Afera reprywatyzacyjna. Świadek o spotkaniu z prezydent Warszawy

"Prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że decyzja reprywatyzacyjna w sprawie kamienicy przy Dahlbergha 5 została sporządzona zgodnie z prawem i jest jej przykro" - zeznała w poniedziałek przed komisją weryfikacyjną lokatorka kamienicy Bożena Baranek.

Komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji bada sprawę zwrotu kamienicy przy ul. Dahlbergha 5 na warszawskiej Woli. W grudniu 2006 r. prezydent m.st. Warszawy podjął decyzję o ustanowieniu użytkowania wieczystego na okres 99 lat na rzecz dwójki nowych właścicieli. Miasto zachowało 4/12 udziału w tej nieruchomości.

Reklama

Baranek powiedziała, że mieszkańcy w sprawie reprywatyzacji pisali m.in. do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Rzecznika Praw Obywatelskich, Trybunału Konstytucyjnego i prezydent miasta.

Świadek zeznała, że w czerwcu 2007 r., kiedy mieszkańcy spotkali się w stołecznym ratuszu z prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz, mieszkańcy mówili, że są w takiej sytuacji po reprywatyzacji, że "mogą nawet błagać".

Przewodniczący komisji Patryk Jaki zapytał, jak prezydent na to zareagowała. "W ogóle nie zareagowała, siedziała jak siedziała, jest jej przykro i już, ale takie decyzje zapadły zgodnie z prawem i już" - odpowiedziała Baranek.

Jaki dopytywał, czy to prezydent powiedziała, że decyzje w sprawie zwrotu części nieruchomości zapadły zgodnie z prawem. Baranek potwierdziła. "Decyzja została sporządzona zgodnie z prawem, takie jest prawo i nie mamy o czym dyskutować" - relacjonowała wypowiedź Gronkiewicz-Waltz świadek.

Pytana, czy na spotkaniu można było odnieść wrażenie, że prezydent ma zaufanie do Jakuba R. (b. wiceszef Biura Gospodarki Nieruchomościami, obecnie przebywa w areszcie - PAP), odpowiedziała: "na pewno".

Świadek przyznała, że wraz z mężem odbyła również spotkanie z ówczesnym wiceprezydentem Warszawy Andrzejem Jakubiakiem, który powiedział, że jest mu przykro, ale - jak zeznała świadek - Jakubiak miał dodać w tym kontekście, że "on swoje mieszkanie zdążył wykupić".

Baranek mówiła, że "załamanie przyszło po rozmowach z urzędnikami". "Jak żeśmy zaczynaliśmy sobie zdawać sprawę, kim my jesteśmy, że my jesteśmy nikim, że nikt z nami nie chce rozmawiać, że my nie jesteśmy stroną, z nami się nie rozmawia, choć my mamy umowy cywilno-prawne, umowy najmu, to z nami nikt nie chce rozmawiać" - dodała.

"Jak pisaliśmy pisma, że coś się dzieje, to miasto odpowiadało, że przekazuje to zarządcy" - zeznawała. Jak dodała, zarządca się z lokatorami nie spotykał.

Świadek mówiła, że współpracownik "handlarza roszczeń" i współwłaściciela Marka M. miał kilkukrotnie uderzyć lokatorów, a w mieszkaniu, które zajmował przy Dahlbergha, non stop odbywały się imprezy z głośną muzyką. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje