Pietro Bartolo: Zostaliście oszukani w sprawie migrantów

Pozwoliliśmy, by Morze Śródziemne stało się cmentarzem. Mówię czasem, że to "nowy Holokaust", bo w czasie II wojny światowej wiele krajów nie wiedziało o potwornościach, do których dochodziło w obozach koncentracyjnych. My dziś tego alibi nie mamy. Gdy przyszłe pokolenia obciążą nas odpowiedzialnością za to, co się dzieje, nie będziemy mieli żadnego usprawiedliwienia - mówi mi Pietro Bartolo, lekarz o prawie 30-letnim stażu z Lampedusy, znany orędownik udzielania pomocy uchodźcom.

Bartolo mówi czasem o sobie, że jest lekarzem, który widział najwięcej zwłok na świecie. To bardzo możliwe. Na Lampedusie pracuje od ponad 27 lat. W tym czasie na wyspę przypłynęło około 350 tysięcy osób. Widział je wszystkie. Żywych i umarłych. Mężczyzn, kobiety i dzieci.

Reklama

Swoje przeżycia zawarł w książce "Lekarz z Lampedusy. Opowieść o cierpieniu i nadziei". Wystąpił też w filmie dokumentalnym "Fuocoammare. Ogień na morzu", w którym zagrał samego siebie. Obraz zdobył statuetkę Złotego Niedźwiedzia na festiwalu filmowym w Berlinie w 2016 roku. Zapraszany jest często na przeróżne konferencje dotykające problemu migracji. 

Bartolo nie ma zbyt wiele czasu na rozmowę. Zgadza się na wywiad telefoniczny, ale zastrzega, że nadal jest w pracy. Zatem w każdej chwili może nam ktoś przerwać. Mówi szybko, emocjonalnie. Wzruszenie słyszę w jego głosie przynajmniej raz - gdy opowiada o zwłokach ponad 360 osób, które musiał zobaczyć.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: - Kieruje pan ambulatorium na Lampedusie. Dużo macie obecnie migrantów?

Doktor Pietro Bartolo: - Wielu. Tydzień temu dopłynęło do Lampedusy około stu Syryjczyków. Poza tym w ciągu ostatniego 1,5 miesiąca mieliśmy tylko Tunezyjczyków.

Kobiety i dzieci też?

- Wśród Syryjczyków głównie kobiety i dzieci. Natomiast, gdy przybija łódka z Tunezji, to z prawie samymi młodymi mężczyznami. Najwyżej jedna, dwie kobiety. Niektórzy z nich są dość buntowniczy i nerwowi. Sprawili nam trochę problemów. Natomiast ci, którzy przypływają z Libii, czyli pochodzący z Afryki Subsaharyjskiej są spokojni. W ciągu 27 lat, które pamiętam, nigdy nie było z nimi kłopotów.

Dlaczego Tunezyjczycy są inni?

- Nie wszyscy, tylko niektórzy. Ale pamiętajmy, że Tunezyjczycy nie uciekają przed wojną czy głodem, bo w ich kraju tego nie ma. Oni uciekają przed czymś innym, w jakimś innym celu niż przeżycie. Takich jednak nie przyjmujemy. Oni powinni pozostać u siebie. Z otwartymi ramionami witamy tych, którzy uciekają od tortur, cierpień czy prześladowań. Natomiast nie chcemy tych, którzy przypływają, by sprawiać problemy. Także dlatego, że swoim zachowaniem psują obraz tych pierwszych. Potem ludzie w Europie uważają, że wszyscy migranci są tacy, jak ci Tunezyjczycy. A to nieprawda.

W jakim stanie zdrowia najczęściej przybywają migranci?

- Tunezyjczycy są w bardzo dobrej kondycji. W swoim kraju nie zaznali raczej cierpienia, a i sama podróż do nas trwa krótko. Co innego ci, którzy przypływają z Libii. To ludzie, którzy wiele przeszli, którzy od dawna są w podróży. Byli torturowani, gwałceni, okaleczani. To naprawdę biedni ludzie, którzy potrzebują pomocy i naszą powinnością jest im jej udzielić.

W czasie przeprawy do Europy migranci narażeni są na różne zagrożenia ze względu na płeć. Pana doświadczenie to potwierdza? Kobiety cierpią bardziej?

- Tak. Prawie wszystkie są gwałcone.

Dodatkowo są bardziej narażone na coś, co nazywam "chorobą pontonową". Gdy kobiety są wsadzane do pontonów w Libii umieszcza się je w środku, a dookoła nich mężczyzn. Po to by je chronić. Podczas podróży z kanistrów wychlapuje się jednak benzyna, która łącząc się z wodą tworzy toksyczną mieszankę. Ubrania kobiet nią nasiąkają i dochodzi do bardzo poważnych poparzeń skóry.

Mówi pan, że prawie wszystkie kobiety są gwałcone. Podczas obecnego pobytu w Katanii usłyszałam, że niektóre z kobiet biorą przed przeprawą do Europy środki antykoncepcyjne ponieważ wiedzą, że będą zmuszane do seksu. To prawda?

- Nie. To nie one je biorą. To przemytnicy zmuszają je do wzięcia Depo-Provera, czyli hormonalnych zastrzyków domięśniowych. Chodzi o to, by nie zaszły w ciążę, ponieważ w Europie mają być prostytutkami. Dla przemytników kobieta w ciąży nie ma żadnej wartości. Zdajmy sobie sprawę, że kobiety są używane jak przedmioty. Mężczyźni też, ale rzadziej.

W Libii w straszny sposób traktowani są również ogólnie ludzie o czarnym kolorze skóry.

- Tak. Jak podludzie. A czarne kobiety jeszcze gorzej.

Ludzie ci doświadczają w Libii nieludzkiego traktowania. Widziałem ślady po torturach, obdzieraniu ze skóry, rażeniu prądem, przypalaniu papierosami, biczowaniu, usuwaniu organów...

W dotychczasowej pracy miał pan do czynienia z wieloma trudnymi sytuacjami. Która najbardziej zapadła panu w pamięć?

- Pamiętam bardzo wiele z nich. Na przykład tragedię z października 2013 roku, gdy w jednej katastrofie łodzi zginęło ponad 360 migrantów. To wydarzenie zmieniło życie na Lampedusie. W szczególny sposób także moje. Jako lekarz widziałem wszystkie te zwłoki. Kobiety, dzieci... To przerażający widok. Coś co trudno wytrzymać. Coś, co prześladuje mnie do dziś. Ci ludzie chcieli dotrzeć do nowego, lepszego świata. Wydali na to wszystkie swoje pieniądze. Wiązali z tą podróżą wszystkie swoje nadzieje. A zamiast tego zginęli. To obrzydliwe wiedzieć, że są kraje które zamykają przed nimi drzwi. To nieludzkie.

Polska nie przyjęła nikogo w ramach unijnego programu relokacji. Jak pan to ocenia?

- Uważam, że Polska się myli. To znaczy nie Polacy, ale polski rząd. Prędzej czy później także wy będzie potrzebowali młodych rąk do pracy. Europa jest starzejącym się kontynentem. Nawet się nie spostrzeżecie, kiedy zacznie wam brakować dzieci. Polski rząd powinien zadać sobie pytanie "a może się mylimy?".

Przykro mi, gdy o tym myślę, ponieważ mam wielu przyjaciół w Polsce. To są naprawdę wspaniali ludzie. Poza tym mamy wielu Polaków tutaj na Lampedusie. To przecież też są migranci. I co mamy z nimi zrobić? Odesłać?

Napisał pan książkę, wystąpił w filmie dokumentalnym, bierze udział w szeregu konferencji. Wszystko po to, by mówić prawdę o migrantach. Zatem jaka ona jest? Pytam m.in. dlatego, że ponad 70 proc. moich rodaków nie chce przyjąć ani uchodźców ani migrantów z krajów muzułmańskich.

- Słyszałem o waszej akcji odmawiania różańca na granicy państwa. Niektórzy uczestniczyli w niej w intencji powstrzymania islamskiej inwazji... To obrzydliwe.

Uważam jednak, że winić nie należy tych, którzy biorą w tym udział. Oni zostali oszukani. To nie są źli ludzie, tylko ludzie, którym dano złe informacje. Dali je im politycy i niektórzy dziennikarze opowiadający kłamstwa o uchodźcach i migrantach. To się nazywa medialny terroryzm, który - według mnie - powinien być karalny.

O jakie kłamstwa chodzi?

- Mówią, że te osoby przenoszą choroby, że to terroryści, że przyjechali, by nam zabrać pracę. A to nieprawda.

Ale największe kłamstwo, które powtarzają politycy to to, że mamy do czynienia z inwazją. Ale gdzie ta inwazja? W zeszłym roku do Włoch przybyło około 180 tys. migrantów. Co to jest dla Europy, która ma ponad 700 milionów mieszkańców?

Politycy i niektórzy dziennikarze stworzyli - oprócz tych prawdziwych płotów - mury w umysłach ludzi. Dlatego ludzie reagują na migrantów, jak reagują. Przecież Polacy to nie są źli ludzie. Wiemy, co sami przeżyliście w przeszłości.

Czyli równanie "więcej migrantów oznacza więcej islamskich terrorystów" nie jest prawdziwe?

- Przecież terroryści nie przypływają pontonami, które mogą w każdej chwili zatonąć. Mają inne sposoby na przedostanie się do Europy. Zresztą terroryści już u nas są, to drugie-trzecie pokolenia.

Po co politycy mówią takie rzeczy?

- To sposób na zdobycie władzy. Jeśli ci powiem, że mamy do czynienia z inwazją niebezpiecznych ludzi, a potem, że ja cię przed nią obronię, to co zrobisz? Uwierzysz temu, kto obiecuje ratunek.

Tak było przecież w Polsce. Byłem u was przed wyborami, słyszałem, co mówiono. I ludzie uwierzyli.

Oczywiście, to nie jest tylko przypadek Polski. To kwestia wszystkich partii prawicowych, które uprawiają populizm. We Francji, Niemczech, ale także we Włoszech - i to mówię z ciężkim sercem, bo Włochy, jak powiedział kiedyś Jean-Claude Juncker ratowały i ratują honor Europy. Nie jesteśmy może najlepsi w integracji, ale jeśli chodzi o przyjmowanie to jesteśmy mistrzami świata. Z tego jestem dumny, bo to nasza powinność. Nie coś wyjątkowego, ale po prostu to, co należy zrobić. Pomagamy tym, którzy tej pomocy potrzebują. Tak dyktuje chrześcijaństwo. Tak dyktuje człowieczeństwo. Przecież na tych wartościach zbudowano Europę.

Często mówi pan o gościnności mieszkańców Lampedusy względem migrantów. Przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło? Mimo dużej liczby przybyszów?

- Jak to dużej?

Relatywnie w stosunku do liczby mieszkańców wyspy.

- Nawet patrząc w ten sposób, to przez 27 lat przybyło do nas 350 tys. osób. To naprawdę taka duża liczba?

Ale nie narzekamy, bo u nas wszystko, co pochodzi z morza jest mile widziane. Morze to dla nas wszystko, to życie. Tymczasem pozwoliliśmy, by morze stało się cmentarzem. Im więcej przeszkód stawiamy migrantom, tym więcej z nich tonie i tym większa nasza za to odpowiedzialność.

Mówię czasem, że to "nowy Holokaust", ponieważ gdy z końcem II wojny światowej wyzwalano obozy koncentracyjne wiele krajów mówiło, że nie wiedziało o potwornościach, które miały w nich miejsce. My natomiast tego alibi nie mamy. Od 30 lat wiemy, co dzieje się na Morzu Śródziemnym. Dlatego przyszłe pokolenia z pewnością obciążą nas odpowiedzialnością. A my nie będziemy mieli żadnego usprawiedliwienia.  

Burmistrz Lampedusy powiedział ostatnio w kontekście migrantów, że na wyspie jest problem z porządkiem publicznym i bezpieczeństwem. Jest?

- Mamy tych Tunezyjczyków, o których mówiłem. Sprawili nam trochę problemów. Ale nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. To nie są nasi migranci, tylko ludzie, którzy nie powinni tu być.


Agnieszka Waś-Turecka, Katania

***

Obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje