Kuźnia kadr

Gdy w połowie lutego 1981 r. zarejestrowano NZS, nikomu pewnie przez myśl nie przeszło, że 30 lat później liderzy tej organizacji będą rządzić państwem, tworzyć elity niepodległej III RP.

Premier, ministrowie, marszałek sejmu, znani parlamentarzyści, wysocy urzędnicy, prezydenci dużych miast, szefowie mediów, działacze gospodarczy. Gdzie się nie obejrzeć, tam można dostrzec dawnych liderów i aktywistów Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Reklama

- Po latach NZS okazuje się prawdziwą kuźnią kadr. Wtedy jednak nikt nie mógł się tego spodziewać - przyznaje Agnieszka Romaszewska-Guzy, członkini władz krajowych i rzeczniczka NZS z pionierskich dla organizacji lat 1980-81, a dziś dyrektor TV Biełsat.

Przy czym tą kuźnią, zdaniem Ryszarda Czarneckiego, jednego z liderów NZS z lat 80., a dziś europarlamentarzysty, stał się w sposób naturalny. - W zrzeszeniu dzisiejsze elity uczyły się zasad demokracji, kierowania organizacją i pełnienia funkcji - ocenia. - NZS-owi sporo wszyscy zawdzięczamy. Także to, że można mówić dziś, że aktywistów NZS różnych pokoleń wciąż łączy styl działania. Wiadomo, że pewnych rzeczy się nie robi. Zły styl i smak zostawiliśmy innym.

Ile się da

Korzenie organizacji tkwią w studenckich komitetach Solidarności powstających w końcu lat 70., a potem w sierpniu 1980 roku. Już w końcu sierpnia w Gdańsku studenci, wśród których jest Donald Tusk, ogłaszają listę postulatów, w tym żądanie rejestracji niezależnej organizacji studenckiej. Podobne inicjatywy pojawiają się w innych ośrodkach. Gdy liderzy tych inicjatyw spotkają się w połowie października na zjeździe w Warszawie, powstanie komitet założycielski.

Jarosław Guzy, pierwszy przewodniczący NZS (prywatnie mąż szefowej Biełsatu) do dziś pamięta ówczesną euforię. Sierpień, Solidarność, wreszcie NZS. Ludzie mieli świadomość, że trzeba wywrócić rzeczywistość do góry nogami.

- Wtedy się nie myślało ani tak naprawdę nie wiedziało, jaki będzie finał. Było natomiast pytanie, gdzie się władza zatrzyma pod naporem, ile wolności uda się wyszarpnąć. Studenci też tak myśleli - twierdzi Guzy.

To, że kolejne próby legalizacji NZS spełzały na niczym, bo władze bały się niezależnej organizacji studenckiej, postulującej przy tym przywrócenie uczelniom autonomii, zmian w ich funkcjonowaniu, w tym swobody wyboru przedmiotów społeczno-politycznych, ale także ograniczenia cenzury i odebrania MO i SB prawa wchodzenia na teren uczelni, musiały doprowadzić do spięć.

Nic dziwnego, że w styczniu 1981 r. po kolejnych utarczkach wybuchł na łódzkich uczelniach strajk okupacyjny - jak się później okaże, najdłuższy i największy w Polsce. Zakończyła go rejestracja NZS i podpisanie tzw. Porozumienia Łódzkiego (17-18 lutego), które zupełnie zmieniło życie akademickie. Uczelnie otrzymały szeroką autonomię.

Ale NZS angażowało się także w sprawy ważne dla całego społeczeństwa, m.in. zakładano uczelniane Komitety Obrony Więzionych za Przekonania. To właśnie one były główną siłą w marszach organizowanych w 1981 r. pod hasłem uwolnienia więźniów politycznych - m.in. działaczy KPN, ale także znanego dziś piosenkarza Macieja Maleńczuka, ukaranego za odmowę służby wojskowej. NZS nigdy nie był jednolity, łączyły wspólne idee, różniły poglądy. Choć poczucie wspólnoty pokoleniowej zostało. Mimo że ludzie wywodzący się z tego ruchu są obecnie w różnych politycznie miejscach.

Stan wojenny rozbił NZS. Działalność zrzeszenia początkowo zawieszono, a w lutym 1982 r. zdelegalizowano. Internowano 410 liderów. Studentów skutecznie spacyfikowano: rozproszyli się po różnych niezależnych inicjatywach.

Nowe pokolenie

Gdy w połowie lat 80. do głosu zaczęło dochodzić kolejne pokolenie studentów, starsze, to z lat 1980-81, mogło wydawać się pokojowe, niemal kunktatorskie. Ale i czasy były mniej pokojowe. Pojawiło się - przyznaje Jarosław Guzy - radykalne pokolenie stanu wojennego. To już był tzw. II NZS. Mariusz Kamiński, Ryszard Czarnecki, Tomasz Zimiński czy Grzegorz Schetyna, inaczej patrzyli na komunę. - Oni pojawili się, żeby odrzucić system, który już się walił - twierdzi Guzy.

II zjazd NZS, na początku 1987 r., przeprowadzono w konspiracji.

- Odbywał się we Wrocławiu, w mieszkaniu mojej mamy, przyjechało około 20 osób, działacze z kilku ośrodków odtworzyli władze krajowe - wspomina Ryszard Czarnecki, wybrany wówczas do prezydium podziemnej Krajowej Komisji Koordynacyjnej NZS. Zaczynał się okres burzy i naporu - studenci znów zaczęli być widoczni w czasie demonstracji, w codziennej, uciążliwej konspirze.

- Już wtedy byłem przekonany, że prędzej czy później niepodległość nadejdzie - mówi Czarnecki. - Ale gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za parę lat będę posłem, ministrem, a np. za 10 lat Grzegorz Schetyna obejmie fotel wicepremiera, uznałbym go za fantastę.

Kiedy we wrześniu 1988 r., odbywał się III zjazd (do władz wybrano m.in. Schetynę), odwilż była już namacalna. Nielegalne NZS działało w części ośrodków półjawnie i co najmniej tolerowały je władze uczelni. I choć w 1989 r. powszechne było w organizacji przekonanie, że negocjacje z komunistami są niemoralne, zapadła decyzja o przystąpieniu NZS do "okrągłego stołu". Ponowna legalizacja stanowiła cel najważniejszy.

Tego jednak przy "okrągłym stole" nie udało się uzyskać. Stało się to dopiero jesienią 1989 r. po naciskach na pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego... Wtedy też, jak oceniają dziś historycy, zakończyła się "heroiczna" dekada działalności NZS: i tego I, i II.

- Dziś tamten NZS okazuje się kuźnią kadr, ale przede wszystkim szkołą politycznego myślenia - mówi Agnieszka Romaszewska-Guzy. - W przypadku pierwszego NZS, szkoła trwała krótko. Za krótko, bo przerwał ją stan wojenny. Młodsi koledzy mieli nieco lepiej. Dziś ich widać w polityce, gospodarce, w mediach.

Jak zrobić karierę

Choć Jakub Michalis, obecny szef NZS przyznaje, że zrzeszenie to już dziś zupełnie inna bajka, jednak zamierzchła historia nie jest dla niego obciążeniem. Przeciwnie: to spory kapitał organizacji. - Nasza przeszłość wciąż jednak przyciąga ludzi - mówi.

Premier Donald Tusk, wicepremier Waldemar Pawlak, ministrowie Krzysztof Kwiatkowski, Bogdan Klich, Bogdan Zdrojewski, Cezary Grabarczyk, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztof Bondaryk, marszałek sejmu Grzegorz Schetyna, parlamentarzyści, politycy z koalicji i opozycji, grupa prezydentów i burmistrzów miast, wysokich urzędników, szefów mediów, znani dziennikarze, działacze gospodarczy... Wszyscy oni działali w NZS. To też - jak podkreśla Jakub Michalis - spory kapitał dzisiejszego zrzeszenia.

- Ludzie NZS są dziś obecni w elitach państwa, rządzie, parlamencie, urzędach, tworzą opozycję. W PO, PiS, a rodzynki - nawet w PSL i SLD - np. Waldemar Pawlak i Katarzyna Piekarska. Są wszędzie. To pokazuje, że NZS był kiedyś naturalną kuźnią kadr - mówi Ryszard Czarnecki. Tyle że przecież nikt nie przypuszczał jeszcze w latach 80., że tak się kiedyś stanie. Że Mariusz Kamiński będzie szefem CBA w niepodległej Polsce, śp. Janusz Kurtyka - prezesem IPN, Paweł Graś - rzecznikiem rządu Donalda Tuska, Marek Jurek - marszałkiem Sejmu, Jan Rokita - "premierem z Krakowa", Jacek Czaputowicz - szefem Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, Tomasz Kontek wiceszefem "Faktu", Paweł Lisicki naczelnym "Rzeczpospolitej", a Marcin Meller - celebrytą i szefem... "Playboya".

Czy te nazwiska i stanowiska przyciągają dziś młodych ludzi, którzy wzorem starszych kolegów, chcą w zrzeszeniu rozpocząć karierę polityczną? W dużo mniejszym stopniu niż wcześniej, w latach 90., gdy dochodziło do regularnego wyszarpywania sobie organizacji przez partyjne młodzieżówki. PC i KLD, potem PO i PiS - zapewnia Jakub Michalis. Po zmianie statutu przed kilkoma laty, tę aktywność młodzieżówek ukrócono.

Starają się być apolityczni, choć do końca nie są, bo uczestniczą w polityce, choćby przez udział w pracach komisji sejmowych czy opiniowanie projektów ustaw dotyczących młodych ludzi. Ale dziś studenci, którzy myślą o karierze politycznej, wycierają - zapewnia przewodniczący - raczej partyjne korytarze, gdzie jest to łatwiejsze i szybsze. Także dlatego jest to dziś nieco inna organizacja, nie tak masowa jak na początku lat 80., czy 90. Liczy kilka tysięcy osób i bardziej koncentruje się na codziennych problemach studentów.

- Mimo zmiany zainteresowań da się wyczuć - podkreśla Jakub Michalis - więź między różnymi pokoleniami działaczy zrzeszenia. - I wtedy, i dziś NZS - jak przypuszcza - przyciąga głównie ludzi kreatywnych i (wszak nazwa zobowiązuje!) niezależnie myślących.

Wojciech Dudkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Nie | kadr

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje