Atak 17-letniego Afgańczyka w Bawarii skomplikował sytuację nieletnich uchodźców

Organizacje opiekujące się nieletnimi uchodźcami bez rodziców obawiają się, że zamach w pociągu w w Wuerzburgu dokonany przez 17-latka z Afganistanu skomplikuje ich pracę i wpłynie negatywnie na gotowość Niemców do pomocy. Liczba młodocianych imigrantów przekroczyła 50 tys.

"Problem narasta od kilku lat, a od 2010 roku można mówić o sytuacji kryzysowej. Urzędy ds. młodzieży odpowiedzialne za opiekę nad nieletnimi nie radzą sobie z problemami" - powiedział PAP w czwartek Niels Espenhorst z Federalnego Stowarzyszenia Niepełnoletnich Uchodźców pozbawionych Opiekunów.

Reklama

W Niemczech według oficjalnych statystyk przebywa obecnie ponad 52 tys. uchodźców pozbawionych rodziny, chociaż ich faktyczna liczba może być wyższa, gdyż statystyka uwzględnia jedynie osoby otrzymujące pomoc ze strony państwa - zaznaczył Espenhorst. Największą grupę stanowią nieletni z Afganistanu, Iraku, Syrii oraz Afryki - Erytrei i Somalii. 

"To był dla nas szok. Od początku było jasne, że będzie to miało dla nas olbrzymie konsekwencje" - powiedział Espenhorst pytany o reakcje na wiadomość o ataku nastolatka z Afganistanu na pasażerów pociągu pod Wuerzburgiem i zranieniu przez niego pięciu przypadkowych osób. 

Jego zdaniem czyn ten odbił się przede wszystkim na innych nieletnich uchodźcach. "Ci młodzi ludzie boją się, że terror, przed którym uciekli, ponownie ich dopadnie w Niemczech, gdzie spodziewali się znaleźć spokój i bezpieczeństwo" - wyjaśnił.

"Młodociani uchodźcy obawiają się ponadto zaszufladkowania (jako terroryści). Są narażeni na uprzedzania i boją się, że po Wuerzburgu nieufność wobec nich się nasili" - zauważył przedstawiciel organizacji pomagającej imigrantom.

Espenhorst podkreślił wielką gotowość Niemców do niesienia pomocy młodym imigrantom. "Istnieje niebezpieczeństwo, że ta pozytywna postawa ulegnie teraz załamaniu" - ocenił. Jak dodał, obecnie ponad tysiąc rodzin zastępczych opiekuje się nieletnimi uciekinierami. Zarzucił władzom, że w niewystarczający sposób wspierają osoby angażujące się w pomoc, czy też przejmujące obowiązki opiekuna prawnego młodocianych. 

Espenhorst przyznał, że zjawisko "znikania" nieletnich stanowi problem. Niemiecka telewizja informowała niedawno, że aż dziewięć tysięcy młodocianych uchodźców opuściło samowolnie ośrodki i ślad po nich zaginął. Zdaniem niemieckiego działacza odpowiedzialne za ten stan rzeczy są władze, które "ociągają" się z rejestracją nieletnich. "Nie pobiera się od nich odcisków palców, co powoduje, że po ich zniknięciu nie ma możliwości odnalezienia ich" - wyjaśnił. Jego zdaniem liczba zaginionych jest zawyżona, lecz nie można jej ze względu na brak danych skorygować.      

Ustosunkowując się do podawanych przez media informacji, że nieletni padają często ofiarą przemocy lub wykorzystywani są przez gangi narkotykowe jako kurierzy, Espenhorst powiedział, że przemoc jest stałym elementem ucieczek i że z pewnością nie kończy się po przekroczeniu niemieckiej granicy. "Przemytnicy ludzi mają swoje struktury także w Niemczech" - dodał. "Jeżeli pójdziemy do Tiergarten, gdzie oferowane są usługi seksualne, to spotkamy tam także uchodźców"  powiedział Espenhorst.

Jego zdaniem prostytucja czy handel narkotykami wśród nieletnich uchodźców to "problem marginalny". Jak zastrzegł, szczególnie trudna sytuacja panuje w Berlinie, gdzie władze nie radzą sobie z problemem uchodźców. Obecnie ponad 1000 młodocianych czeka w ośrodkach na to, by Jugendamt się nimi zainteresował. "Nie chodzą do szkoły, nie mają dostępu do opieki zdrowotnej, nie mają indywidualnej opieki, nie mogą nawet złożyć wniosku o azyl" - krytykuje Espenhorst i dodaje: "Brakuje woli politycznej".       

Z Berlina Jacek Lepiarz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje