Epidemia Eboli

USA mogą użyć Gwardii Narodowej do walki z epidemią eboli w Afryce

Prezydent USA Barack Obama upoważnił w czwartek Pentagon do użycia w razie potrzeby Gwardii Narodowej i rezerwistów do pomocy w walce z epidemią wirusa ebola w Afryce Zachodniej.

Ponadto Biały Dom poinformował, że Obama przeprowadził w czwartek rozmowy telefoniczne z liderami w Kongresie, w tym z przewodniczącym Izby Reprezentantów, Republikaninem Johnem Boehnerem, by omówić z nimi wysiłki administracji USA w walce z ebolą.

Reklama

Podpisanie przez Obamę dekretu upoważniającego Pentagon do użycia Gwardii Narodowej oznacza możliwość zwiększenie zaangażowania wojskowego USA w walkę z epidemią eboli w Afryce Zachodniej. Biały Dom podkreślił jednak, że na razie ta rezerwowa formacja nie została wezwana do działania.

Obama w połowie września ogłosił plan o wartości prawie miliarda dolarów, który obejmuje wysłanie do Afryki Zachodniej 3 tys. żołnierzy, by zapewnić tam wsparcie logistyczne, inżynieryjne i medyczne w walce z ebolą. Mają szkolić co tydzień 500 pracowników służby zdrowia i wybudować 17 ośrodków dla chorych - każdy na 100 łóżek. Kilka dni temu Pentagon podał, że liczba żołnierzy może zostać zwiększona do 4 tys.

Na razie do Monrowii, stolicy Liberii, dotarło kilkuset Amerykanów, reszta żołnierzy ma dotrzeć po zakończeniu odpowiednich szkoleń. Wojsko USA zaczęło już przeprowadzać testy na ebolę w dwóch nowych laboratoriach; trwa budowa pierwszych dwów centrów dla chorych. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) szacuje, że w samej Liberii potrzeba miejsc dla 3 tys. chorych, czyli dwa razy więcej niż planują stworzyć Amerykanie.

Obama wyraźnie zintensyfikował działania ws. eboli

Od kilku dni Obama wyraźnie zintensyfikował działania ws. eboli. Rozmawiał w tej sprawie z liderami Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii, Niemiec i Włoch, apelując do nich, by też zwiększyli pomoc dla Liberii, Sierra Leone i Gwinei. Na początku tygodnia rozmawiał w tej sprawie także z sekretarzem generalnym ONZ Ban Ki Munem. W środę i czwartek anulował wszelkie wcześniej zaplanowane na te dni podróże, by - jak podał Biały Dom - skoncentrować się na problemie eboli. Jeszcze w czwartek ma mieć konsultacje z pracownikami Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC).

Ta mobilizacja przychodzi, gdy w USA zdiagnozowano pierwsze dwa przypadki zarażenia ebolą; zaraziły się pielęgniarki, które opiekowały się chorym, przybyłym z Liberii. Władze zapewniają, że epidemia nie grozi, bo infrastruktura zdrowotna w USA jest na odpowiednio wysokim poziomie.  Ale opinia publiczna coraz bardziej się niepokoi, zwłaszcza że w Dallas doszło do serii znaczących pomyłek. W środę okazało się, że druga pielęgniarka tuż przed hospitalizacją podróżowała samolotem pasażerskim, mimo że miała już lekką gorączkę (pierwszy z objawów eboli), i należała do kręgu osób, zidentyfikowanych wcześniej jako zagrożone ebolą.

W czwartek CDC potwierdziło też, że obie zarażone pielęgniarki początkowo zajmowały się chorym na ebolę pacjentem bez odpowiednich rękawiczek i stroju ochronnego.

Przedstawiciele administracji, w tym szef CDC Thomas Frieden przez cztery godziny odpowiadali w czwartek na pytania kongresmenów w sprawie walki z ebolą. Kwestionując zdolności administracji USA do powstrzymania wirusa, Republikanie zaapelowali o wprowadzenie zakazu lotów do USA z dotkniętych epidemią krajów Zachodniej Afryki. Administracja na razie odmawia, tłumacząc, że zakaz byłby nieskuteczny, gdyż podróżni z Afryki mogliby przylecieć do USA z przesiadką np. w Brukseli, natomiast zakaz uniemożliwiłby ich monitorowanie.

Według danych WHO na ebolę zmarło już w Afryce Zachodniej około 4,5 tys. osób.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje