Eksplozje na maratonie w Bostonie

Rewelacje matki Carnajewów. "Mój syn był pod nadzorem FBI, wrobiono go"

Matka braci Carnajewów jest przekonana o ich niewinności. W rozmowie z rosyjską telewizją Russia Today oznajmiła, że jej starszy syn Tamerlan od kilku lat był pod ścisłym nadzorem FBI i z młodszym Dżocharem musiał być "wrobiony" w sprawę zamachów w Bostonie.

26-letni Tamerlan zginął w strzelaninie z policją w piątek rano, a 19-letni Dżochar został ujęty podczas trwającej dobę obławie w podbostońskim Watertown w nocy z piątku na sobotę.

Reklama

"Starszy syn pięć lat temu zainteresował się religią, ale nigdy nie mówił, że zamierza wstąpić na drogę dżihadu. FBI obserwowało go przez trzy do pięciu lat, (...) wiedzieli, co mój syn robi, jakie strony odwiedza w internecie" - powiedziała Zubejdat Carnajewa, która wywiadu udzieliła przez telefon z Machaczkały, stolicy Dagestanu.

Matka domniemanych zamachowców wyraziła zdziwienie, że mimo tak ścisłego nadzoru amerykańskie służby nie wiedziały, iż Tamerlan wraz z bratem planował przeprowadzenie zamachów. "Kontrolowali jego każdy krok, a teraz mówią, że to był akt terrorystyczny? Jestem pewna swoich synów. (...) Ktoś ich musiał wrobić" - zaznaczyła.

Powiedziała też, że ludzie z FBI dzwonili do niej. "Mówili, że (Tamerlan) jest ekstremistą i się go boją, bo on był typem przywódcy (...) i dużo mówił o islamie. (...) Właśnie dlatego myślę, że (obaj) zostali wrobieni" - podkreśliła.

Carnajewa jest przekonana, że synowie nic przed nią nie ukrywali. Jak mówi, dzwonili do niej co drugi dzień i opowiadali jej wszystko.

Przekonany o niewinności synów jest też ojciec domniemanych zamachowców Anzor Carnajew. "Jestem pewien swoich dzieci. (...) Nie wiem, co się stało i kto to zrobił" - powiedział rosyjskiej telewizji.

W sobotę Zubejdat i Anzor Carnajewowie, przed których domem w Machaczkale oczekuje kilkanaście ekip prasowych, ukryli się przed dziennikarzami - poinformowała agencja Interfax. Jeden z krewnych Carnajewów wyjaśnił, że obydwoje są w szoku, a do Zubejdat Carnajewej wzywano karetkę.

W rezultacie dwóch eksplozji wśród widzów zgromadzonych na mecie Maratonu Bostońskiego zginęły trzy osoby, w tym 8-letni chłopiec, a około 180 zostało rannych; co najmniej 10 straciło nogi lub ręce.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy