że w niebie będziemy posiadali wszystko i nic. Żeby wejść do nieba, musimy nauczyć się oderwania od tego, do czego tutaj, na ziemi, jesteśmy przywiązani. Wspomina o tym św. Paweł, mówiąc, że można nic nie mieć, a jednak posiadać wszystko (2 Kor 6, 10), bo kiedy Bóg nas posiada, "wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus Boga" (1 Kor 3, 22-23).

Nieba nie można pojmować według rozmiarów fizycznych, ale za pomocą języka symboli (Ap 11, 1). Jest ono na tyle wielkie, by nikt z miliardów ludzi nie musiał się w nim tłoczyć, a każdy z nas ma przygotowane tam przez Boga wieczne mieszkanie dla siebie. Przeczytałam kiedyś, że nawet jeśli ktoś nie wejdzie do nieba, to jego mieszkanie pozostanie puste, nikt nie zajmie przeznaczonego dla niego miejsca. Niebo nie jest "miejscem do wynajęcia", na chwilę. Jest samą rzeczywistością, bo jak pisał C.S. Levis: "Wszystko, co naprawdę realne, ma swoje miejsce w niebie. Wszystko, co chwiejne, zostanie zachwiane, a pozostanie tylko to, co się nie zachwieje".

Gdzie jest niebo?

Analizując ten problem dosłownie, niebo jest ponad chmurami. Dlaczego więc nie możemy się tam dostać statkiem kosmicznym? Bo niebo jest tam, gdzie jest Bóg, a On nie jest zdeterminowany przestrzenią, przekracza ją i jest we wszystkich miejscach równocześnie.

Nasze ludzkie kryteria dotyczące tych, którzy dostają się do nieba, są zdecydowanie zbyt proste, ba, nawet zabobonne. Nie trzeba przygotowywać żadnej skomplikowanej ankiety, by usłyszeć odpowiedź, że dobrzy ludzie dostają się do nieba, a źli do piekła. Miliony ludzi na całym świecie czytały Pismo Święte, miliony słuchały homilii papieży i miliony uczestniczyły co niedzielę w nabożeństwach, ale miliony nie pojęły, o co tak naprawdę chodzi. Niby przyjmujemy prawdę o dobrej nowinie, że do końca czasów drzwi nieba są otwarte, że potrzebne jest tylko przyjęcie daru wiary, nadziei i miłości, że tym darem jest Chrystus. Ale, niemal natychmiast, zapominamy o tym, że wszystkie inne nasze własne drogi niezależne od naszych intencji, zamiarów, pragnień i te "na skróty" bez Niego są ślepe, prowadzą donikąd. "Beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5).

Niebo nie jest miejscem, ale raczej stanem zjednoczenia człowieka z Bogiem.

Do nieba nie idzie się z laptopem czy azymutem w ręku, wynajmując najlepszego maklera na giełdzie, robiąc zimne kalkulacje: to mi się opłaca, a to już nie, w to zainwestuję, a w to nie, podejmę ten wysiłek, a z tego nic nie będę miał. Przeciwnie! Trzeba oddać Bogu całego siebie. Tego On wymaga, bo miłość nie zadowala się niczym innym. Jezus oczekuje całego naszego życia, a nie jednego, wybranego etapu.

Jak zauważa Bernard Sesboüé SJ, "nie powinniśmy zapominać, że niebo uwieczni wszystkie akty miłości i służby dokonane przez ludzi na ziemi. Zgodnie z Bożym zamysłem niebo będzie po części utworzone z tego, co uczyniliśmy".

Z pamiętnika sześciolatki, cz. 3

No nareszcie! Tata powiedział, że idziemy dzisiaj do "Siódmego nieba". Słyszałam, jak mówił, że tam jest "prawdziwe niebo w gębie". No jak to?! Jeszcze nie wyszliśmy z domu, a ja już się przestraszyłam: jak można mieć niebo w gębie? Przecież to jest niemożliwe!

Idąc z rodzicami, analizowałam w myślach nazwę tego dziwnego przybytku. "Siódme niebo", hm... To musi być jakieś wyjątkowe miejsce. Pewnie będzie ogromne, kolorowe, śliczne i zachwycające. W końcu to coś więcej niż "zwykłe", niebieskie niebo.

Cóż, dobrze, że jednak sama się tam nie wybrałam, bo po pierwsze: wydawało mi się, że jest to bliżej - a szliśmy bardzo długo, po drugie: była to zwykła, mała restauracja, niewyróżniająca się niczym szczególnym, a po trzecie: na deser były tylko lody malinowe, a ja lubię czekoladowe. I co to było za "siódme niebo"?

Dzisiaj z przymrużeniem oka wspominam moje dziecięce wyobrażenia o niebie, ale - choć minęło wiele lat od przywołanych przeze mnie "okołoniebiańskich" wydarzeń - nie udaję, że obecnie znam wszystkie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. "Pewna jestem tylko jednego: Niebo jest powrotem do domu", bo tam jest nasza ojczyzna (por. Flp 3, 20).

Dlaczego więc je przywołałam?

Argumentem przemawiającym za tymi może nieco nieporadnymi obrazami niech będą słowa Jezusa: "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego" (Mt 18, 3).

Niebo zaczyna się już teraz i jest wiecznością, w której my już tutaj, na Ziemi, uczestniczymy.

Dzisiaj już wiem, że Bóg stworzył nas dla nieba, że nikt nie będzie tam zbyteczny, że niebo będzie wielkim szczęściem, że w "Górnej Krainie" - jeśli się tam dostanę - spotkam wszystkie bliskie mi osoby, że zaspokojone będą wszystkie moje pragnienia, że wszystko, czego oczekuję, będzie niewymownie wspanialsze i doskonalsze, niż się spodziewam. Bo, jak zaświadcza św. Paweł: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2, 9).

I zapewniam: nie będziemy się nudzić, bo będziemy z Bogiem, a Bóg jest nieskończony.

Co powiem, kiedy Bóg zapyta, dlaczego miałbym (-łabym) dostać się do nieba?

MAŁGORZATA SZEWCZYK

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje