EASO: Program relokacji migrantów był sukcesem

- Mamy wiele informacji zwrotnych od migrantów, których pomogliśmy relokować - że studiują, pracują, realizują marzenia, nauczyli się języka, społeczność lokalna ich przyjęła... Zmieniliśmy na lepsze życie ponad 30 tysięcy osób. To jest bardzo duży sukces. Zwłaszcza biorąc pod uwagę otoczkę polityczną, która temu towarzyszyła - mówi o unijnym programie relokacji Anis Cassar, przedstawiciel Europejskiego Urzędu Wsparcia w dziedzinie Azylu (EASO) w Katanii.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: EASO wspiera Włochy w radzeniu sobie z kryzysem migracyjnym. W jaki sposób?

Reklama

Anis Cassar, Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu: - Współpracę z Włochami rozpoczęliśmy w 2013 roku. Mamy tutaj grupy ekspertów, którzy przede wszystkim dostarczają migrantom informacji na temat obowiązującego w UE systemu dublińskiego regulującego kwestie azylowe, programu łączenia rodzin, a także - od 2015 roku - możliwości i zasad relokacji.

Czyli jesteście głównie w hotspotach i ośrodkach dla migrantów?

- Tak. Ale również na posterunkach policji i w biurach migracyjnych. Mamy też centrum w Rzymie, które współpracuje bezpośrednio z włoskim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i przekazuje mu wszystkie wnioski i potrzebne informacje. Łącznie mamy we Włoszech około 140 osób.

Przez ostatnie dwa lata najwięcej pracy mieliście z relokacją. Ile czasu migranci czekają na decyzję o przesiedleniu?

- To zależy od kraju, do którego się zwracają. Wiele zależy od narodowości wnioskującego czy od procedur obowiązujących w danym państwie. Ale niektóre kraje wnioskują też o dodatkowe informacje o migrantach czy same przeprowadzają wywiady z aplikantami.

Macie jakieś doświadczenia z pracy z Polską?

- W ramach relokacji nie mieliśmy okazji współpracować. Natomiast robimy to przy szkoleniach lub wymianie informacji. I tutaj współpraca układa się dobrze.

Jak oceniacie decyzje Polski, by przyjąć ani jednej osoby w ramach relokacji?

- To jest kwestia polityczna. EASO natomiast nie jest ciałem politycznym, dlatego jej nie komentujemy.

Uważamy jednak, że każdy kraj członkowski powinien wykazać solidarność w zrównoważony sposób.

Relokacja to właśnie taki "zrównoważony sposób"?

- Tak. To skuteczny, legalny sposób na zmniejszenie presji na kraje graniczne, które mierzą się z tym kryzysem.

Nie może być tak, że tylko kraje południa Europy ponoszą koszty czegoś, co jest kryzysem europejskim. Kiedyś w takiej sytuacji mogą się przecież znaleźć wschodnie kraje UE.

A co z wynikami zakończonego we wrześniu programu? Na początku mówiło się o puli 160 tysięcy osób, które miały zostać relokowane. Dziś - po zakończeniu programu - jesteśmy na poziomie około 30 tysięcy.

- To powszechne nieporozumienie. Na początku zakładano, że pula wyniesie do - i to "do" jest bardzo ważne - 160 tysięcy. Gdy podpisano porozumienie z Turcją 50 tysięcy z tej puli zostało przetransferowane do unijno-tureckiego programu przesiedleń.

11-12 tysięcy miejsc zarezerwowano "na wszelki wypadek", czyli gdyby Włochy, Grecja, Cypr czy Malta potrzebowały nadzwyczajnej pomocy.

W efekcie zostaje nam do 98 tysięcy. Upieram się przy tym "do", ponieważ żeby wystąpić z wnioskiem o relokację dana osoba musi spełnić szereg kryteriów, np. być określonej narodowości.

Czyli zgłosiło się za mało spełniających te wymogi ludzi?

- Tak. W tym momencie na relokację czeka jeszcze około czterech tysięcy osób - tysiąc w Grecji i trzy tysiące we Włoszech. To osoby, które przybyły przed 26 września (data zakończenia programu - przyp. red.) i kwalifikują się do relokacji. Nadal jednak trwa procedura ich rejestracji. Zatem ta liczba około 30 tysięcy relokowanych jeszcze wzrośnie.

Mamy wiele informacji zwrotnych od ludzi, których pomogliśmy relokować - że studiują, pracują, realizują marzenia, nauczyli się języka, społeczność lokalna ich przyjęła... Zmieniliśmy na lepsze życie 30 tysięcy osób. To jest bardzo duży sukces. Zwłaszcza biorąc pod uwagę otoczkę polityczną, która towarzyszyła programowi.  

A co z resztą migrantów, którzy są teraz we Włoszech lub Grecji? Mam na myśli tych, którzy mają prawo ubiegać się o pozostanie w UE.

- Jest jeszcze program łączenia rodzin, czyli jeśli masz już w którymś kraju unijnym członków rodziny, to możesz starać się o dołączenie do nich.

Trwają także negocjacje dotyczące reformy systemu dublińskiego, by można było efektywnie zarządzać azylem na poziomie UE. Cel jest taki, by dla konkretnej osoby procedura azylowa wyglądała tak samo bez względu na to, w którym kraju członkowskim złoży wniosek.

Ile średnio trwa dziś ta procedura?

- Regulują to przepisy krajowe, więc w różnych państwach jest różnie. Na przykład we Włoszech pierwsza rejestracja migranta odbywa się już przy "lądowaniu" w porcie, za kilka dni jest kolejne spotkanie. Potem składany jest wniosek i zaczyna się czekanie na decyzję sędziego. Obecnie to przynajmniej kilka miesięcy. We Włoszech jest teraz ogromna liczba migrantów, więc ten czas jeszcze się wydłuża.

Dodatkowo, zwłaszcza we Włoszech, znaczna część wnioskujących nie spełnia kryteriów azylowych. Dużą szansę na opiekę międzynarodową mają na przykład Erytrejczycy, ale oni stanowią pod względem liczebności 5. lub 6. grupę narodowościową, która przybywa do Włoch. Wśród Nigeryjczyków natomiast, których przypływa najwięcej, odsetek pozytywnych decyzji azylowych wynosi zaledwie około 20 proc.    

EASO działa od 2011 roku. Jak w tym czasie, z waszego punktu widzenia, zmienił się charakter migracji w UE?

- Są dwa aspekty. Pierwszy to oczywiście statystyki i ogromna fala migrantów z 2015 roku. Drugi natomiast to fakt, że ta fala doprowadziła do zmiany politycznej. Temat migracji wszedł do mainstreamu dyskursu w Brukseli i zmieniła się świadomość problemu - to już nie jest kryzys, z którym sobie trzeba szybko poradzić, ale pewien stan rzeczy, który wymaga długofalowego i całościowego działania.

Agnieszka Waś-Turecka, Katania

***

Obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje