​Brexit jak lunch wedle Adama Smitha

Decyzja o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zapadła. I chociaż była zaskoczeniem, a nawet szokiem, to jednak pozostaje twardym faktem. Nic nie pomoże wskazywanie na drugie i trzecie dno decyzji, która została podjęta przy urnach referendalnych 23 czerwca.

Być może Brytyjczycy w rzeczywistości głosowali nie przeciw Unii jako takiej, lecz przeciw imigracji z krajów Unii (ale i spoza Unii, co w przypadku tego referendum było nonsensem), która odbiera im miejsca pracy, a także zmniejsza ich poczucie bezpieczeństwa. Być może w rzeczywistości głosowali nie przeciw Unii, lecz przeciw gospodarczej globalizacji, która nie chroni brytyjskich produktów przed cenową konkurencją produktów z tzw. rynków wschodzących. Być może już wkrótce szczegółowe badania opinii publicznej dowodnie to pokażą. Ale co z tego wyniknie?

Reklama

Dowiemy się tylko tego, co już wiemy od dawna: że ludzie głosując w referendach (z wyjątkiem pytań do bólu konkretnych, a najlepiej spersonalizowanych, ale wtedy mamy plebiscyt) odpowiadają nie tyle na zadane pytania, ile na swoje lęki. Niczego to nie zmienia: Brytyjczycy wychodzą z Unii.

Każdemu wolno myśleć o wyjściu Wielkiej Brytanii, co mu się podoba. Tyle tylko, że teraz  już nie da się udawać, że nie widać kosztów tej decyzji. Widzieliśmy to bardzo wyraźnie wczoraj i przedwczoraj w czasie posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli - pierwszego dnia jeszcze z udziałem brytyjskiego premiera, drugiego zaś już bez Davida Camerona. To posunięcie przywódców UE, niekonieczne przecież, lecz wystudiowane, pokazało w sposób symboliczny, że nie da się zjeść ciastka i mieć je dalej. Skoro się podjęło decyzję o wyjściu, to trzeba wyjść. A skoro - i to jest znacznie ważniejsze od wymiaru symbolicznego - z członkostwem wiążą się pewne przywileje, to wychodząc, traci się je.

Premier Wielkiej Brytanii zasugerował w swoim wystąpieniu podczas wtorkowego posiedzenia, że Brytyjczycy chcieliby mieć dostęp do unijnego tzw. jednolitego rynku, ale z wyłączeniem swobody przepływu osób. I to spotkało się z bardzo stanowczym sprzeciwem przywódców państw UE (a także przewodniczącego Rady - Donalda Tuska), którzy twardo powiedzieli: jednolity rynek to cztery zasady (swobodny przepływ ludzi, kapitałów, towarów i usług), a nie trzy.

Inaczej mówiąc, jednolity rynek to pakiet - można go przyjąć w całości lub w całości odrzucić. Nie można wybierać z niego jak z karty dań tylko tego, co komuś najbardziej smakuje. Brytyjczycy chcieliby nadal mieć np. bezcłowy zbyt swoich towarów na rynku wewnętrznym Unii (bagatela, 500 milionów konsumentów), ale już np. bez napływu setek tysięcy Polaków, którzy obciążają ich rynek pracy i ich system opieki socjalnej. Otóż, powiedziano im w Brukseli, tak się nie da zrobić, bierzecie pakiet albo nic.

Brexit jest więc jak lunch wedle Adama Smitha, ojca liberalnej doktryny gospodarczej: nie istnieje w wersji za darmo.

I to jest też jakaś lekcja dla nas. Radosne, a bezmyślne, pokrzykiwania, że oto Brytyjczycy zagrali Brukseli na nosie, pokazują nasz stan świadomości europejskiej. Właściwie brak świadomości, że przynależność do Unii to jakieś zyski w zamian za jakieś wspólnie ponoszone ciężary. Coś trzeba dać, żeby coś zyskać. Jaki jest bilans, niech każdy oceni, ale niech nie mówi, że możemy tylko brać, a jak nie, to wychodzimy, dał nam przykład Boris Johnson...

Brytyjczycy dziś dopiero namacalnie widzą, że coś stracą wychodząc z Unii. I jakich napytają sobie (Szkocja, Irlandia Północna) nowych kłopotów.  Ale Wielka Brytania to jest w porównaniu z nami - bądź co bądź - potężne państwo z silną gospodarką, z silną armią, z polityką zagraniczną z prawdziwego zdarzenia itd. Zatem zrównywanie samodzielności Wielkiej Brytanii po wyjściu z UE z naszą - pożal się Boże! - samodzielnością po naszym ewentualnym wyjściu, to jest naigrawanie się ze zdrowego rozsądku.

W sytuacji geopolitycznej Polski pozbywanie się tej potężnej kotwicy wiążącej nas z zachodnimi demokracjami byłoby niewyobrażalną głupotą. I choćby tylko dlatego warto być w Unii. A nie da się tam być, nie ponosząc wspólnych kosztów.

Dlatego dziwne miny obecnego rządu zamiast rzeczywistej polityki europejskiej to jakieś nieporozumienie. W naszym interesie jest przynależność do Unii. I w naszym interesie jest, aby Unia była silna. Dlatego dalsze udawanie, że nie musimy się nijak ustosunkowywać do projektów jej wzmocnienia po brytyjskim referendum, nie może już być tolerowane.

Co zamierza Polska, jeśli większość członów UE zdecyduje się na przyspieszenie integracji (np. osobny budżet strefy euro, harmonizacja polityki socjalnej i fiskalnej państw członkowskich, reforma instytucjonalna)? Co zamierza  Polska w kwestii fundamentalnej: wstąpienia do strefy?

Dla  Polski ściślejsza integracja UE byłaby w niektórych dziedzinach z pewnością kłopotliwa teraz. Ale wraz z rozwijaniem się naszej gospodarki byłaby coraz mniej kłopotliwa, a korzyści pozostawałyby te same. Czy nie warto pójść w tę stronę, domagając się pewnych okresów przejściowych? Czy warto popadać - jak się to dzieje już teraz, ale proces trwa - w coraz większą marginalizację?

Politycy PiS-u, formacji z pozoru tylko eurosceptycznej, a w rzeczywistości eurofobicznej, lubią powtarzać, że opowiadają się za wspólną armią UE. Pięknie, tyle że wcześniej trzeba byłoby się umówić, jakie mamy wspólne wartości i jakich mamy wspólnych wrogów, których przy pomocy tej armii chcemy zwalczać. Bez tego to jest tak, jak gdyby budować 10-piętrowy budynek bez fundamentów.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje