Czego boi się Europa?

W 2050 roku liczba ludności Afryki ma osiągnąć 2,5 miliarda. Już teraz gigantyczne problemy tego kontynentu odbijają się na Europie. Jeśli szybko nie dojdzie do poprawy, niebawem możemy mieć potężny problem z migrantami, nieporównywalnie większy od obecnego.

Dopiero od kilku lat Europejczycy przekonują się, jak współzależne od siebie są poszczególne kontynenty. Mówi się o "hordach" Afrykańczyków, którzy najeżdżają na Europę, by zabrać nam pracę i spokojne życie. Prawdziwe "hordy" mogą jednak dopiero nadejść.

Reklama

W ciągu 35 lat liczba ludności Afryki się potroiła. I nic nie wskazuje na to, by ta tendencja miała się zmienić. Co więcej, 40 proc. całego kontynentu to dzieci i młodzież do 15. roku życia. Kolejne 20 proc. to ludzie, którzy mają 15-24 lata. Afryka jest najmłodszym kontynentem na świecie. A młodość to siła, marzenia, poszukiwanie zmian i snucie planów na przyszłość.

Czego boi się Europa?

Potencjał Afryki dostrzega Europa - dla odmiany, najstarszy kontynent na Ziemi. Widzi szanse, ale też zagrożenia, spotęgowane ostatnim kryzysem migracyjnym. Trzeba powiedzieć sobie szczerze, że egzamin z problemem uchodźców, m.in. z Syrii, ale też wielu państw Afryki Północnej, Europa zdała, ale na dwójkę. Co będzie, gdy liczba Afrykańczyków się spotęguje?

- Nasza młodzież jest potężnie wykluczona i dlatego wyjeżdża. Do pracy, po lepsze życie. Migracje to nic nowego, ale to jasne, że teraz problem wymknął się spod kontroli. Młodzi Afrykańczycy szukają lepszych możliwości, perspektyw, przyszłości. Naszym obowiązkiem jest stworzyć dla nich przyszłość w Afryce - opisywał Faustin-Archange Touadera, prezydent Republiki Środkowoafrykańskiej, który był gościem konferencji dotyczącej relacji UE-Afryka w Brukseli.

Spełnienie wizji Touadery nie będzie łatwe. Szacuje się, że co roku w Afryce potrzeba 20 mln nowych miejsc pracy. Zapotrzebowanie z każdym kolejnym rokiem będzie tylko wzrastać. Co wtedy zrobią młodzi Afrykanie?

- Przez lata byliśmy za daleko od tego, co tam się dzieje. Ten kontynent nawiedzały różne katastrofy, a my patrzyliśmy z boku - bił się w piersi Antonio Tajani, przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

- Ludzie umierają na pustyni, a matki nie mają czym nakarmić dzieci. Europa musi zniwelować różnice. Ci ludzie decydują się na rozpaczliwe kroki. Nie mają nic do stracenia, zostawiają wszystko, co mają i płyną do Europy. Często giną. Możemy im dać technologię, know-how. Musimy im pomóc, by się rozwijali. Jeśli teraz tego nie zrobimy, to jutro może być już za późno - grzmiał Tajani.

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego wie, co mówi. Zdaje sobie sprawę (choć tych słów nie wypowiada głośno), że Unia Europejska bardzo słabo poradziła sobie z kryzysem migracyjnym. Statystyki pokazują jedno - jeśli błyskawicznie Afryka nie zacznie się rozwijać, a rodzimy rynek nie będzie atrakcyjny dla mieszkańców tego kontynentu, zaczną się jeszcze większe wędrówki ludów. Wtedy Europa może sobie już z tym nie poradzić. Tajani wie, że lepiej pomóc Afrykańczykom i zatrzymać ich na własnym terenie, bo kolejna fala migracji może być dla Europy tożsama z końcem dzisiejszej wizji Starego Kontynentu.

Co przyniesie przyszłość?

- Abidżan powinien być nowym, wspólnym startem w przyszłość - dodawał Tajani. Właśnie za tydzień w stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej rozpoczyna się kluczowy szczyt UE-Afryka. Mają tam zapaść decyzje, które mogą zdecydować o przyszłości obu kontynentów.

A ta, jak przekonywali niemal wszyscy prelegenci, nie musi być wizją katastrofistyczną. Warunek jest jeden - trzeba działać jak najszybciej.

Gunther Oettinger, europejski komisarz ds. budżetu i zasobów ludzkich: - Afrykanie, macie masę możliwości. Europa miała już swoje stulecie, Ameryka Północna miała już swoje stulecie. Wasze stulecie nadchodzi.

Z Brukseli Łukasz Szpyrka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy