W miasteczku migrantów

Pracownicy największego w Europie ośrodka dla migrantów Cara di Mineo mówią, że pracują sercem i głową, by pomóc azylantom, jeden z mieszkańców twierdzi, że placówka to "cywilizowane Auschwitz", a taksówkarz z Katanii przekonuje, że gdyby nie interesy mafii, to takie ośrodki dawno zostałyby zamknięte. Jaka jest prawda?

Przy wejściu do Cara di Mineo stoi pięciu żołnierzy. Wszyscy z długą bronią w pogotowiu. - Dziennikarka? Proszę poczekać - mówią. Za chwilę jeden z nich wraca z policjantem. Ten prowadzi mnie do budynku za szlabanem. W środku czterech kolejnych funkcjonariuszy. Każdy uzbrojony.

Pokazuję dokumenty. Sprawdzają w systemie. Zgodnie z regułami powinni byli dostać wcześniej potwierdzenie z prefektury w Katanii, że włoskie MSW wydało mi specjalną przepustkę.

Reklama

- Nie mogę znaleźć - mówi w końcu jeden z nich - Ma pani pismo przy sobie?

Zaczynam się trochę denerwować, bo pozwolenie załatwiałam miesiąc. Dzień wcześniej potwierdzono mi w prefekturze, że wszystko gotowe. Odszukuję stosowny plik w telefonie. W tym samym momencie jeden z policjantów mówi: - Jest. Znalazło się.

Oddycham z ulgą.

- Zaraz przyjedzie po panią ktoś z dyrekcji - dodaje.

Po dwóch minutach przed szlaban podjeżdża biała furgonetka. Kierowca zaprasza mnie do środka i wiezie w kierunku skupiska różowych i pomarańczowych domków. Wszystkie wyglądają identycznie. Jakby ktoś zrobił kopiuj-wklej. I tak ponad 400 razy.

Po prawej boisko do gry w piłkę nożną, po lewej wysokie ogrodzenie z siatki zakończone kilkoma liniami drutu kolczastego. Całość wygląda bardzo schludnie. Jeszcze sześć lat wcześniej były tu koszary amerykańskich marines.

Po chwili jesteśmy na głównej ulicy Cara di Mineo. Na gankach domków siedzą grupki azylantów. Głównie młodych mężczyzn. W większości z centralnej Afryki. Kobiet zauważam tylko kilka. Dzieci nie ma w ogóle. W oczy rzuca się jeszcze duża liczba funkcjonariuszy najróżniejszych służb bezpieczeństwa i pracownicy Czerwonego Krzyża. 

Zatrzymujemy się przed jednym z domków. Gdyby nie napis "Dyrekcja" niczym nie wyróżniałby się z szeregu innych. Przed wejściem wita mnie Luigi Auteri, odpowiedzialny za logistykę ośrodka. W środku czeka już wicedyrektorka Cara di Mineo Leucia Varasano. Na początek przeprasza dwukrotnie - za to, że nie ma dyrektora i za to, że jest trochę chora. Po chwili dołącza do nas jeszcze redaktor lokalnej gazetki Pippo Tasca. Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, rzecz niesłychanie dla Włochów istotna. - Kawy? - pyta Luigi.

Kiedy plastikowy kubeczek z wyśmienitym espresso stoi przede mną, możemy zaczynać. - W ośrodku mamy obecnie ponad 2700 gości (pracownicy ośrodka nie używają słów "migranci" czy "azylanci", mieszkańcy ośrodka to dla nich zawsze "goście"), w tym około 330 kobiet i prawie 150 dzieci. Z ponad 30 krajów. Najwięcej jest z Nigerii, Senegalu i Gambii. Maksymalnie możemy pomieścić do czterech tysięcy osób.

Mieliście kiedyś tyle? - Tak. Dwa lata temu, ale krótko - zaznacza Leucia. - Cara jest dobrze zorganizowana, podzielona na kilka sektorów, m.in. zakwaterowanie, logistyka, pomoc socjalna i psychologiczna, opieka zdrowotna czy bezpieczeństwo. Łącznie mamy ponad 450 pracowników.        

Ośrodek funkcjonuje jak małe miasteczko - jest szkoła, sklep, centrum migracyjne, urząd pracy, meczet, kościół, stołówka i ambulatorium. Samotne kobiety i kobiety z dziećmi mieszkają w wydzielonym sektorze. Podobnie niepełnosprawni.

Najważniejsze zasady? - Wzajemny szacunek - podkreśla Leucia. - Bez względu na religię, przynależność etniczną czy płeć. Wszyscy są równi.

- Zaraz po przyjeździe uczymy naszych gości, jakie zasady panują we włoskim społeczeństwie, co można, czego nie, za co grożą kary, na czym polega własność prywatna - dodaje prawnik Giuseppe D’Amico, który zdążył w międzyczasie do nas dołączyć. - Tłumaczymy, jakie reguły pokojowego współżycia obowiązują. U nas mają też pierwszą lekcję z demokracji, ponieważ każda z grup narodowościowych wybiera kilku swoich przedstawicieli i tak powstała rada ma prawo doradzać dyrekcji w najważniejszych decyzjach - wyjaśnia. 

- Ośrodek jest otwarty - mówi Leucia. Azylanci mogą wchodzić i wychodzić, kiedy chcą? - Niezupełnie. Tylko w godzinach od 8 do 20. Inaczej stracą prawo do pobytu w Carze - uściśla. - Tylko niewielki odsetek z nich nie stosuje się do tej zasady. W końcu to w ich interesie jest doczekać u nas zakończenia procedury azylowej - zaznacza wicedyrektorka.

Ile ona trwa? - Rozpatrzenie wniosku to skomplikowany proces. Na pierwsze spotkanie z odpowiednią komisją azylanci czekają około sześciu miesięcy. Jeszcze niedawno to był ponad rok - znów włącza się Giuseppe. - Potem jeszcze około dwa miesiące na decyzję. Ale średnio goście przebywają u nas od jednego do półtora roku. Procedura i terminy zależą od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, bo to ono rozpatruje wnioski.

A potem? - Jeśli dostaną decyzję pozytywną, mogą się przeprowadzić, bo np. mają już we Włoszech lub gdzieś dalej w Europie resztę rodziny. Albo występują o tzw. drugie zakwaterowanie i czekają u nas aż znajdą pracę - wyjaśnia Leucia. - Jeśli decyzja jest negatywna, powinni wrócić do swoich krajów.

Wracają? - To już nie jest nasza działka - ucina wicedyrektorka.

Jeden z głównych celów ośrodka to przygotowanie jak najszybszej integracji azylantów do włoskiego społeczeństwa. - Dlatego kładziemy tak duży nacisk na naukę języka - wyjaśnia Dario Guarnera, kolejna osoba, która dołącza do rozmowy. W pokoju - łącznie ze mną - jest już sześć osób.

- Stawiamy na integrację z poszanowaniem różnic kulturowych. Stąd takie osoby jak ja, czyli mediatorzy kulturowi. Dzięki naszej wiedzy antropologicznej i znajomości języków staramy się pogodzić czasem skrajne oczekiwania naszych gości - opowiada. 

Integracja prowadzona jest w Carze przy pomocy najróżniejszych aktywności, w których uczestniczy około 80 proc. mieszkańców. W ośrodku odbywają się zajęcia fitness, treningi piłki nożnej (obóz ma nawet swoją reprezentację, która bierze udział w lokalnych rozgrywkach), kursy informatyki czy rękodzieła, spotkania chóru, a maluchy mogą uczęszczać do żłobka.

- Żeby jeszcze bardziej ułatwić integrację, staramy się jak najbardziej włączyć naszych gości w życie społeczności lokalnej - opowiada Dario. - Dlatego dzieci chodzą do szkół publicznych w Mineo, zabieramy ich też na lokalne wydarzenia kulturalne.  

Co jest najtrudniejsze w prowadzeniu ośrodka? - Codzienność - mówi bez wahania Leucia. - Z jednej strony najtrudniejsza, bo mamy do czynienia z ludźmi, którzy w większości mają za sobą potworne traumy i bywają skrajnie od siebie różni, a z drugiej strony najłatwiejsza, bo jeśli pracuje się z sercem i głową, to wszystko jakoś się układa.

- Pracuję tak od 10 lat. Widziałam wiele. Ludzi w ciężkim stanie, okaleczonych, niepełnosprawnych... Takie sytuacje zawsze są zaskakujące z ludzkiego punktu widzenia - mówi wicedyrektorka. - Ale najbardziej pamiętam kwiecień 2015 roku. Trafiło wówczas do nas ponad 20 ocalałych z katastrofy, w której zginęło 700 osób. Wszyscy byli w ciężkim stanie, z pustką w oczach i sercach. Pamiętam, ile wysiłku wkładaliśmy, by pomóc im otrząsnąć się z tej potwornej traumy. Pamiętam też ogromne zainteresowanie mediów tą tragedią. Dziennikarze zjechali z całego świata. To była prawdziwa inwazja na prywatność naszych gości. Musieliśmy ich przed tym bronić. Rozumiem, że dziennikarze muszą wykonać swoją pracę, ale są jakieś granice - ocenia Leucia.

Ile kosztuje prowadzenie ośrodka? - Nie mogę na to odpowiedzieć. A kto płaci? - Na to pytanie też nie mogę udzielić odpowiedzi - mówi wicedyrektorka i odsyła do prefektury.

Pytam o ustalenia specjalnej komisji włoskiego parlamentu, która dopatrzyła się dowodów korupcji w działaniach otaczających funkcjonowanie Cary. - A co widziałaś na ulicy? Serdeczność, spokój, pomoc - wymienia Leucia.

A śledztwa w sprawie umów o świadczenie usług w latach 2011-2014? - To jest sprawa komisarza wyznaczonego przez prefekturę w Katanii, który bierze udział w zarządzaniu i kontrolowaniu ośrodka - zaznacza wicedyrektorka.

Czyli Cara nie powinna zostać zamknięta, jak chcą deputowani? - Oprowadzimy cię. Zobaczysz, jak funkcjonujemy i sama ocenisz - odpowiada.      

Całą grupą wychodzimy na główną ulicę Cary. Po kolei odwiedzamy urząd pracy, gdzie azylanci uczą się m.in. jak napisać CV, centrum migracyjne, gdzie dowiadują się najważniejszych informacji o procedurze azylowej i poradnię psychologiczną. W tej ostatniej spotykamy 28-letniego Haroumę Marega z Mali. W ośrodku jest już od trzech lat.

- Musiałem uciekać z powodu konfliktu o ziemię po moim ojcu - mówi płynnie po włosku - Byłem cztery miesiące w Nigerii, sześć w Algierii i 11 w Libii. Pracowałem jako robotnik. Jestem czarny, więc Libijczycy bardzo źle mnie traktowali, aż w końcu wsadzili na łódź. Po jednym dniu przechwycił nas okręt, który odwiózł do Katanii.

Niedawno Harouma otrzymał 5-letnie pozwolenie na pobyt we Włoszech. Nadal mieszka jednak w ośrodku, ponieważ czeka aż włoskie władze znajdą mu pracę.

Pytam, czy chce jechać na północ Europy. - Nie, we Włoszech mi dobrze. Dużo już zainwestowałem w to, by się tutaj urządzić. Nauczyłem się języka. Gdzie indziej musiałbym zaczynać wszystko od nowa.

Nasza mała procesja rusza dalej. Wstępujemy do szkoły, gdzie akurat trwa lekcja włoskiego. Potem przez chwilę oglądamy trening drużyny piłki nożnej.

W międzyczasie pytam Daria, jak długo tu pracuje. - Od samego początku. Od 2011 roku - odpowiada. Co go najbardziej zaskakuje? - Solidarność tych ludzi. Oni wiedzą, że wszyscy przeszli mniej więcej przez to samo. Że wszyscy tutaj mają duże dramaty za sobą - wyjaśnia.

Idziemy dalej, do siedziby lokalnej gazetki "La Piazza". Pippo z wielkim zaangażowaniem opowiada, w jaki sposób tworzy ją razem z mieszkańcami ośrodka. - Trzeba poznać osoby, które kryją się za tymi słowami - mówi. - To ludzie tacy jak my.

W sali komputerowej spotykamy Gabriela Keuma z Nigerii. Kiedy słyszy, że jestem dziennikarką, mówi: - Widzisz tylko to, co oni chcą ci pokazać. Nie dotykasz tego, co kryje się pod powierzchnią.

Pytam, czy w takim razie zgodzi się o tym opowiedzieć. Na początku się wystrzega, ale w końcu udaje mi się przekonać go do krótkiej rozmowy.

Gabriel ma 33 lata. Bardzo dobrze mówi po angielsku. Od 20 miesięcy jest we Włoszech. Przypłynął na łodzi z Libii. Od razu został aresztowany. Oskarżono go, że kierował łodzią. Podejrzewano więc, że jest przemytnikiem. - Włosi odmówili mi nawet prawa do skorzystania z telefonu. Kiedy pochodzisz z Trzeciego Świata, po pierwszym spodziewasz się czegoś więcej - mówi.

Ale łódź prowadziłeś? - Zmuszono mnie. Jeśli ludzie z bronią czegoś od ciebie żądają, to po prostu to robisz - tłumaczy.

Nadal jest zły na Włochów. Ale wniosek o azyl wypełnił, choć - jak mówi - z poczuciem "beznadziejnej nadziei".

Nie chce rozmawiać o swojej rodzinie, ani dlaczego zdecydował się na wyjazd z Nigerii.

W Cara di Mineo nie czuje się wolny. - To inna forma więzienia, gorsza. Jesteś z Polski? Czytałem trochę o historii waszej i Niemiec. Cara jest prawie jak nazistowski obóz koncentracyjny. To cywilizowane Auschwitz - mówi z przekonaniem.

Na moją uwagę, że w obozie w Oświęcimiu działy się w czasie II wojny światowej straszne rzeczy, odpowiada: - Nie widziałaś tego, co ja.

Ale więcej już powiedzieć nie chce.     

Wracam do Daria, Luigiego i Pippa. Leucia i Giuseppe odeszli już do swoich obowiązków. W czwórkę idziemy zobaczyć, jak działa stołówka dla migrantów. - Goście najbardziej lubią kurczaka. Mogliby go jeść codziennie - opowiada Dario. - Ale jesteśmy we Włoszech, więc pastę też muszą jeść - dodaje ze śmiechem.

Przechodzimy obok sklepu, który akurat jest zamknięty. Każdy azylant dostaje w ośrodku specjalną kartę, na którą każdego dnia przelewane jest 2,5 euro. Dzięki temu mogą zaopatrywać się w potrzebne im rzeczy lub po prostu kupować to, co im się podoba. Jedzenie i środki czystości mają w ośrodku za darmo.

Potem oglądamy jeszcze salę fitness. Luigi dzwoni po samochód i znów białą furgonetką zabierają mnie na objazd po ośrodku.

1,5-hektarowy teren jest w całości ogrodzony. Oprócz bramy głównej, przez którą wchodziłam, zauważam jeszcze jedną. Jej też strzegą żołnierze.

Jest po godzinie 15. W ośrodku w najlepsze trwa sjesta. Ulice są prawie wyludnione. Tylko tu i ówdzie widać pojedyncze osoby, czasem ktoś siedzi na ganku. Przy niektórych domkach prowizoryczne osłony przed słońcem zrobione z najróżniejszych szmat. Gdzieniegdzie plastikowe meble ogrodowe. Na ulicach raczej czysto. Nie widać, by coś było zniszczone czy popisane sprayem. Plac zabaw dla dzieci wygląda jak świeżo postawiony.  

Wracamy przed budynek dyrekcji. Na pożegnanie pytam jeszcze Leucię o protesty z czerwca, gdy migranci zablokowali pobliską drogę. O co chodziło? - Goście zaczęli rozkładać na ulicach ośrodka drobne straganiki. Reguły tego zabraniają, więc zażądaliśmy, żeby je usunęli. Nie chcieli i stąd te protesty. Jednak po kilku godzinach mediacji naszego dyrektora udało się ich z drogi usunąć i rozwiązać konflikt - zapewnia wicedyrektorka.

- I co? Uważasz, że Cara powinna zostać zamknięta? - pyta na koniec.

***

Do Katanii wracam taksówką. - Widziałaś trochę innego życia - bardziej stwierdza niż pyta taksówkarz - Wiesz, że rano spod Cary odjeżdżają prywatne samochody, które przewożą migrantów za opłatą do Katanii? Biorą po 10-12 osób naraz. Wieczorem wiozą ich w drugą stronę. O! A widziałaś tych, którzy mijali nas na rowerach? Wracają z okolicznych miasteczek, gdzie pracują na czarno. Gdyby nie ogromne pieniądze, jakie mafia zarabia na spekulacji towarami dla tych ośrodków, to pewnie Carę dawno by zamknęli.

Agnieszka Waś-Turecka, Cara di Mineo

***

Obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje