Szef niemieckiego IPN o teczkach "Bolka": "Najpierw zbadać, potem wyrokować"

Liczą się fakty, a nie insynuacje czy przypuszczenia. Dlatego sprawę rzekomej współpracy Wałęsy z SB należy zbadać i dopiero wtedy wydawać wyrok, a nie odwrotnie - mówi Roland Jahn, prezes Federalnego Urzędu ds. Akt Stasi, odpowiednika polskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

Róża Romaniec: - Jaka była pierwsza myśl, kiedy usłyszał pan o rzekomej współpracy Lecha Wałęsy z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa?

Reklama

Roland Jahn: - Natychmiast pomyślałem, że trzeba ujawnić wszystkie istniejące dokumenty. Można się było właściwie spodziewać, że kiedyś pojawi się teczka Wałęsy. Mówiło się już o jego ewentualnej współpracy i on sam też przyznawał, że w określonych sytuacjach z bezpieką coś tam podpisywał. Tym ważniejsze jest, żeby teraz to właściwie zanalizować i dowiedzieć się, co faktycznie miało miejsce.

Czy w Niemczech też miał miejsce taki przypadek, żeby pojawiły się teczki takiej wagi?

- Tak, tyle że nie po tak długim czasie, ponieważ my natychmiast po upadku NRD w 1990 r. otworzyliśmy archiwum akt Stasi. Wtedy na jaw zaczęły wychodzić różne prominentne przypadki, ale nie było żadnych nowych dowodów na współpracę ze Stasi prominentów.

- Już wcześniej mieliśmy przykłady opozycjonistów enerdowskich, jak Robert Haveman, który w latach 50-tych zobowiązał się do współpracy jako agent, czy Wolfgang Templin, który w latach 70-tych podpisał zobowiązanie i nieco później udało mu się z niego wycofać. Od tego czasu Stasi uważała go za "zdrajcę".

Jak traktowano to w Niemczech?

- Był to proces, który przebiegał przez ostatnie 25 lat. Do wszelkich uwikłań w działalność Stasi trzeba podchodzić z uwzględnieniem całej ich złożoności i ofensywnie podchodzić do faktów. Niektórych to irytuje, ale naszym zdaniem, rozprawianie się z przeszłością dyktatury SED polega także na tym, żeby nie przedstawiać rzeczy jako czarne lub białe, tylko żeby widzieć ich całą złożoność.

- W Niemczech mamy do dziś możliwość lustracji pracowników sektora publicznego. Sprawdza się także ludzi pełniących funkcje polityczne. W tym celu działają np. komisje weryfikacyjne, które wszystko sprawdzają i analizują - w jakich warunkach doszło do uwikłania się w kontakty ze Stasi i jak należy traktować to dziś. W skrajnych przypadkach powołuje się komisje śledcze jak np. w przypadku premiera rządu Brandenburgii Manfreda Stolpego.

Czy pańskim zdaniem jest możliwe, że np. w Bundestagu czy innych instytucjach wyjdą na jaw jeszcze jakieś sensacje?

- Ale przecież tu nie chodzi o żadne sensacje, tylko o wyjaśnienie przeszłości, żebyśmy wiedzieli, kto nas reprezentuje w parlamencie i w publicznych służbach. Przy czym decydujące jest, jak ktoś podchodził w ostatnich 25 latach do swoich ewentualnych powiązań ze Stasi.

- Nie wolno traktować tej dawnej działalności w oderwaniu od całości. Ale do tego potrzebne jest mądre podejście całego społeczeństwa do tej problematyki. Jeżeli wszyscy od razu wydają osądy, bo były jakieś powiązania, nikt nie będzie gotów opowiadać, jak dokładnie doszło wtedy do nich w komunistycznej dyktaturze.

Lech Wałęsa do tej pory zaprzecza większości zarzutów. Chce, żeby wyjaśnili to zagraniczni specjaliści. Czy pan by w tym pomógł?

- Nasza współpraca z polskim Instytutem Pamięci Narodowej układa się dobrze i pomagamy, gdzie jest to konieczne. Ale sądzę, że najpierw byłoby dobrze, gdyby IPN i polska opinia publiczna rzeczowo przeanalizowały te dokumenty.

Wielu obawia się w Polsce, że przypadek Lecha Wałęsy zostanie wykorzystany, by zdyskredytować polską demokrację po roku 1989. Czy pan też dostrzega takie ryzyko?

- Kiedy wyjaśnia się sprawy z przeszłości, zawsze może dojść do politycznej instrumentalizacji. Ale z tego powodu nie wolno nam rezygnować z wyjaśnienia spraw. Tylko gdy wszystkie fakty leżą na stole, można rzeczowo dojść do wniosków i to bez jakiejkolwiek politycznej instrumentalizacji. Liczą się fakty, a nie insynuacje czy przypuszczenia.

Jak ocenia pan wysokość szkody w przypadku Lecha Wałęsy? Jest on laureatem pokojowej nagrody Nobla i tym samym symbolem.

- Trzeba dokładnie przyjrzeć się, jakie są proporcje między wielką zasługą na rzecz wolności w Polsce i Europie i szkodą, jaką mogła przynieść rzekoma współpraca na poczatku lat 70. Nie mogę tego ocenić nie znając dokładnie faktów. Ale wydaje mi się, że także w Polsce nie jest prosto to ocenić. Dlatego należy tę sprawę jeszcze głębiej zbadać i dopiero wtedy wydawać wyrok, a nie odwrotnie.

W Polsce i innych państwach byłego bloku wschodniego czekano 10 lat lub dłużej na otwarcie archiwów. Jak ocenia pan postępy w rozprawie z przeszłością?

- Nigdzie nie można mówić o zadowalającej sytuacji. Europa Wschodnia mogłaby być już dużo dalej. Widać to w państwach, gdzie dostęp do akt nie jest możliwy, np. w Rosji czy częściowo na Ukrainie. Tam widzę ogromne deficyty w demokratyzacji. Ludzie odpowiedzialni za bezprawie nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności prawnej i w ten sposób mechanizmy dyktatury w pewien sposób działają dalej.

- W wielu krajach nie ma odpowiednich warunków ramowych dla działalności niezawisłych instytucji, które zarządzałyby aktami. Bułgarzy obawiają się co roku, że ich archiwum zostanie zamknięte. Przypatrujemy się temu z wielką troską, ponieważ rozprawa z przeszłością jest także inwestycją w przyszłość i demokratyzację.

Rozmawiała Róża Romaniec


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje