Czy Hiszpania może stać się krajem, którego nikt nie będzie chciał opuścić?

Nacjonaliści po obu stronach powinni zdać sobie sprawę, że najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów Hiszpanii nie jest rozerwanie kraju na strzępy, ale odbudowanie go wspólnymi siłami – pisze o ostatnich wydarzeniach w Katalonii na łamach "The New York Times" Martín Caparrós z Madrytu.

10 października wieczorem Carles Puigdemont, były dziennikarz i burmistrz małego miasteczka, który obecnie jest premierem Katalonii, ogłosił niepodległość regionu. Tak jakby.

Reklama

Tak naprawdę powiedział, że ogłosi niepodległość później i zasugerował, że wszystko wymaga negocjacji.

(...)

Po półtorej tygodnia politycznego impasu w Hiszpanii, Carles Puigdemont nie miał innego wyjścia niż zastosowanie półśrodka. Musiał to zrobić, jeśli chciał zachować pozycję lidera.

Wydawało się, że 1 października separatyści Carlesa Puigdemonta są na drodze do zwycięstwa. Świat obiegły zdjęcia hiszpańskiej policji, która brutalnie interweniowała w Katalonii, w wyniku czego ucierpiały m.in. starsze kobiety. W stronę Katalończyków płynęły wyrazy współczucia.

Potem przyszedł czas na kontratak, a na jego czele stanął król Filip VI. Oświadczył, że ani rząd w Madrycie, ani monarchia nie będą negocjować z proniepodległościowymi przywódcami Katalonii.

Tak naprawdę była to wspólna ofensywa pomiędzy państwem hiszpańskim a wielkimi katalońskimi korporacjami. 4 października rząd Hiszpanii uchwalił dekret, który ułatwia firmom z Katalonii przeniesienie oficjalnej siedziby do innego regionu kraju. Kilka dni później największe katalońskie banki - Caixa i Sabadell - oraz gazowe i wodociągowe przedsiębiorstwa ogłosiły, że opuszczają autonomiczny region.

(...)

Decyzja instytucji finansowych była jak zimny prysznic dla zwolenników niepodległości Katalonii, gotowych oddać wszystko za ojczysty region, z wyjątkiem rachunków oszczędnościowych i europejskiego stylu życia. Dla premiera Katalonii Carlesa Puidgemonta i jego partii było to jak lodowate tsunami.

W obliczu ekonomicznego zagrożenia, wśród falujących flag i patriotycznych śpiewów coraz wyraźniej było widać, że niepodległość jest bardziej pragnieniem niż realnym projektem. Przez wiele lat dyskutowano o stworzeniu nowego państwa, ale niewiele mówiło się na temat jego ekonomicznej i społecznej struktury. Właśnie dlatego nikt nie wiedział, jak wielkiej energii społecznej - ile walki i poświęcenia - potrzeba do osiągnięcia celu.

Tworzenie kraju to złożony i kosztowny proces. Potrzeba ogromnego wsparcia, aby by podjąć taki krok. Ogłoszenie niepodległości następuje zazwyczaj po długiej wojnie lub upadku kolonialnej potęgi, a przynajmniej wymaga zgromadzenia wokół tej idei przeważającej większości. W Katalonii pierwsze dwie opcje są niemożliwe, a trzecia nie jest tak oczywista. Rozpocząć historię jako nowy i jednocześnie podzielony kraj to jak recepta na katastrofę.

Na domiar złego, liderzy separatystycznego ruchu stracili kontrolę nad słowami i protestującymi na ulicach. Nagle ci, którzy do tej pory milczeli, zaczęli głośno wyrażać swoje zdanie. Ponad połowa Katalończyków nawet nie zagłosowała w referendum. Ci ludzie przez lata trzymali się z daleka, ponieważ wiedzieli, że sprzeciw wobec katalońskiego patriotyzmu nie był popularny. Nieuchronnie zbliżająca się deklaracja niepodległości wyrwała ich jednak z letargu. Grupa ludzi, która dotychczas siedziała cicho - prawdopodobnie stanowiąca większość - przerwała milczenie.

W Hiszpanii słychać obecnie różne głosy. Ludzie mają wrażenie, że dwóch tyranów - Mariano Rajoy i Carles Puigdemont - prowadzi ich w stronę straszliwej sytuacji. Jeśli nie dojdzie do rozlewu krwi, to i tak wyleje się wiele potu i łez.

Miliony osób nagle zdały sobie sprawę, że niepodległość Katalonii - lub naciskanie na region - to działania, które na długie lata mogą zrujnować życie wielu ludzi. Te same osoby nie chcą jednak przyjąć do wiadomości, że nie jest możliwe, by jednocześnie być Hiszpanem i Katalończykiem. Woleliby, aby wszystko się uspokoiło i ich liderzy poszukali rozwiązań, a zamiast dążyć do zwycięstwa, by dążyli do remisu.

Milczące dotąd osoby starają się znaleźć sposób na to, by otwarcie się wypowiedzieć. Nie chcą pozwolić, żeby ich milczenie legitymizowało tych, którzy krzyczą. (...) Hymny i symbole nawiązujące do walki przeciwko frankistowskiej Hiszpanii od dawna nie były tak widoczne na ulicach. Od dawna też groźba faszyzmu nie była aż tak wyraźna.

Zawsze łatwiej jest skandować i podnosić flagę w imię czegoś, aniżeli przeciwstawiać się nacjonalistom w patriotycznym ferworze. Łatwiej jest podążać za liderem niż za samą ideą. Ci, którzy próbują dziś płynąć pod prąd i sprzeciwiają się patriotycznym falom w Hiszpanii, rosną jednak w siłę. Jeśli uda im się mówić wystarczająco głośno i wyraźnie, może pozwoli to, by zmienić coś w Katalonii i w pozostałych częściach kraju.

Co zatem należy zrobić? Przede wszystkim obie strony powinny się nawzajem przekonać, że najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów Hiszpanii nie jest rozstanie się z Katalonią i rozerwanie kraju na strzępy. Trzeba wspólnymi siłami odbudować Hiszpanię i jej społeczeństwo tak, by w przyszłości ani regiony, ani obywatele nie chcieli jej opuścić.

Na razie premier Katalonii Carles Puigdemont opóźnił ogłoszenie niepodległości regionu, wzywając do dialogu i czekając na odpowiedź Madrytu. Kilka dni wcześniej rzecznik partii rządzącej Pablo Casado zasugerował, że osoba, która ogłosi niepodległość Katalonii, "skończy tak, jak ten, który ogłosił ją 83 lata temu". Tym człowiekiem był Lluís Companys, kataloński zwolennik niepodległości i bohater, który 15 października 1940 roku został rozstrzelany przez wojska dyktatora generała Francisco Franco.

Martín Caparrós / © 2017 The New York Times

Tłum. JM

(Martín Caparrós jest dziennikarzem z Madrytu i stałym współpracownikiem hiszpańskiego wydania "The New York Times").

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje