RMF24: Zaginiony Boeing przewoził złoto? "To musiała być robota od środka"

Sobota, 15 marca (20:16)

"Jeżeli zaginiony malezyjski boeing przewoził 10 ton złota, to wielce prawdopodobne, że komuś zależało na tym, aby to złoto uprowadzić. Samolot ku temu jak najbardziej się nadaje. Oczywiście, to wymaga wiele zachodu, ale widać, że gdyby się udało, to oczywiście 'nagroda' też będzie sowita" - mówi w rozmowie z RMF FM kapitan Piotr Lipiński, pilot boeingów. "Jeżeli taka sytuacja miała miejsce to była to robota od środka. Musiał ktoś komuś dać cynk, że jest coś tak bardzo ważnego albo drogiego w samolocie" - dodaje.

Zdjęcie

Jednostki poszukiwawcze na Morzu Andamańskim /AFP
Jednostki poszukiwawcze na Morzu Andamańskim
/AFP

Grzegorz Kwolek: Od tygodnia wszyscy śledzimy poszukiwania malezyjskiego  boeinga. Ostatnie informacje chyba mocno zmieniają obraz sytuacji. Co pan myśli, słysząc o tych najnowszych danych, które do nas dotarły?

Kapitan Piotr Lipiński, pilot boeingów: - Jeżeli rzeczywiście miał miejsce transport 10 ton złota, no to wielce prawdopodobne, że komuś zależało na tym, aby to złoto uprowadzić. Samolot ku temu jak najbardziej się nadaje. Oczywiście, to wymaga wiele zachodu, ale widać, że gdyby się udało, to oczywiście "nagroda" też będzie sowita.

Reklama

Piloci są informowani szczegółowo o tym, jaki ładunek jest na pokładzie?

- Tak, są. To idzie od kompanii, więc piloci dowiadują się na samym końcu. Czasem się zdarza, że będzie wiadomo, że będzie jakaś specjalna przesyłka. Przeważnie piloci dowiadują się przed samym startem, kiedy dostają papiery do podpisania.

Czyli ciężko założyć, że sami piloci, wiedząc nawet, że mogą taki ładunek przewozić, byli w stanie ukartować, bo mogli nie trafić na ten lot.

- Dokładnie. Piloci dostają grafik i mniej więcej wiedzą wcześniej, gdzie i kiedy lecą. Ale trudno powiedziałem, trudno powiedzieć, kiedy taka paczka będzie na pokładzie. Piloci prawdopodobnie dowiedzieli się dopiero w ostatnim momencie, co wiozą.

Ale podejrzewa pan, że piloci mogli zostać zmuszeni czy po prostu współpracowali z kimś?

- Trudno powiedzieć.

Ale ich komunikacja była spokojna. Nic nie wskazywało na jakieś oznaki zaniepokojenia.

- Nie, zupełnie. Cały czas oczywiście mówimy o spekulacjach, że coś takiego miało miejsce. Jeżeli tak, to teraz pytanie: czy piloci do tego przyłożyli rękę czy nie? To mało prawdopodobne. Dlatego jestem pewien, że policja teraz dokładnie sprawdza każdego pasażera po raz enty i załogę tak samo. Po pierwsze: czy mogli wiedzieć o tym wcześniej? Po drugie: czy byliby w stanie albo byliby skłonni to zrobić i z jakich pobudek?

- Jeżeli taka sytuacja miała miejsce to była to robota od środka. Musiał ktoś komuś dać cynk, że jest coś tak bardzo ważnego albo drogiego w samolocie, no i to musiał mocno przygotować. Jeżeli nawet samolot został "porwany", to teraz pytanie, co dalej? Czy gdzieś wyląduje, żeby łatwo było wyjąć złoto z samolotu? Czy może łatwiej, aby wodował na płytkiej wodzie. No i co zrobić z pasażerami?

Czy są jakieś procedury sprawdzania bezpieczeństwa, jeżeli chodzi o zachowanie samych pilotów?

- Piloci są sprawdzani co roku, mają badania, przychodząc do firmy. Poza tym podawani są egzaminom co pół roku, np. na symulatorze. Piloci znają siebie dosyć dokładnie. Firma wie prawie wszystko o danym  pilocie. No i też pamiętajmy, że zawsze leci dwóch pilotów, albo trzech w niektórych samolotach. Leci cała załoga. Szkoli się ją tak, by mogła się dogadać. Jeżeli ktoś nie spełnia kryteriów, to latać nie może i nie powinien.

Grzegorz Kwolek

RMF24