Imperialne puszczanie gazów. Czy "żelazne kleszcze" grożą Polsce?

Wtorek, 15 stycznia 2013 (18:21)

Nie warto bać się Gazpromu i jego rurociągów. Władimir Putin i jego podwładni zarządzają bowiem energetycznym bogactwem Rosji bardziej w stylu szacha Iranu Rezy Pahlawiego niż braci Nobel czy Rockefellerów. A skutki imperialnego puszczania gazów mogą już wkrótce być dla Rosji równie opłakane.

Zdjęcie

Władimir Putin na otwarciu Southstreamu /AFP
Władimir Putin na otwarciu Southstreamu
/AFP
W związku z rozpoczęciem budowy gazociągu Southstream, wśród polskich ekspertów i komentatorów życia międzynarodowego pojawiły się głosy bijące na alarm.

Nie tyle ekonomia, co geopolityka

Według części specjalistów, "Południowy Potok" jest nie tyle projektem ekonomicznym, ale narzędziem realizacji geopolitycznych ambicji Kremla i wraz z istniejącym już pod dnem Bałtyku Nordstreamem, ma za zadanie dokonać energetycznej prowincjonalizacji i politycznej marginalizacji Europy Środkowej i Wschodniej, a w wersji maksimum, znów podporządkować region Rosji.

Reklama

Warto zauważyć, iż wielu polskich ekspertów, analizuje dane dotyczące tych projektów wychodząc z twardego założenia o politycznym tle inwestycji. Przytoczone dane i wyliczenia służą usprawiedliwieniu przekonania, iż nowe rosyjskie gazociągi w Europie są nie tyle elementem energetycznej infrastruktury, co instrumentem realizacji neoimperialnych ambicji Moskwy.

Tego typu interpretacja, jest przykładem klasycznego dla części polskich analityków i polityków błędu mispercepcji polityki międzynarodowej. Postrzeganie projektów Gazpromu jako zagrożenia dla suwerenności Polski czy geopolitycznego status quo w regionie odzwierciedla nie tyle rzeczywiście istniejące realia międzynarodowych zależności, ale głęboko zakorzenione w pamięci historycznej Polaków urazy, kompleksy i uprzedzenia.

Okazuje się, iż na początku drugiej dekady XXI wieku, wydarzeniami kształtującymi polskie myślenie o relacjach z sąsiadami i polityce europejskiej nadal pozostają przede wszystkim dokonane pod koniec XVIII wieku na platformie Traktatu Trzech Czarnych Orłów rozbiory oraz pakt Ribbentrop - Mołotow z 1939 roku i jego skutki. Traumatyczne doświadczenia narodowej martyrologii tworzą kalkę, która w procesie interpretacji otaczającej nas rzeczywistości nałożona zostaje na osadzone w minionej epoce, zaściankowe wyobrażenia o mechanizmach geopolityki.

"Żelazne kleszcze zaciskają się na Polsce"

Z punktu widzenia Rejtanów polskiej energetyki, wystarczy przecież rzut oka na mapę i wszystko staje się jasne: wychodzące z terytorium Rosji żelazne kleszcze rurociągów prowadzą na terytorium Niemiec (Nordstream) i Austrii (Southstream) zaciskając się na ciele położonej między nimi Polski. W tym momencie polskim analitykom rynku energetycznego aktywuje się pamięć historyczna, przypominają się wszystkie przeczytane w szkole książki, mapy z liniami rozbiorów i słynne zdjęcie uśmiechniętego Stalina z sierpnia 1939 roku...

Kolejny etap utwierdzania siebie i nas w przekonaniu o kolejnym wcieleniu spisku zaborców, to analiza struktury własnościowej spółek zarządzających gazociągami łączącymi Rosję z jej partnerami w Europie, która czarno na białym pokazuje, iż są zdominowane przez przedstawicieli mocarstw zaborczych z domieszką "pożytecznych idiotów" z kilku państw tradycyjnie sprzedajnego Zachodu. W przyjętej konwencji, ekonomiczny sens rosyjskich inwestycji i racjonalna prognoza ich skutków nie mają racji bytu a Putin i Schroeder przecinający wstęgę na budowie pod Petersburgiem są jak Katarzyna i Fryderyk wysyłający swoje armie na pohybel Rzeczypospolitej.

Gazociągi uzależniają Europę od Rosji - czy może odwrotnie?

Rozpatrując znaczenie budowy gazociągów Północnego i Południowego oraz ich możliwe skutki dla Polski warto jednak odłożyć na bok geopolityczne modlitewniki i skupić się na ekonomicznej analizie danych i trendów ewolucji rynku surowców energetycznych w Europie. Obiektywna, logiczna i chłodna analiza tendencji na rynku gazu i ropy jasno pokazuje, iż budowa obu gazociągów nieodwracalnie uzależnia Rosję od Europy i w perspektywie kilku lat skazuje ją na cenowy dyktat odbiorców.

Budowa Nordstreamu i Southstreamu oznacza zwiększenie podaży (przy związanej z koniecznością zwrotu poniesionych nakładów presji Rosji na maksymalizację wolumenu przesyłu) i eliminację pośredników, co w oczywisty sposób wpływa na obniżkę ceny. Warto zauważyć, iż przekonani o wiecznym wzroście cen na gaz stratedzy Gazpromu zgodzili się na odejście od długoterminowych kontraktów i oparcie ceny na przesyłany Nordstreamem gaz o ceny spotowe, czyli dyktowane przez rynek. A w związku ze spadkiem popytu w okresie kryzysu światowej gospodarki połączonego ze globalnym wzrostem podaży stymulowanym rewolucją łupkową i rozwojem technologii przetwarzania i transportu LNG (gazu skroplonego), Gazprom będzie tłoczył do Europy surowiec wedle życzenia odbiorców a nie tak, jak do tego przywykł, na zasadach arbitralnie ustalonych przez polityków.

Z punktu widzenia klientów Gazpromu, wzbogacenie podaży o kolejne drogi odbioru jest zjawiskiem korzystnym. Co więcej, eliminacja poradzieckich pośredników rękami samego Gazpromu jest uzasadniona ekonomicznie i słuszna moralnie. Trudno bowiem znaleźć racjonalne uzasadnienie dalszego trwania sytuacji, kiedy za pieniądze europejskich konsumentów uiszczone w postaci wliczenia w końcową cenę kosztów tranzytu przez Ukrainę i Białoruś, tuczą się donieccy oligarchowie a Łukaszenko opowiada o "białoruskim cudzie gospodarczym".

Nie ma wątpliwości, iż Gazprom i inne państwowe koncerny odpowiedzialne za wykorzystanie rosyjskich surowców naturalnych nie funkcjonują na zasadach rynkowych a ich działalność jest ściśle powiązana z interesami rosyjskiej elity. Problem polega jednak na tym, iż podejmując próbę wykorzystania surowców do realizacji celów politycznych, rosyjskie kierownictwo sprowokowało kategoryczne reakcje partnerów, którzy albo już zdążyli albo są na dobrej drodze do zaszczepienia się przeciwko gazowej przemocy rosyjskiego potentata.

Celowo wykorzystując Gazprom do narzucenia Europie nierynkowych zasad handlu gazem, Rosjanie poszli pod prąd historii, ignorując fakt, iż w globalnym świecie, poziom dochodów koncernu zależy od rynkowej koniunktury i jakości zarządzania a nie politycznych ustaleń i administracyjnych dyrektyw. Jak mawia najbardziej błyskotliwy w Rosji ekspert rynku surowców energetycznych Michaił Krutichin. Gazprom, to "fatalnie zarządzany moloch realizujący skazane na głośny upadek chore wizje zakompleksionych politykierów".

Dlatego właśnie, analizę działalności Gazpromu i jej wpływ na interesy Polski warto zamiast na stymulowanych historyczną traumą fobiach, oprzeć na rzetelnym rachunku zysków i strat. Zamiast doszukiwać się w niej inspirowanych z Kremla planów ekonomicznego zaboru Polski, warto uchwycić rzeczywiste tendencje na rynku surowców energetycznych i faktyczne skutki prowadzonych przez "Narodową Dumę" (hasło reklamowe Gazpromu) nieudolnych prób politycznej instrumentalizacji surowców.

Bardziej niż Polsce, Gazprom zagraża bowiem samej Rosji, której niezmierzone bogactwa są rozgrabiane przez cynicznych hochsztaplerów lub marnotrawione przez menedżerów z politycznego nadania, którzy uwierzyli we własną propagandę o odbudowie imperium przy pomocy kurka z gazem.

Myślenia o bezpieczeństwie energetycznym nie warto opierać o dyktowane przez historyczne stereotypy nietrafione analogie. Projekcja wewnętrznych fobii na otaczającą nas rzeczywistość prowadzi bowiem do ignorowania faktów i stwarza niebezpieczeństwo, iż z czasem to fakty europejskiej polityki zignorują nas. A z rzeczywistością dyskutować możemy równie skutecznie jak niegdyś posłowie na Sejm Czteroletni czy powstańcy Kościuszki.

Jakub Korejba

Więcej na temat:Nie