Procent, który zmienia życie

Dziesięciodniowe okno na świat dla jeżdżącej na wózku Ani? Życie bez przemocy i alkoholu dla Moniki i Tomka? A może jedyny ciepły posiłek dla śpiącego w tramwajach Ryszarda? Tylko od nas zależy, komu pomożemy, przekazując 1 procent z podatku.

Nieszczęśliwy upadek i trójkostkowe złamanie nogi. Do tego z powikłaniami. Kolejne półtora roku upływało w schemacie: szpital - dom - szpital. Wyciąg, długa rehabilitacja, wózek. - Niektórzy już mnie skreślili, miałam przecież wtedy 70 lat - wspomina dziś pani Maria Podeszwa. To było 10 lat temu. Po ośmiu zaczęła chodzić. Na przekór wszystkiemu.

Kochana Marysiu

Reklama

Siłę do walki dostała od... wolontariuszki. Nie chce zdradzać jej imienia. Mówi tylko, że nie spodziewała się, że pomoc nadejdzie właśnie od niej. Obcej osoby. - Wtedy obiecałam sobie, że jak wyjdę, będę pomagać innym - tłumaczy. Od tamtego postanowienia była już na ponad 40 turnusach wczasorekolekcji organizowanych przez Caritas. Czterysta dni. W Zaniemyślu, Chludowie, Dębkach, Zaborówcu, Gostyniu jako... wolontariusz. 

- Nasi podopieczni to osoby chore, samotne, starsze. Potrzebują opieki, bo często jej w domu nie ma. Potrzebują gdzieś wyjść, bo większość czasu spędzają w czterech ścianach. Potrzebują drugiego człowieka, jego miłości, obecności - wylicza. Przez dziesięć dni wakacji z rekolekcjami opiekuje się jedną osobą, gdy jest na wózku, lub kilkoma, gdy mogą samodzielnie się poruszać.

Tak od rana do wieczora, a kiedy trzeba, też w nocy. Wspólna modlitwa, Msza, spacer, posiłki, grill, przedstawienie, wycieczka. Z Caritasu dostają symboliczne 100 zł. - Największą zapłatą dla mnie jest, gdy chwycą za rękę, uściskają i powiedzą "jaka ty jesteś dobra i kochana Marysiu" - sugestywnie łapie mnie za przegub ręki.

Bez poruty

Przyjaźń chorego i opiekuna z dziesięciu dni przedłuża się na rok, a nawet lata. Anię pani Maria poznała jeszcze w ośrodku w Gostyniu. Na wózku jeździ od młodości. Nazywa ją "dziewczyną", choć ta ma już 65 lat. - W Gostyniu mieszkała z mamą, ale odkąd umarła, Ania musi radzić sobie sama - tłumaczy. Przez odległość nie spotykają się często. Prócz turnusów letnich, na wspólnych spotkaniach Caritas. Ostatnio na opłatku. 

- Godzinami wisimy za to na telefonie. Nigdy nie możemy się nagadać. Od opłatka dzwoniłyśmy do siebie już trzy razy - uzupełnia. Druga "dziewczyna" pani Marii to 70-letnia Ela. Ona mieszka w Poznaniu, więc kontakt osobisty jest częstszy, choć utrudniony przez chorobę umysłową. - Jak się spotykamy, to spędzamy ze sobą cały dzień. Wie pan, spacer, kościół, rozmowa - przyznaje. Pani Maria jest prezesem parafialnego koła Caritas przy poznańskiej parafii Cyryla i Metodego. Ale całe życie pracuje z drugą osobą.

- Najpierw byłam higienistką w IV LO, potem pracowałam w służbie zdrowia. Nie potrafię żyć bez drugiej osoby i bez pomagania. Jak się poświęca samego siebie drugim, to idzie się naprzód, a w moim wieku trzeba iść naprzód - śmieje się, po czym dodaje: "tylko niech pan to ładnie zapisze, żeby nie było poruty!".

Wolontariuszy poznańskiego Caritas pracujących na wczasorekolekcjach jak pani Maria jest blisko 60. Najmłodsi to licealiści. Mają co robić, bo na każdym z czterech turnusów w roku jest 65 osób. - Każda osoba uczestnicząca w turnusie płaci 350 zł. Tylko za pobyt. Często i tę sumę dofinansowujemy, a czasem pokrywamy ją w całości. Pobyt wolontariuszy, autokar, wycieczki fakultatywne czy leki dla często schorowanych uczestników pokrywamy z 1 procenta - wyjaśnia Anna Michalak, fundraiser Caritas Archidiecezji Poznańskiej. Koszty liczone w tysiącach złotych, koszty, które jednym odpisem w zeznaniu PIT możemy zredukować i my.

Sto pięćdziesiąt talerzy

Na pięć jadłodajni w Poznaniu i Obornikach w 2012 r. Caritas przeznaczyła blisko 114 tys. zł. Cała ta kwota pochodzi z 1 procenta podatku. Nie ma jeszcze podliczonej kwoty, jaką wspomagane jest najmłodsze dziecko Caritasu, istniejąca od 7 czerwca jadłodajnia przy ul. Łąkowej. Wchodzę do niej od kuchni. Po drodze przy dwóch solidnych zlewach mijam myjącego talerze zniszczonego przez życie mężczyznę. Pan Marek na zmywaku w jadłodajni sióstr elżbietanek pracuje dopiero pół miesiąca.

- Mój poprzednik odszedł, bo znalazł pracę. Poszczęściło mu się. Siostra mnie poprosiła, to jak miałem odmówić - uśmiecha się. Jest bezdomny od 1985 r. Teraz mieszka u kolegi na działce. - Wcześniej bywało różnie, mieszkało się na klatkach schodowych. Mam 54 lata i mnie, starucha, już nikt nie zatrudni, tym bardziej że karany - nie ma wątpliwości. Za co? - Biznesmeni o liczbach nie mówią - żartuje.

O liczbach jednak rozmawiamy: dziennie od 11.00 do 13.00 myje blisko 150 talerzy. Mówi, że trzeba być obowiązkowym, ale pomaga z chęcią, bo "skoro siostra podchodzi do nas z sercem, to jak jej nie pomóc?".

Struś pędziwiatr

Pan Marek określa s. Leopoldę mianem "strusia pędziwiatra". Chwilę obserwuję filigranową, energiczną, wciąż uśmiechniętą zakonnicę. Nalewa zupę z dwóch garnków, na talerze i do słoików. Do każdego zagada. - Człowiek to największa wartość, a ja cieszę się, że mogę tu się z nimi spotkać, pogadać. No i że mi ufają. Nasza założycielka mówiła, że mamy opatrywać zbolałe członki Chrystusa i to są właśnie te zbolałe członki - uśmiecha się. Dziś nalewa zupę serową i pomidorówkę. Wcześniej były ziemniaki i makaron.

- Podstawą wyżywienia są zupy i chleb. One pochodzą z Caritasu. Inne posiłki często też, ale i od hojnych sponsorów przyjaciół, których, odkąd działamy, mamy coraz więcej - tłumaczy. W kolejce stoi 70 osób, wśród nich pan Adam. On jako jeden z nielicznych ma swoje lokum. W firmie sprzątającej na pół etatu dostaje 870 zł. Po opłaceniu rachunków musi przez miesiąc wyżyć za nieco ponad 100.

- Przeznaczam je na środki czystości i bilet na tramwaj. Mieszkam na Nowowiejskiego - tłumaczy. Przychodzi tu, bo jest blisko i można najeść się do syta. - Za 50 groszy można dokupić jeszcze chleb, a dziś dostajemy po trzy serki, więc będzie co jeść na kolację - cieszy się. Dorabia, zbierając surowce wtórne przez trzy godziny. Mimo że jest psychologiem, na porządną pracę nie widzi szans.

Rewers

Pan Ryszard, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej, dziś zebrał 6,5 kg aluminium. - Na kilogram wchodzi 60 puszek, czyli dziś zebrałem ponad 360 - chwali się. Dostał za nie 16 zł. - To dla mnie dużo, bo i ogolić się mogę i wykąpać raz w tygodniu u sióstr na Ściegiennego - zapewnia.

Zwykle zaczyna o 13.00 i zbiera przez trzy godziny. Potem jeździ tramwajem, by znów zbierać. Tym razem do 3.00 nad ranem: "Trzeba być czujnym, bo konkurencja nie śpi". Przyznaje, że bez gorących posiłków byłoby ciężko.

- Chciałbym podziękować kochanej siostrze i księdzu dyrektorowi nie za tę zupę, bo czasem bez niej człowiek da radę, ale za piękne rekolekcje i wigilię. Byłem w tym roku dzięki nim tak uduchowiony, że trudno to opisać - nie kryje wzruszenia. Jest szczęśliwy. - W życiu miałem dobrą pracę, zarówno w chodzieskiej Ceramice, na kolei czy w Domach Centrum - to był mój życiowy awers. Teraz, kiedy jest bieda i bezdomność, przyszedł czas na rewers. Dziękuję Bogu, że doświadczyłem obu stron życia - kończy filozoficznie.

Michał Bondyr


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje