Brytyjski thriller. Będzie ten Brexit, czy nie?

Kiedy wydawało się, że thriller pod roboczym tytułem "Brexit" zaczyna powoli tracić suspens i zamienia się w dramat obyczajowy, swoje trzy grosze wtrącili przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk oraz sędziowie brytyjskiego Wysokiego Trybunału. I historia znów zaczęła przypominać dreszczowiec.

W połowie października Donald Tusk nie miał wątpliwości. "Moim zdaniem jedyną realistyczną alternatywą dla 'twardego Brexitu' jest 'żaden Brexit'" - powiedział. Na tzw. miękkie wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie ma szans, ponieważ nie da się  - jak chciałby brytyjski minister spraw zagranicznych Boris Johnson - "zjeść ciastka i mieć ciastko". Brexit będzie dla Londynu bolesny i nie da się pogodzić z częściowym dostępem do unijnego rynku wewnętrznego.

Tusk postawił zatem sprawę dość - nomen omen - twardo. Brexit będzie twardy albo żaden. "Dziś w tę drugą ewentualność mało kto wierzy" - dodał.

Reklama

Mówił to jednak przed zeszłotygodniowym orzeczeniem brytyjskiego Wysokiego Trybunału, który stwierdził, że rząd potrzebuje zgody parlamentu do złożenia oficjalnego wniosku o zamiarze wyjścia z UE.

Decyzja wzbudziła szereg wątpliwości - zwłaszcza w kontekście wcześniejszej zapowiedzi premier Theresy May, że do końca marca 2017 roku Londyn wystąpi o uruchomienie artykułu 50. unijnego traktatu. Dziś mało kto wierzy, że termin ten zostanie dotrzymany. W efekcie znacząco opóźni rozpoczęcie negocjacji szacowanych na około dwa lata. To z kolei stwarza przynajmniej dwa kolejne problemy. W 2019 roku odbędą się wybory europejskie. Jeśli Wielka Brytania nie wystąpi wcześniej z Wspólnoty, to powinna mieć prawo wyboru swoich europosłów. Dodatkowo, w 2020 roku kończy się obecna perspektywa finansowa, co oznacza, że już w 2019 powinna zostać wynegocjowana następna. W sytuacji, gdy nadal nie będą znane warunki przyszłej współpracy na linii Londyn-Bruksela, zaplanowanie unijnych wydatków może nastręczyć potężnych trudności. 

"Should I stay, or should I go?"

Jakby tego było mało, orzeczenie Wysokiego Trybunału dolewa oliwy do scenariusza, w który - jak mówił Tusk - "mało kto wierzy". Otóż pamiętajmy, że różnica w czerwcowym referendum między zwolennikami i przeciwnikami wyjścia z UE wyniosła zaledwie 3,8 punktu procentowego, a Szkocja  i Irlandia Północna zdecydowanie wybrały opcję "Remain". Brytyjczycy już zaczęli odczuwać negatywne skutki decyzji o Brexicie, dlatego "bardzo realny jest scenariusz, w którym brytyjski parlament nie opowie się za wyjściem z UE". - Głosowanie nad tą sprawą może być opóźniane. Bardzo prawdopodobne, że ta patowa sytuacja będzie się przedłużać do kolejnych wyborów, w których eurosceptycy i euroentuzjaści jeszcze raz przedstawią swoje racje - prognozuje doktor Beata Przybylska-Maszner, adiunkt w Zakładzie Badań nad Integracją Europejską Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Jeśli jednak parlament poprze Brexit, sprawa wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii jest przesądzona.

Chociaż... Wyobraźmy sobie, że brytyjski rząd nieudolnie prowadzi negocjacje, a Brytyjczycy z coraz większą krytyką odnoszą się do ustalanych ze stroną unijną zapisów traktatu reakcesyjnego. W efekcie dochodzi do zmiany ekipy rządzącej. - Następcy proponują kolejne referendum nad wyjściem z UE - tym razem jednak w oparciu o konkretne, wynegocjowane warunki, a nie zapowiedzi polityków - mówi Przybylska-Maszner.

Wtedy zwolennicy "Remain" mogą zwyciężyć. - Brytyjczycy wiedzą, że pewna decyzja została już podjęta i trudno się z niej wycofać. Jednak gdy w latach 70. Londyn wstępował do ówczesnej EWG, czynił to z uwagi na interes gospodarczy. Pytanie, czy o wystąpieniu będzie decydował jakiś inny interes, jest otwarte - zaznacza Przybylska-Maszner.

"Nowa" Unia, nowa decyzja

Inny scenariusz zakłada, że dochodzi do zmiany traktatów regulujących funkcjonowanie UE, w związku z czym Wielka Brytania ma do czynienia z zupełnie nową Unią. Wtedy korzystając z klauzuli rebus sic stantibus Londyn mógłby stwierdzić, że z nową, poprawioną UE mu po drodze.

Tutaj jednak przypomina o sobie to, co było najważniejszym czynnikiem prowadzącym do Brexitu, czyli rosnące w Wielkiej Brytanii nastroje imigranckie i związana z nimi zasada swobodnego przepływu osób. Nowy traktat musiałby ją zmienić po myśli Brytyjczyków. - Byłoby to jednak zbyt rewolucyjnym posunięciem, na które nie zgodzą się państwa członkowskie - zaznacza Patryk Toporowski, ekspert ds. integracji gospodarczej w ramach UE Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Scenariusz wydaje się zatem mało prawdopodobny, ale nie niemożliwy, bo - jak dodaje ekspert - "testowanie" swobody przepływu osób trwa od przynajmniej 2-3 lat. - Jeszcze 15 lat temu obywatelstwo Unii było niezbywalnym, nadrzędnym prawem wobec polityki wewnętrznej państw. Dziś natomiast Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznaje, że sposób funkcjonowania systemu socjalnego państw nie ogranicza swobody przepływu osób - podkreśla Toporowski.    

Niepowodzenie scenariusza "traktatowego" wieszczy także Przybylska-Maszner, która wylicza przeszkody stojące na drodze do nowej umowy: problemy instytucjonalne UE, zachwianie przez kryzys gospodarczy pozycji niektórych rządów, długotrwały i najeżony trudnościami proces ratyfikacyjny.

- Pytanie również, czy Wielka Brytania chciałaby w ogóle dołączyć do negocjacji nowego traktatu. Już dziś przecież przedstawiciele Londynu nie uczestniczą w niektórych spotkaniach instytucji europejskich uznając Brexit za fakt - przypomina ekspertka.

Ta niechęć do uczestnictwa może też wynikać z kwestii bardziej "honorowej". - Londyn stracił znaczną część wpływu na to, co dzieje się w Unii już samym zakomunikowaniem, że może dojść do Brexitu. Gdyby teraz stwierdził, że jednak zostaje, mógłby już straconego statusu nie odzyskać - uważa Toporowski.

Dlatego premier May będzie grała na Brexit. Ale czy twardy, jak chciałby Tusk?

Gospodarka, głupcze!

- To właściwie jedyny scenariusz, ponieważ tak działa prawo unijne. Wielka Brytania musi całkowicie wyjść z Wspólnoty, by negocjować przyszłą współpracę. Musi być reset - podkreśla analityk z PISM.

Przybylska-Maszer studzi jednak tak kategoryczny ton i przypomina, że "Brytyjczykom będzie zależeć na tzw. łagodnym przejściu, czyli będą chcieli, by z dniem wystąpienia z UE w życie weszły zasady nowej współpracy".

Co ważne Londyn nie będzie w tych dążeniach odosobniony, ponieważ na podobnym scenariuszu zależy niektórym państwom, dla których Wielka Brytania jest ważnym partnerem gospodarczym. - W ich przypadku przerwanie współpracy z Londynem oznaczałoby negatywne skutki dla rodzimych firm - podkreśla ekspertka.

Miękki Brexit w interesie Polski?

- Nie wszystkim krajom zależy na tym tak samo, ale np. dla Polski to ma znaczenie. Rocznie eksportujemy do Wielkiej Brytanii towary za około 2 mld euro - przypomina Toporowski.

- Wszyscy patrzą na wskaźniki i wyniki gospodarcze. Wielka Brytania sprawdza, jak wiadomość o Brexicie wpływa na jej pozycję, a Unia Europejska monitoruje sytuację na kontynencie. To właśnie od nich będą uzależnione ton i forma negocjacji - przewiduje Przybylska-Maszner.

***

Jeśli interesuje cię temat Unii Europejskiej, obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje