Państwo ubezwłasnowolnione

Łagodne i wyrozumiałe dla przestępców, opresywne wobec zwykłych obywateli - coraz więcej patologicznych przykładów pokazuje, że takie pozostaje polskie państwo po prawie dwudziestu latach transformacji ustrojowej. Zaniechań ani nadgorliwości urzędników nie da się wytłumaczyć niedoskonałością prawa, wielokrotnie przez ten czas zmienianego.

Zmiany prawa - zwłaszcza tropienie biurokratycznych absurdów - skupiają na sobie największą uwagę polityków, czego przykładem pozostaje działalność sejmowej komisji kontrowersyjnego Janusza Palikota. Jednak bulwersujące opinię publiczną sprawy wynikają z ostentacyjnego lekceważenia lub selektywnego stosowania istniejących przepisów. Nie tyle prawo jest złe, co urzędnicy nim się nie przejmują. Rzecz nie w tym, żeby prawo zaostrzyć lub liberalizować, lecz je wykonywać.

Reklama

- Przepisy istnieją, możliwości też - nie ma wątpliwości znany warszawski adwokat Grzegorz Rybicki: - To kwestia egzekucji prawa i skuteczności wymiaru sprawiedliwości. Również odwagi osób, które są ofiarami tych zjawisk, by śmiało występowały. Jednak ich odwaga wiąże się zawsze z przekonaniem, że gdy ofiara złoży zawiadomienie, będzie chroniona, zaś postępowanie prowadzone rzetelnie.

Surowi wobec filantropa, wyrozumiali dla przestępców

Chociaż w polskim ustawodawstwie nie brak paragrafów, dotyczących ścigania kidnappingu (samo zjawisko nie jest nowe, wystarczy przypomnieć porwanie i zabójstwo Bohdana Piaseckiego w 1957 r), w sprawie uprowadzenia Krzysztofa Olewnika naruszono wszelkie możliwe normy, z tajemnicą państwową i bankową włącznie (gangsterzy znali aktualne wyciągi bankowe z konta ojca ofiary), zaś zwyczajni obywatele, nie znajdując pomocy u państwowych instytucji znaleźli się pod presją wszelkiego rodzaju naciągaczy (od samozwańczych detektywów po jasnowidzów). Niedbalstwo, naruszanie tajemnic śledztwa i lekceważenie dowodów rzeczowych przyczyniło się w oczywisty sposób do śmierci porwanego. Aparat państwowy wykazał się bezprzykładną indolencją.

Długo nie reagował również w sprawie molestowania seksualnego urzędniczek w olsztyńskim ratuszu. Bohater seksafery prezydent miasta Jerzy Małkowski w latach 70. był sekretarzem komitetu gminnego PZPR w mazurskim Wielbarku. W latach 90. dyrektorował w Olsztynie okręgowemu Urzędowi Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Do prezydenckiego fotela doszedł dzięki związkom z SLD, z którego wystąpił w 2005 r. Podobnie jak w sprawie Olewnika, jego działania tuszował przez lata lokalny, wielobarwny układ biznesowo-polityczny. Gdy już po postawieniu zarzutów w olsztyńskich kościołach odprawiano msze w intencji prezydenta miasta, internauci na forach komentowali dosadnie, że lokalni notable modlą się, aby upadły kacyk ich nie wsypał...

- Prezydent reprezentował realną władzę, z którą każdy musiał się liczyć - zauważa mecenas Rybicki. Ocenia, że nie przypadkiem obie sprawy rozegrały się w mniejszych ośrodkach. - Charakterystyczna słabość państwa przejawia się w zmniejszonej kontroli w tych miejscowościach. Państwo nie jest w stanie zapobiec patologiom tam gdzie wszyscy się znają, tworzy się splot zależności i układów koleżeńskich, grupy wzajemnie się wspierają, a w sądach i prokuraturze dochodzi do zacierania śladów - podkreśla mec. Rybicki.

- Dla mnie obie sprawy są inne - ocenia mec. Aleksander Pociej: - Jeśli rzeczywiście w sprawie Olewnika doszło do współpracy policjantów z gangsterami, to włos się jeży. Jeśli był układ i sugestie, by sprawy dalej nie prowadzić, to żadna zmiana przepisów nie pomoże. W sprawie olsztyńskiej, jeśli przestępstwo było zgłaszane wielokrotnie przez różne osoby, co ogranicza możliwość pomówienia, istniejące procedury powinny wystarczyć.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje