O Bogu w elementarzu

Prace nad przygotowywanym na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej darmowym podręcznikiem dla najmłodszych, czyli Naszym Elementarzem, od dawna budzą spore emocje. Ostatnio rozgrzała je walka o Boże Narodzenie, o którym w darmowym elementarzu w ogóle nie wspomniano...

W zaprezentowanej przez MEN drugiej części elementarza "Zima" pojawiły się bowiem elementy kojarzone ze świętami Bożego Narodzenia, ale pełna nazwa tych świąt nigdzie nie padła. Jest w nim za to mowa o "karpiu w galarecie", "Mikołaju", "prezentach" i "upominkach", "świętach" i "świątecznych zakupach" - ale nie o świętach Bożego Narodzenia. Pada za to pytanie: "Czy wszyscy obchodzą święta?". I polecenie dla dzieci: "Dowiedzcie się, jakie święta obchodzi się w innych krajach".

Reklama

Jako pierwszy zwrócił uwagę na tę oburzającą dla katolików treść Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, który zainicjował w internecie protest "NIE dla usuwania Bożego Narodzenia z darmowego podręcznika dla 1-klasistów!". 

W ciągu zaledwie kilku dni na apel sprzeciwiający się "redukowaniu świątecznej symboliki do tych jedynie elementów, które nie wskazują na wybitnie chrześcijański charakter świąt obchodzonych 25 i 26 grudnia", odpowiedziało prawie 50 tys. osób. Podpisanie przez nich petycji oznaczało automatyczne wysłanie e-maila pod adresem Ministerstwa Edukacji Narodowej. To spowodowało, że skrzynka resortu została zasypana elektronicznymi listami z całego kraju.

Protest okazał się skuteczny. Jak poinformowała rzeczniczka MEN Joanna Dębek, autorzy podręcznika zdecydowali, że zaakceptują zmiany proponowane przez internautów. W poprawionej wersji (do pobrania na www.men.gov.pl) mowa jest już o świętach Bożego Narodzenia, Wigilii i kolędach.

- Nie było naszym zamiarem doprowadzenie do jątrzenia, skłócania czy wywołania tak skrajnych emocji - tłumaczyła Joanna Dębek. - Przychylamy się do głosów rodziców, naprawiamy błąd i Boże Narodzenie już jest w elementarzu. Akcja ta - nie jedyna jak do tej pory - pokazała, że warto zdecydowanie reagować na wszelkie próby usuwania symboliki chrześcijańskiej i elementów odwołujących się do naszej tradycji z przestrzeni publicznej.

Czy każda Tola ma tablet?

Jednak lista wątpliwości, które towarzyszą powstawaniu nowego elementarza, jest znacznie dłuższa i nie dotyczy tylko tak istotnej kwestii świat Bożego Narodzenia. Symbolem wielu z nich stało się zdanie: "Tola ma tablet". Ma ono rzekomo wskazywać na to, że nowy elementarz podąża z duchem czasu i zostało przeciwstawione występującemu w tradycyjnym elementarzu: "Ala ma kota".

Nie za bardzo wiadomo co prawda, dlaczego posiadanie kota przez Alę miałoby być symbolem braku nowoczesności, ale właśnie "uwspółcześnianie" na siłę elementarza budzi obecnie najwięcej kontrowersji. Zdaniem wielu komentatorów i ekspertów, nowy podręcznik zapomina, że większość spośród 400 tys. dzieci, które 1 września pójdą do pierwszej klasy, nie mieszka w wielkich miastach, gdzie nowoczesna technologia i dobrobyt to codzienność. 

Tymczasem na stronach darmowego elementarza znajdziemy m.in. wielką nowoczesną szkołę z kompleksem boisk, komputery, tablety i luksusowe samochody terenowe. Według ekspertów elementarz jest miastocentryczny. Ilustracje i treści w nim zawarte to nie jest ta rzeczywistość, którą dziecko widzi na co dzień wokół siebie. Może to powodować chociażby kompleksy związane z miejscem pochodzenia, a w konsekwencji "wycofanie" się dziecka.

Wiele protestów wysłano również do ministerstwa po tym, gdy okazało się, że na mapie Polski prezentowanej w elementarzu zabrakło takich miast jak Szczecin czy Łódź. Nie wszystkim spodobało się zastąpienie przy tej okazji tradycyjnych symboli największych polskich miast ich "nowoczesnymi" odpowiednikami. I o ile poznańskie Koziołki czy warszawska Syrenka zostały zachowane, to już fakt, że symbolem Wrocławia ma być krasnal, a Kraków reprezentuje smok przypominający raczej japońską Godzillę, wywołał spore oburzenie.

Oskarżenia o plagiat

Kontrowersje budzi również pozostała zawartość elementarza. Jego autorka, Maria Lorek, wykorzystuje w nim pomysły ze swoich starych podręczników, a prawa autorskie do zawartych w nich treści należą do innych wydawnictw. - 30 proc. pierwszej części Naszego elementarza przygotowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej pochodzi z podręczników Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych - twierdzi prezes WSiP Jerzy Garlicki. Wykorzystane są też rozwiązania graficzne, metodologiczne i koncepcyjne wypracowane w Wydawnictwach Szkolnych i Pedagogicznych.

Wiele wątpliwości budził też fakt, że ministerstwo decyzję o wyborze Marii Lorek jako autorki nowego elementarza podjęło nie organizując żadnego konkursu. I choć autorka ma olbrzymie doświadczenie, to fakt, że zespół opracowujący elementarz otrzyma z MEN aż 5 mln zł, budzi powszechne oburzenie. - Olbrzymie wątpliwości budzi sposób postępowania, rezygnacja z przetargu, pominięcie urzędniczej drogi. 

Trzeba było zdecydować się na wprowadzenie tego podręcznika od 1 września 2015 r. i zrobić to, jak Bóg przykazał. Dlaczego wybrano panią Lorek, a nie na przykład panią Kowalską? - zastanawia się Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Część krytyków zwraca też uwagę na fakt, że wraz z wprowadzeniem darmowego elementarza, prawo nauczyciela do wyboru podręcznika pozostanie już tylko na papierze. Wprawdzie gwarantuje je ustawa, jednakże koszty podręcznika innego niż ministerialny musiałby pokryć organ prowadzący szkołę, a mało którą gminę będzie stać na taki wydatek.

Świątecznie, ale bez Boga

Tym, co powinno budzić największe zaniepokojenie w sprawie nowego elementarza, jest fakt, że tak łatwo przyszło autorom usunięcie z niego Bożego Narodzenia. Nie wnikając w intencje autorki - czy uczyniono to z premedytacją, czy też nie - warto zwrócić uwagę na fakt, że jest to kolejny niepokojący sygnał o docierającej do Polski fali dyktatury politycznej poprawności, która za cel ataku wzięła sobie szczególnie święta narodzenia Chrystusa. 

W wielu demokratycznych krajach Zachodu prowadzona jest w ostatnich latach kampania, której ideą jest całkowite wyrugowanie Bożego Narodzenia ze społecznej świadomości. Każdy pretekst jest dobry, by pomniejszyć znaczenie narodzin Jezusa Chrystusa. Zbyt chrześcijańskiego charakteru nie powinny mieć np. kartki świąteczne. Zwłaszcza te rozsyłane przez międzynarodowe firmy i instytucje państwowe. Im mniej religijnych elementów, tym bezpieczniej - zdają się myśleć ich szefowie.  Tak jest również w Polsce. 

- W naszej firmie bożonarodzeniowe kartki świąteczne wysyłane są nie ze sformułowaniem "Merry Christmas", tylko "Happy Holidays" - opowiada pracownica jednej z międzynarodowych korporacji, mającej siedzibę w Warszawie. I tak coraz mniej mamy tradycyjnych kartek, przedstawiających żłóbek, Betlejem, Dzieciątko Jezus, Świętą Rodzinę. Coraz więcej zaś reniferów, Mikołajów, gwiazdek. Choć i te, jak się okazuje, mogą okazać się zbyt tradycyjne.

"Rzeczpospolita" opisała historię kartek świątecznych rozsyłanych przez polską ambasadę w Londynie. Nie było na niej żadnych bożonarodzeniowych symboli, nawet choinek, bombek czy bałwanków. Zamiast tego była łyżwiarka w stroju rodem z cepelii, zaglądający jej pod suknię panowie i parę ludowych motywów. Ambasada tłumaczyła, że wysyłała "neutralne" kartki, by nie urazić osób, które nie obchodzą świąt.

Z kolei w kalendarzu szkolnym Unii Europejskiej 2010/2011, który gratis trafił do 3,3 mln uczniów, zaznaczono dni świąteczne wszystkich religii świata, z wyjątkiem świąt obchodzonych przez chrześcijan. - To jest głupota i terror politycznej poprawności, z którymi mamy do czynienia na zachodzie Europy - uważa znany socjolog prof. Andrzej Szpociński. - Niestety, to zjawisko zaczyna przenikać do Polski. Skoro wstydzimy się nawet używać nazwy "Boże Narodzenie", to po co w ogóle je obchodzić i wysyłać z tej okazji komuś kartki? - pyta.  

Podręczniki do religii bez zmian

Chociaż pierwszoklasiści od nowego roku szkolnego będą korzystać z bezpłatnego podręcznika wprowadzanego przez MEN, to nie zmienia to zasad zaopatrywania uczniów klas pierwszych szkół podstawowych w podręczniki do nauki religii. One są odpłatne. Przypomniał o tym ks. dr Marek Korgul, sekretarz Komisji Episkopatu Polski ds. Wychowania Katolickiego, stwierdzając, iż nauczanie religii odbywa się na podstawie programów opracowanych i zatwierdzonych przez właściwe władze kościołów i innych związków wyznaniowych, przedstawionych ministrowi edukacji narodowej jedynie do wiadomości.

Bezpłatny podręcznik MEN nie zawiera treści, które wynikają z "Programu nauczania religii", a wobec tego zasady zaopatrywania się uczniów klas pierwszych szkół podstawowych w podręczniki do nauki religii i odpłatność za nie pozostają bez zmian - poinformował ks. Marek Korgul.

Tekst: Jarosław Stróżyk


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje