Polki w Katanii: O migrantach, Sycylijczykach i mafii

Sycylijczycy pamiętają, jak traktowali ich Amerykanie w latach 20. zeszłego wieku, gdy przybywali do Stanów Zjednoczonych. Dlatego teraz są bardziej otwarci na migrantów - mówi mi mieszkająca w Katanii Polka. Inna zastrzega jednak, że przybysze z Afryki - nie tak jak Sycylijczycy w USA - "nie chcą się tutaj integrować, nie chcą nas szanować". O kryzysie migracyjnym rozmawiam z Polkami, które od lat mieszkają w Katanii.

Spotykamy się na Piazza Duomo, głównym turystycznym placu w mieście. Moje rozmówczynie mieszkają w Katanii już od dłuższego czasu.

Reklama

Najpoważniejszy staż ma Ewa, która przyjechała tutaj w latach 70. XX wieku. W połowie Włoszka, sama też wyszła za Włocha. Przez lata uczyła w okolicznych miejscowościach niemieckiego.

Znacznie krótszy staż mają Agnieszka i Anna. Ta pierwsza jest w Katanii od 13 lat i - jak mówi - "zadowala się sprzątaniem". Anna natomiast mieszka tu od 10 lat i uczy angielskiego w szkole wieczorowej.

Panie wiedzą, o czym będziemy rozmawiać. Po moim pierwszym pytaniu: "czy kryzys migracyjny widać na ulicach Katanii", rozmowa toczy się już gładko.

Agnieszka: - W Katanii widać trochę migrantów. Ale nie tylu, by to komplikowało codzienność.

Anna: - Chcemy iść do parku, to idziemy. Choć raczej nie wieczorem. Ale nie z powodu imigrantów, a raczej Włochów.

Agnieszka: - Ale jakbyś pojechała w stronę Messyny, to widać, że są wszędzie. Tam mogą przeszkadzać.

Ewa: - Ja ich czasem widuję na placu niedaleko mojego mieszkania. Teraz nie, ale w lecie, gdy przypływało więcej łodzi, to tam koczowali.

Anna: - Bardziej to na Lampedusie widać. To była ładna, turystyczna wyspa. A teraz? Turyści uciekli i hotelarze się buntują, bo stracili pieniądze.

A jeszcze co do Katanii, to uczę w szkole wieczorowej i gdy kończę po 23.00, to czasem widzę jak się przemieszczają grupkami. I to nie jest fajny widok. Dlaczego? Bo zostawiam tam samochód i się boję, czy jak wrócę, to jeszcze tam będzie.

Agnieszka: - A ja się nie boję. Mnie jest ich żal. To już bardziej boję się Sycylijczyków, którzy potrafią być bezczelni.

Żal mi tych, którzy przypływają np. z Erytrei. Rodzina wybiera najsilniejszego młodego mężczyznę, by dostał się do Europy, znalazł pracę, a potem uratował rodzinę ściągając ją do siebie. I teraz przyjeżdża taki 17-18-letni chłopaczyna i co zastaje? Nic. Bo tu nic dla niego nie ma.

Ewa: - Z takich krajów to mnie też żal.   

Agnieszka: - Za tymi chłopcami stoją całe rodziny. Wyprzedają wszystko i pokładają w nim wszystkie nadzieje. On tu przyjeżdża i widzi, jak te nadzieje umierają. A w ojczyźnie umiera jego rodzina...

Nie chcę generalizować. Mówię teraz o tych, którzy uciekają przed wojną. My byśmy zrobili to samo. Zresztą robiliśmy.  

Anna: - Moje doświadczenia są inne. Właściciel stadniny, w której mam konia, zatrudnił trzech migrantów. Jednego po drugim. Wytrzymywali po 2-3 miesiące. Stwierdzali, że im się to nie opłaca i wolą dostawać pieniądze od państwa.

Wiesz, Włosi są już tym wszystkim trochę zmęczeni. Jakiś czas temu byłam w Syrakuzach w teatrze i akurat był "dzień migranta". Przed spektaklem wyszedł pan, który chciał o tym poopowiadać. Obok niego stało trzech ciemnoskórych. Mieli dać świadectwo. Włosi zaczęli się denerwować. Z widowni dobiegały okrzyki, że powinni już zaczynać przedstawienie. Zresztą wiesz, co mówią Włosi? Że pracy nie ma dla nich, a co dopiero dla migrantów.

Agnieszka: - To jest taki naród, który ma wszystko w d..., "byle mi było dobrze". Ale źle nie jest, bo trzeba pamiętać, co Amerykanie mówili o Sycylijczykach, gdy przypływali do Stanów Zjednoczonych w latach 20. ubiegłego wieku: zwierzęta, brudasy, mieszkają po 10 w jednym pokoju, rodzą dzieci rok w rok, nie potrafią się normalnie wypowiedzieć. Myślę, że przez to Sycylijczycy są dziś bardziej otwarci na migrantów. Bo ich też kiedyś traktowano jak bydło.

Anna: - Ale Sycylijczycy się zintegrowali w Ameryce, a ci nie chcą się z nami integrować.

Agnieszka: - A my z nimi chcemy? Wydaje mi się, że w większości nie.

Anna: - W jakim sensie? My byśmy ich zatrudnili, tak jak właściciel mojej stadniny.

Agnieszka: - To jeden na stu. A kto ci weźmie czarnoskórą z ulicy do sprzątania?

Anna: - Ale oni nie są z ulicy. Jak chcesz ich zatrudnić, to idziesz do ośrodka dla migrantów i zgłaszasz, że szukasz pracownika. Chirio trzy razy próbował, żeby płacić mniejsze podatki, bo za nich dostaje się ulgi. A wiesz jak ważna jest dla Sycylijczyków kasa.

Agnieszka: - Są ludzie i ludzie. Są przecież ci, którzy naprawdę uciekają przed wojną, by uratować siebie czy swoją rodzinę.

Anna: - Ale jak ich odróżnić?

Agnieszka: - Nie da się.

Anna: - No właśnie. Nie możemy pomagać wszystkim tylko dlatego, że nie możemy ich odróżnić.

Agnieszka: - Dlatego trzeba im pomagać tam, skąd pochodzą. Jedna rodzina, u której pracuję, jest wielkim zwolennikiem pomagania. Zresztą uważają się za wielkich komunistów. Reszta raczej nie porusza tego tematu. Generalnie w ogóle ich to nie obchodzi.

Anna: - Nie do końca. Ja pracuję w katolickiej szkole i dziś była nawet konferencja na temat migracji. Siostra przełożona też jest za przyjmowaniem i pomaganiem.

Ewa: - Według mnie, Włosi znoszą to wszystko, ale tak naprawdę to połowa jest temu przeciwna.

Anna: - Oni byli przeciwni nawet w stosunku do nas, a co dopiero ludzi z Afryki.

Ewa: - Nie powiedziałabym, że mieli coś przeciwko nam - Polakom. Ja nie znam takich sytuacji.

Agnieszka: - Jeśli chodzi o migrantów w ogóle, takich jak my, to raczej nic w podejściu Włochów do nas się nie zmieniło. Ogólnie - im lepiej znasz włoski, tym lepiej jesteś traktowana.

Ewa:  - A jak masz męża-Włocha, to jeszcze lepiej.

Agnieszka: - To już jesteś prawie Włoszką.

To jest taki naród, który wiele rzeczy przyjmuje na spokojnie. Bez pośpiechu. Po co się denerwować? No po co?

Ewa: - Jak się ich słyszy na co dzień, to ogólnie dużo narzekają. Ale mam wrażenie, że tak naprawdę to niczym się nie przejmują.

Agnieszka: - Chyba że jedzeniem, spaniem i seksem.

Anna: - Jeszcze gdzie wyjść w sobotę wieczór i gdzie zaparkować.

Ewa: - Trochę mówi się o tym, że wokół ośrodków dla migrantów mafia kręci interesy, że dochodzi do korupcji...

Agnieszka: - Ale tutaj tak jest wszędzie. Nie ma urzędu, który by funkcjonował inaczej.

Anna: - Tu nawet, żeby prowadzić zwykłe paninaro, czyli obwoźny wózek z kanapkami, trzeba mieć układy.

Agnieszka: - Mafia jest wszędzie, więc to nic nadzwyczajnego, nic dla czego trzeba byłoby zamykać ośrodki.

Anna: - Wiemy, że Polska nie przyjęła nikogo w ramach programu relokacji. Uważam, że to świetne posunięcie. Migranci nie chcą się integrować. Nawet gdybyśmy ich sprowadzili tylko 50, to oni za chwilę sprowadzą swoje rodziny i będzie ich 150, a potem 200. I w końcu będzie jak we Francji, gdzie są dzielnice, do których policja nie wchodzi, bo się boi.

Migranci nie są zainteresowani naszą kulturą. Gdyby chcieli coś z niej wziąć, gdyby chcieli się integrować, gdyby chcieli nas szanować... Ale nie chcą.

Agnieszka: - Ja jestem za imigracją. Tylko że my mamy własnych migrantów. Mamy ludzi wysiedlonych np. do Kazachstanu, którzy chcieliby wrócić do Polski. W tym sensie jestem więc za imigracją.

Natomiast jeśli chodzi o ludzi, którzy docierają na południe Europy, to przyjmowanie ich nie jest wyjściem na dłuższą metę. Przyjmujemy, bo nie mamy innego wyjścia. Natomiast powinniśmy im pomagać w ich ojczyznach.

Ewa: - A ja myślę, że Polska powinna wziąć część tych migrantów, w końcu jesteśmy częścią Europy. Zobaczylibyśmy wtedy, jak to jest, przecież niemożliwe, by wszyscy zostali we Włoszech. Jak patrzę na tych przypływających ludzi - wycieńczonych, umierających, z dziećmi - to jak im nie pomóc?


Agnieszka Waś-Turecka, Katania

***

Obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje