Okiem maturzysty - refleksje z lat katechezy

Przez dwanaście lat chodziliśmy do różnych szkół, spotkaliśmy wielu katechetów. Teraz staramy się spojrzeć na okres szkolnej katechezy z pewnej perspektywy. Niektóre stwierdzenia będą może trochę bolesne, jednak rodziły się zawsze z pragnienia, by katecheza rozwijała naszą i naszych kolegów wiarę. By przybliżała do Jezusa.

Naszymi pierwszymi katechetami byli rodzice. Uczyli nas pacierza i prowadzili do kościoła na coniedzielną Eucharystię. Z regularnymi katechezami spotkaliśmy się w przedszkolu, gdzie poprzez zabawę, śpiew lub inne formy katecheta starał się nam przekazać podstawowe wiadomości z religii i otworzyć nas na Jezusa.

Reklama

Zainteresować i zachwycić

Obraz katechezy, tak jak i pozostałych przedmiotów, uległ przeobrażeniu w szkole podstawowej. Trafiliśmy do nowych środowisk i podjęliśmy nowe formy nauki. Beztroska zabawa ustąpiła miejsca systematycznej pracy. Nauczyciel, w tym także katecheta, stawał przed zadaniem zachęcenia nas i naszych rówieśników do nauki. Wiązały się z tym pierwsze problemy i trudności?

Nasze pierwsze lekcje religii w dużej mierze były kontynuacją katechezy przedszkolnej. Oczywiście nie siedzieliśmy już na dywanie, lecz w ławce. Katecheta proponował jednak zajęcia, które kojarzyły się nam wówczas z rozrywką: rysowanie, śpiewanie, prace techniczne czy małe formy teatralne. Religia zdawała się być takim samym przedmiotem jak pozostałe. Nasi rówieśnicy nie odczuwali wobec niej żadnych uprzedzeń, pod warunkiem że nie odczuwali ich też rodzice. Nauczyciel miał szansę pokazania, czym tak naprawdę jest Kościół i co znaczy być chrześcijaninem. Wszyscy starali się zresztą, abyśmy przeżywali katechezę w radości i nie odczuwali nadmiernego przeciążenia, a przy tym zdobywali wiedzę. Wówczas mieliśmy też okazję zauważyć, że chrześcijanin to człowiek radosny, a Kościół to wspólnota. Czuliśmy, że droga do Boga nie jest nudna. Był to czas, kiedy katecheta stawał się nie tylko nauczycielem, ale nade wszystko przewodnikiem młodego człowieka na drodze zbawienia.

Pierwsze problemy

W szkole podstawowej zaczęły narastać pewne problemy. W naszych klasach byli uczniowie, którzy wyraźne okazywali brak zainteresowania katechezą. Na nieszczęście katechetów nie ograniczało się to tylko do braku aktywności na lekcji, lecz przeradzało w chęć udowodnienia, że na religię chodzić nie warto.

Dla świętego spokoju, by w przyszłości nie było problemów, rodzice kazali dzieciom uczęszczać na katechezę, a katecheta stawał w takich przypadkach przed trudnym zadaniem niedopuszczenia do dezorganizacji zajęć. Ten, który przybierał pozę spokojnego nauczyciela, lekceważącego często skandaliczne zachowanie uczniów, tracił autorytet nie tylko wśród niezainteresowanych religią, ale także wśród tych, którym na katechezie naprawdę zależało. Przykrym skutkiem tej postawy był totalny brak zainteresowania ze strony wszystkich uczniów, często potęgowany także monotonnym prowadzeniem zajęć.

Dowiedz się więcej na temat: Kościół | nauczyciele | gimnazjum | młodzież | uczeń | problemy | rodzice | lekcje | uczniowie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje