Gowin zeznaje ws. Amber Gold: Prokuratura nie zdała egzaminu

​Prokuratura nie zdała egzaminu w sprawie Amber Gold, stwierdziłem szereg uchybień w działaniach sądów i kuratorów - stwierdził Jarosław Gowin, który zeznaje przed komisją śledczą w sprawie Amber Gold. Wicepremier argumentował, że Marcin P. był tylko "słupem", a za całą aferą stała mafia. Jednocześnie zaznaczył, że nie widzi dowodów na to, żeby Donald Tusk tuszował sprawę.

Jarosław Gowin podkreślił podczas przesłuchania przed komisją śledczą, że jest przekonany, że Marcin P. był tylko "słupem". - Był drobnym oszustem, popełniał prymitywne oszustwa. Nagle po jednym pobycie w areszcie rozwija wielkie przedsięwzięcie. Jestem przekonany, ze nie był w stanie tego wymyślić i przeprowadzić -  argumentował wicepremier. Zdaniem polityka, za aferą stała mafia.

Reklama

Jarosław Gowin odniósł się również do działań podejmowanych przez Donalda Tuska. - Nie widzę dowodów na to, żeby Tusk wiedział wcześniej o tej aferze i nie podejmował działań. Ani tym bardziej, że ją tuszował - powiedział Gowin.

Gowin: Tusk miał pretensje do szefa ABW

W ocenie ministra, były premier Donald Tusk miał pretensje do szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, że Agencja nie poinformowała go o tym, że jego syn Michał podejmuje współpracę z "instytucją biznesowo podejrzaną". Pytany przez szefową komisji śledczej Małgorzatę Wassermann (PiS), czy premier Donald Tusk wiedział o tym, że w Gdańsku, "mateczniku Platformy Obywatelskiej" wszyscy są "zachłyśnięci" firmą OLT Express, Gowin ocenił, że Tusk jako wnikliwy obserwator musiał o tym wiedzieć.

Pytany, jak wyglądał przepływ informacji, skoro Tusk nie został poinformowany, że w przypadku OLT Express "mamy do czynienia z człowiekiem (chodzi Marcina P. szefa Amber Gold, firma ta była głównym udziałowcem linii lotniczych OLT) który ma 9 wyroków na koncie", Gowin odpowiedział, że właśnie m.in. dlatego uważa, iż w przypadku Amber Gold zawiodło państwo.

- Takie informacje powinny być dostarczone premierowi Tuskowi natychmiast, zwłaszcza w momencie, kiedy współpracę z OLT podjął jego syn - powiedział.

B. minister sprawiedliwości powiedział, że Tusk w rozmowie z nim formułował duże pretensje pod adresem ówczesnego szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztofa Bondaryka. - Donald Tusk zgłaszał wobec niego pretensje, że ABW nie ostrzegło go, że jego syn podejmuje współpracę z instytucją biznesową podejrzaną - mówił.

- Mówiąc szczerze uważałem wtedy tak samo, uważałem, że obowiązkiem ABW jest ochrona nie tylko premiera, nie tylko ważnych polityków, ale także ich rodzin - dodał.

Jak podkreślił, sam sformułował taką opinię pod adresem Bondaryka, że ABW zawiodło. - Powiedziałem mu: "panie generale, moim zdaniem ABW powinna premiera ostrzec, że jego syn podejmuje współpracę z taką podejrzaną instytucją" - mówił.

Gowin podkreślił, że w odpowiedzi Bondaryk stwierdził, że istnieje zróżnicowana praktyka w stosunku do różnych premierów, jeżeli chodzi o osłonę ze strony służb państwowych, wywiadowczych i kontrwywiadowczych, że tutaj decyzja zależy od samego zainteresowanego.

Bondaryk - jak zaznaczył Gowin - dodał w rozmowie z nim , że premier Tusk zdecydowanie nie życzył sobie, żeby ABW towarzyszyła czy pilotowała sprawy związane z jego rodziną. - Generał Bondaryk, broń Boże, nie sugerował, że Donald Tusk chciał cokolwiek ukryć, on chciał, żeby jego rodzina cieszyła się swobodą działania i że ABW w związku z tym musiało taką wolę premiera usankcjonować - powiedział Gowin.

"Tusk rozważał dymisję szefów ABW i UOKiK "

Wicepremier twierdzi, że natychmiast po wybuchu afery Amber Gold ówczesny premier Donald Tusk poważnie rozważał dymisję szefa ABW Krzysztofa Bondaryka oraz prezes UOKiK Małgorzaty Krasnodębskiej-Tomkiel.

Podczas czwartkowego przesłuchania szefowa komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) pytała Gowina, kogo po wybuchu afery Amber Gold zdymisjonował ówczesny premier Donald Tusk.

- Natychmiast po wybuchu afery, wedle mojej wiedzy, premier poważnie rozważał odwołanie szefa ABW gen. Bondaryka oraz prezes UOKiK. Ostatecznie nie zdecydował się ani na jedno, ani na drugie - odpowiedział.

- W obu tych przypadkach zmienił zdanie, chociaż oboje zostali odwołani w późniejszym okresie - dodał.

Gowin wskazał, że w przypadku gen. Bondaryka "zdecydowanie w obronę" brał go minister Jacek Cichocki, który "słusznie wskazywał, że ABW przystąpiło do działań natychmiast po tym, kiedy Amber Gold weszło w obszar przemysłu lotniczego".

Wassermann dopytywała, dlaczego więc nikt ze służb nie ostrzegł wcześniej Tuska, jeśli chodzi o sprawę Amber Gold. - Mogę mówić tylko o faktach, których byłem świadkiem. Byłem świadkiem zgłaszania przez premiera Tuska dużych zastrzeżeń do działalności ABW; nie byłem świadkiem zgłaszania zastrzeżeń do działalności policji - odpowiedział Gowin.

Szefowa komisji pytała też, czy Tusk miał w planach odwołanie ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, w związku z działaniami prokuratury. - Czy w kontekście afery Amber Gold premier rozważał możliwość takich działań, tego szczerze mówiąc nie pamiętam - odparł.

"Nie mam podstaw do zarzutu, że Tusk wiedział o Amber Gold i nie reagował"

- Nie mam podstaw do zarzutu, że Donald Tusk wiedział o Amber Gold wcześniej i nie reagował; wątpliwości budzą jedynie "taśmy" z nagraniem szefa NBP Marka Belki, z których wynika, że miał on ostrzegać Tuska w tej sprawie - zeznał Jarosław Gowin.

- Z całą pewnością ani wtedy, ani dzisiaj nie widzę żadnych dowodów na to, że Donald Tusk albo wiedział o tej aferze wcześniej i nie podejmował działań naprawczych, albo wręcz, że tuszował ją - podkreślał ówczesny minister sprawiedliwości.

Gowin pytany był przez Andżelikę Możdżanowską (PSL), kiedy Donald Tusk dowiedział się o aferze? - Nie mam zdania w tej sprawie, dlatego, że z jednej strony wówczas sam Donald Tusk mówił o tym, że został poinformowany o całej sprawie bardzo późno, bo bodajże pod koniec maja przez ABW. Z drugiej strony, w roku 2015 ukazał się zapis nagrania rozmowy odbywanej w restauracji "Sowa i przyjaciele" z udziałem prezesa NBP Marka Belki, który mówił do swoich rozmówców, że kilka miesięcy wcześniej informował premiera Tuska, że Amber Gold jest piramidą finansową - odparł.

Dopytywany, powtórzył, że "nie widzi podstaw do tego, żeby obarczać Tuska zarzutem, że wiedział o aferze i nie reagował albo, że wiedział o aferze i czerpał z tego jakieś korzyści, bądź tolerował czerpanie korzyści przez ludzi ze swojego otoczenia".

- Jedyny znak zapytania, który się tutaj pojawia, to wspomniane słowa Marka Balki. Bo jeżeli te słowa są prawdziwe, to premier Tusk powinien był zobowiązać podległe mu organy państwowe do bardzo zdecydowanych działań już wtedy, kiedy powziął taką informację od nie byle jakiej osoby, bo prezesa NBP - zauważył.

Jak zeznał, co najmniej kilkukrotnie rozmawiał z premierem Tuskiem o Amber Gold, a pierwsza z tych rozmów dotyczyła zobowiązania jego samego, a także ministrów Marka Cichockiego oraz Jacka Rostowskiego do przygotowania raportu o aferze, który został później przedstawiony Sejmowi. Według Gowina rozmowa ta miała miejsce tuż po jego powrocie z urlopu, "co musiało nastąpić w przedziale 5-10 sierpnia".

Gowin był też pytany przez Możdżanowską o jego działania sprawdzające, czy istnieją jakieś powiązania pomiędzy Marcinem P. a politykami trójmiejskiej PO.

Jak powiedział, gdy przestał już pełnić funkcję ministra sprawiedliwości, odbył szereg rozmów z "autorytetami życia publicznego Trójmiasta". Nie chciał wymienić nazwisk, uzasadniając, iż są to osoby prywatne, w tym osoby duchowne.

- Pytałem ich, czy w ich ocenie i wedle ich wiedzy takie związki istniały, czy nie istniały. (...) Moi rozmówcy twierdzili, że w Trójmieście było zachłyśnięcie się projektem +trójmiejskiego Ryanaira+, że powstaną lokalne linie lotnicze (chodzi o OLT Express - PAP). Natomiast wedle wiedzy tych kilku moich rozmówców nie istniały ścisłe związki między trójmiejską Platformą a Marcinem P. - dodał.

- Wiadomo, że Marcin P. finansował jakieś przedsięwzięcia samorządowe, zwłaszcza w Gdańsku, i że w związku z tym istniały jakieś kontakty między nim a prezydentem (Gdańska Pawłem - PAP) Adamowiczem. Natomiast żaden z moich rozmówców nie był w stanie wskazać na jakiś bardziej bezpośredni i osobisty charakter tych kontaktów - uzupełni.

"Gdyby prokuratura funkcjonowała jak powinna, skala afery byłaby mniejsza"

Gdyby prokuratura funkcjonowała tak jak powinna, nawet przy ówczesnych regulacjach ustawowych, to skala afery Amber Gold byłaby zdecydowanie mniejsza - ocenił w czwartek przed komisją ds. Amber Gold b. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin.

Gowin pytany przez posła Jarosława Krajewskiego (PiS) o to, jak ocenia działalność prokuratury ws. afery Amber Gold powiedział, że według niego model rozdziału urzędu prokuratura generalnego i ministra sprawiedliwości w okresie rządów PO-PSL nie sprawdził się. Według b. ministra sprawiedliwości w ówczesnym modelu prokurator generalny miał zbyt wąskie kompetencje.

- Ustawa wiązała mu ręce, nawet w prostych sprawach personalnych nie był w stanie podejmować samodzielnie decyzji, uzależniony był od zgody Krajowej Rady Prokuratorów, a zarówno w sensie personalnym jak i ustrojowym Krajowa Rada Prokuratury została ustawiona w kontrze do prokuratura (generalnego Andrzeja) Seremeta - mówił.

Gowin podkreślił, że uważa Andrzeja Seremeta za człowieka "głęboko uczciwego", za człowieka, który bardzo dbał o niezależność prokuratury. Dodał, że w kwestii niezależności prokuratury był w sporze z Seremetem, który wówczas krytycznie oceniał projekt zmiany ustawy o prokuraturze autorstwa Gowina.

- Chciałem z jednej strony zwiększyć uprawnienia prokuratura generalnego, z drugiej strony poddać kontroli już nie rządu co prawda, ale parlamentu. No i pan prokurator generalny uważał, że ten drugi element mojej koncepcji narusza zasadę niezależności prokuratury - powiedział Gowin.

- Jak zostałem ministrem sprawiedliwości i zobaczyłem jak to funkcjonuje w praktyce, to po kilku tygodniach wiedziałem, że trzeba tę ustawę zmienić, podjęliśmy z panem ministrem Królikowskim bezzwłoczne prace nad nową ustawą o prokuraturze - zaznaczył.

"Seremet był bojkotowany przez prokuratorów"

Według Gowina prokurator Seremet, który wcześniej sprawował urząd sędziego, został przez środowisko prokuratorów zignorowany. - Był bojkotowany, czy sabotowane były jego działania przez prokuratorów - powiedział.

Ponadto b. minister sprawiedliwości stwierdził, że miał zastrzeżenia co do "sprawności zarządczej" prokuratora Seremeta oraz ocenił, że "brakowało mu doświadczenia w kierowaniu tak dużą i skomplikowaną instytucją jak prokuratura".

- Gdyby prokuratura funkcjonowała tak jak powinna funkcjonować, nawet przy ówczesnych regulacjach ustawowych, to skala afery Amber Gold byłaby zdecydowanie mniejsza - ocenił Gowin. Według niego, zdecydowana część odpowiedzialności za aferę Amber Gold spada na prokuraturę.

Pytany przez posła Krajewskiego, komu zależało na "rozmontowaniu prokuratury, żeby w takiej sprawie jak Amber Gold nie reagowała w sposób skuteczny i szybki", Gowin odpowiedział, że nie ma podstaw do tego, żeby twierdzić, że ktoś celowo doprowadził do rozdzielenia prokuratury od Ministerstwa Sprawiedliwości po to, żeby ułatwiać życie przestępcom.

- Myślę, że raczej kryła się za tym rozwiązaniem pewna naiwność, natomiast na pewno prokurator generalny w ramach tych swoich bardzo wąskich kompetencji niestety nie był w stanie wyciągać konsekwencji dyscyplinarnych, stąd przynajmniej ja mam takie wrażenie bezkarności również prokuratorów, którzy zawinili w sprawie Amber Gold - powiedział b. minister sprawiedliwości.

Dodał, że nie ma podstaw do tego, żeby stawiać zarzuty jakiemukolwiek politykowi działań w złej wierze w tej sprawie.

"Tusk uczulał mnie na presję polityków ws. budynku sądu w Gdańsku"

Odpowiadając na pytania, Gowin stwierdził, że nie było powodu, by sądzić, iż Tusk kiedykolwiek patrzył przez palce na korupcyjny styk polityki i biznesu. Jako przykład podał jego przestrogi w sprawie dotyczącej zakupu budynku dla gdańskiego sądu okręgowego.

- Premier Tusk wielokrotnie przestrzegał nas przed związkami polityki i biznesu. Również w stosunku do mnie używał takich przestróg, raczej przyjacielskich, przyjacielskich - za dużo powiedziane, życzliwych rad - sprecyzował Gowin, dodając, że między nimi była "szorstka przyjaźń".

- Chodziło też o sprawę związaną z wymiarem sprawiedliwości w Trójmieście, czyli o zakup budynku Sądu Okręgowego w Gdańsku. Tam premier Tusk bardzo otwarcie mówił mi, że niepokoją go związki między jednym z deweloperów a niektórymi politykami Platformy i zalecał mi zachowanie szczególnej ostrożności przy zakupie tego budynku - mówił Gowin.

Rozwijając ten wątek, tłumaczył, że za czasów wcześniejszego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego doszło do wynajęcia budynku zaprojektowanego przez jednego z gdańskich deweloperów dokładnie pod potrzeby sądu. - Można domniemywać, że ten deweloper miał pewność, a w każdym razie uważał, że budynek zostanie przez sąd wynajęty - stwierdził Gowin.

Jak dodał, gdy ministrem sprawiedliwości został Krzysztof Kwiatkowski zaczął on sprowadzać warunki tego najmu i okazało się, że są one bardzo niekorzystne. W efekcie - jak mówił Gowin - Kwiatkowski podjął decyzję o próbie zmiany tych warunków poprzez kupno tego budynku. Cena, jaką zażądał deweloper, wynosiła 220 mln zł. - Na tym sprawa za czasów kadencji ministra Kwiatkowskiego zakończyła się i została przekazana mnie - wskazał Gowin.

"Interweniowali u mnie różni posłowie z Trójmiasta"

Dodał, że po objęciu funkcji szefa resortu sprawiedliwości o sprawie budynku poinformował Tuska, który ostrzegał go, "bardzo uczulał mnie na to, abym nie ulegał presji jakichkolwiek polityków w tej sprawie". - Faktycznie w tej sprawie interweniowali u mnie różni posłowie z Trójmiasta - zaznaczył.

Tomasz Rzymkowski (Kukiz'15) dopytywał Gowina o nazwiska tych posłów. - Na pewno pisemnie europoseł Jarosław Wałęsa. Natomiast wizyty w ministerstwie w tej sprawie składał poseł (Stanisław) Lamczyk, a na korytarzu sejmowym zaczepiał mnie poseł (Jerzy) Borowczak - odpowiedział Gowin.

- Jakie argumenty padały? - dopytywał Rzymkowski. - Argumenty były takie, że ten budynek jest bardzo potrzebny sądowi gdańskiemu i należy go jak najszybciej kupić. Oni uzasadniali swoje zaangażowanie w tę sprawę faktem, że są posłami z tego okręgu i troską o dobro tego okręgu  - tłumaczył Gowin. -Poprosiłem ich bardzo stanowczo, aby się tą sprawą nie zajmowali - dodał.

Gowin zwrócił uwagę, że o sprawie zakupu tego budynku rozmawiał z nim również ówczesny wiceprezydent Gdańska. W sprawie budynku odbyło się również spotkanie Gowina z ówczesnymi: prezesem gdańskiego sądu okręgowego Ryszardem Milewskim oraz dyrektorem tego sądu. Jak zaznaczył świadek, było to na kilka miesięcy przed aferą Amber Gold.

- W toku negocjacji (z deweloperem - przyp. red.) uznałem, że cena 220 mln jest kompletnie nie do przyjęcia. Następna cena, którą pamiętam, to 180 mln, zapowiedziałem, że za tę cenę też nie kupię tego budynku - mówił Gowin. Dodał, że ostatecznie budynek ten został zakupiony za ok. 150 mln, a w cenie tej zawarty był też sprzęt warty "kilkanaście milionów". "De facto budynek kupiłem za sto trzydzieści-kilka milionów, zbijając cenę o niemal 100 mln - wskazał Gowin.

"Ws. Amber Gold doszło do wielu błędów i uchybień"

Wicepremier dowodził dziś zeznając przed komisją śledczą, że w przypadku Amber Gold doszło do wielu błędów po stronie prokuratury, uchybień, a może i złamania prawa w przypadku pracy kuratorów, uchybień w pracy sędziów sądu rejestrowego, braku nadzoru ze strony innych sędziów nad wykonaniem kolejnych kar dla Marcina P.

Gowin, ówczesny minister sprawiedliwości mówił o tym w czwartek przed komisją śledczą ds. Amber Gold. Pytany przez posłankę Andżelikę Możdżanowską (PSL), czy podtrzymuje swoją opinię, że w przypadku afery Amber Gold mieliśmy do czynienia z "państwem teoretycznym" i gdyby dobrze funkcjonowała prokuratura i urzędy, nie byłoby tej afery, odpowiedział, że zdecydowanie podtrzymuje tę opinię.

Pytany również, czy wymiar sprawiedliwości również był w jego ocenie "teoretyczny" odparł, że ze stwierdzenia, że państwo zawiodło w jakieś ważnej sprawie, nie wynika, że państwo zawodzi w każdej innej sprawie.

- Fakt, że doszło do powołania tej komisji, jest dowodem na to, że dzisiaj państwo działa lepiej, niż działało przed laty - ocenił.

- W przypadku Amber Gold z całą pewnością doszło do wielu błędów po stronie prokuratury, z całą pewnością doszło do uchybień, a może i złamania prawa w przypadku pracy kuratorów, do uchybień w pracy sędziów sądu rejestrowego, do braku nadzoru ze strony innych sędziów nad wykonaniem kolejnych kar dla Marcina P. - mówił w czwartek Gowin.

- Teraz mogę już tylko powiedzieć na odpowiedzialność ówczesnego ministra (finansów Jacka -  przyp. red.) Rostowskiego, że doszło również do uchybień ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i ze strony urzędów skarbowych - dodał.

"Gdyby nie decyzja ws. akt, bylibyśmy dalej od wyjaśnienia sprawy"

- Gdyby nie decyzja o zażądaniu od sądu w Gdańsku akt spraw Marcina P. i gdyby nie działania sędziów z Ministerstwa Sprawiedliwości, "bylibyśmy o wiele dalej od wyjaśnienia sprawy Amber Gold" - powiedział w czwartek przed komisją śledczą b. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin.

Gowin zwrócił się o wydanie akt spraw dotyczących spraw Marcina P. po spotkaniu w sądzie w Gdańsku, do którego doszło 20 sierpnia 2012 r., po wybuchu afery Amber Gold. - Wyprzedzając ewentualne pytania, bo pojawiały się wtedy takie zarzuty, a sprawa była bardzo gorąco komentowana, że ja sam jako polityk chciałem mieć wgląd w te akta - to nieprawda - powiedział b. minister sprawiedliwości.

Jak zaznaczył, wgląd w akta mieli wyłącznie sędziowie oddelegowani do pracy w resorcie sprawiedliwości. - Chcę powiedzieć, że jestem przekonany, że gdyby nie ta decyzja, ta moja decyzja oraz działania sędziów z Ministerstwa Sprawiedliwości, to bylibyśmy o wiele dalej od wyjaśnienia sprawy Amber Gold - powiedział.

Odpowiadając na pytanie mówił, że z tego co pamięta, akta te resort otrzymał od wiceprezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku Rafała Terleckiego, bo - jak dodał Gowin - ówczesny prezes tego sądu Ryszard Milewski przebywał wówczas na urlopie.

"Sędzia Milewski wyraźnie starał się uchylić od odpowiedzialności"

- Sędzia Milewski, tak ja interpretowałem jego zachowanie, wyraźnie starał się uchylić od odpowiedzialności za decyzję o przysłaniu bądź nieprzysłaniu mi tych akt. Przerzucił odpowiedzialność za tę decyzję na swojego zastępcę - dodał Gowin.

- Nie będę ukrywał, że moja decyzja wywołała wiele kontrowersji. Została bardzo szeroko oprotestowana przez środowisko sędziowskie, wywoływała też kontrowersje w samym ministerstwie - mówił. Jak dodał, pojawiały się opinie, że decyzja ta jest sprzeczna z przyjętą pod koniec poprzedniej kadencji, czyli w 2011 r. nową ustawą o ustroju sądów powszechnych.

- Na sprawę tej ustawy chciałbym zwrócić uwagę. Ta ustawa pod koniec kadencji w atmosferze przedwyborczej przeszła niezauważona. Tymczasem jej zapisy de facto pozbawiały ministra sprawiedliwości, a więc tym samym całe państwo, ogół obywateli jakiejkolwiek efektywnej kontroli nad tym co dzieje się w sądach pod warunkiem oczywiście przyjęcia takiej interpretacji tych przepisów, za którą to interpretacją bardzo szeroko opowiadało się środowisko sędziowskie - powiedział Gowin.

Szefowa sejmowej komisja śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) stwierdziła, że "ochronie powinny podlegać dokumenty jeśli ma to jakiś cel i jakiś sens". - Jeżeli są postępowania zakończone, a z takimi mieliśmy tutaj do czynienia, jeśli każdy obywatel i każdy dziennikarz może wystąpić o dostęp do tych dokumentów w ramach dostępu do informacji publicznej, to ja uważam, że wszelka dyskusja na temat ustawy, która nota bene była niejasna, ja wcale nie uważam, żeby uniemożliwiała ministrowi sprawiedliwości sprawowanie kontroli nad prawomocnie zakończonymi postępowaniami (....) To był w ogóle spór absurdalny - powiedziała Wassermann.

- W pełni podzielam stanowisko pani przewodniczącej, ale też chcę zauważyć, że to stanowisko nie jest do końca reprezentatywne nawet dla tej części środowiska prawniczego, którą pani reprezentuje, bo Naczelna Rada Adwokacka zapowiedziała wtedy wystąpienia do prokuratury z doniesieniem na mnie jakobym złamał prawo - powiedział Gowin.

"Państwo nie poradziło sobie z aferą Amber Gold"

Zdaniem Gowina, po paru latach widać czarno na białym, że niestety polskie państwo nie poradziło sobie z aferą Amber Gold. - Państwo zawiodło także na późniejszym etapie, kiedy okazało się, że pieniądze ukradzione przez Marcina P. nie zostały odzyskane - ocenił.

W czwartek Gowin - w okresie, gdy wybuchła afera minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL, dziś wicepremier, minister nauki - odpowiada na pytania posłów z komisji śledczej ds. Amber Gold.

Witold Zembaczyński (Nowoczesna) przypomniał, że Gowin mówił dawniej w mediach m.in., by w związku ze sprawą Amber Gold "poszkodowani ludzie otrzymali zadośćuczynienie". - Co w tej sprawie, w sprawie tych pokrzywdzonych może pan zrobić dzisiaj, jako wicepremier polskiego rządu? - pytał Zembaczyński.

- Mogę zrobić dokładnie tyle samo, co pan poseł. Możemy wspólnie podjąć taką inicjatywę sejmową, żeby z budżetu państwa wypłacić poszkodowanym odszkodowania, dlatego, że niestety polskie państwo w sprawie Amber Gold zawiodło także na tym późniejszym etapie, kiedy okazało się, że pieniądze ukradzione przez Marcina P. nie zostały odzyskane - powiedział Gowin.

Zastrzegł jednak, że "osobna sprawa, to jest pytanie, czy takie rekompensaty z budżetu państwa, czyli podatków milionów podatników, są zasadne, czy nie".

- Czy mam rozumieć przez to, że te odszkodowania powinny być wypłacone, jeśli komisja dowiedzie, że państwo zawiodło? - dopytywał Zembaczyński.

- Osobiście byłbym przeciwny takiej inicjatywie, ale jeśli pan poseł ją podejmie, to rozważę wszystkie argumenty za i przeciw - odpowiedział Gowin.

Poseł dopytywał także o słowa Gowina z poprzedniej kadencji Sejmu, że komisja śledcza ds. Amber Gold jest niepotrzebna.

- Jako polityk staram się wyciągać wnioski z faktów i z własnych pomyłek. Wtedy, w poprzedniej kadencji, uważałem, że aparat państwa dysponuje odpowiednimi narzędziami, by wyjaśnić przyczyny i odzyskać przynajmniej część ukradzionych pieniędzy i pociągnąć do winy odpowiedzialnych. Po paru latach widać czarno na białym, że niestety polskie państwo nie poradziło sobie z aferą Amber Gold, dlatego podniosłem rękę za powołaniem tej komisji z pełnym przekonaniem - odpowiedział Gowin.

"Wszczęto cały szereg postępowań"

- Generalnie rzecz biorąc uważam, że prokuratura nie zdała egzaminu - mówił Gowin, odpowiadając na pytania członków komisji śledczej.

- Jeżeli chodzi o działania podejmowane przez wymiar sprawiedliwości, w ścisłym tego słowa znaczeniu, przede wszystkim przez sądy i kuratorów, to niestety stwierdziłem cały szereg uchybień - dodał.

Gowin podkreślił, że w efekcie tego już 16 sierpnia 2012 r. złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez jednego z kuratorów. - Wskutek zainspirowanych przeze mnie działań wszczęto także cały szereg postępowań dyscyplinarnych wobec grupy sędziów - powiedział.

Wymienił tu sądy rejonowe: w Gdańsku, Starogardzie, Malborku oraz Kościerzynie. Jak dodał, postępowania wszczęto też wobec kuratorów z Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe.

"Nie miałem umocowań, by badać działania prokuratury"

Wicepremier zaznaczył też, że w czasie, gdy był ministrem sprawiedliwości, prokuratura nie podlegała nadzorowi tego resortu, więc nie miał prawnych umocowań, żeby badać działania związane z aferą Amber Gold.

Gowin stał na czele resortu sprawiedliwości, gdy wybuchła afera Amber Gold. Funkcję szefa tego resortu pełnił od listopada 2011 r. do maja 2013 r.

- Badałem sposób wykonywania obowiązków przez sędziów i kuratorów w sprawach dotyczących Marcina P. (prezesa spółki Amber Gold - przyp. red.) poprzedzających aferę Amber Gold. Jeśli chodzi o samą aferę, w okresie, kiedy byłem ministrem sprawiedliwości, prokuratura nie podlegała już nadzorowi szefa resortu sprawiedliwości, więc nie miałem instrumentów, ani prawnych umocowań, żeby badać działania związane z samą aferą - powiedział Gowin, odpowiadając na pytania Joanny Kopcińskiej (PiS).

Świadek dodał, że gdy wybuchła afera - na przełomie lipca i sierpnia 2012 r. - przebywał na urlopie. - Ale natychmiast skontaktowałem się z ministerstwem i zleciłem podjęcie działań zmierzających do ustalenia okoliczności ujawnionego już wtedy faktu, że Marcin P. był już w przeszłości wielokrotnie karany - zaznaczył.

Gowin relacjonował, że po powrocie z urlopu, wraz z ministrami Jackiem Rostowskim i Jackiem Cichockim zobowiązany został przez premiera Donalda Tuska do wspólnego przygotowania raportu przedstawiającego działania instytucji ws. Amber Gold i sprawach Marcina P. Jak dodał, sprawozdanie z tych działań przedstawił podczas posiedzenia Sejmu pod koniec sierpnia 2012 r.

"Po Amber Gold trzeba przemodelować sądownictwo"

Według ministra Gowina, sprawa Amber Gold dowodzi, że trzeba przemodelować sądownictwo dyscyplinarne sędziów i prokuratorów, bo mamy do czynienia ze źle pojętą solidarnością korporacyjną.

- Niestety muszę powiedzieć, że w mojej ocenie sposób samorozliczenia się wymiaru sprawiedliwości z aferą Amber Gold jest dowodem na to, że trzeba zdecydowanie przemyśleć i przemodelować sądownictwo dyscyplinarne, zarówno w odniesieniu do sędziów, jak i w odniesieniu do prokuratorów. Uważam, że w przypadku i jednej, i drugiej grupy zawodowej mamy do czynienia ze zjawiskiem źle pojętej solidarności korporacyjnej - mówił Gowin, dawny minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, dziś wicepremier, minister nauki w rządzie PiS.

Gowin podkreślił, że jeszcze jako szef resortu sprawiedliwości podjął działania zmierzające do reformy sądownictwa dyscyplinarnego, zwłaszcza prokuratorskiego, a obecnie "bardzo popiera" działania obecnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, aby zmodyfikować sędziowskie sądownictwo dyscyplinarne.

Na pytanie posłanki Joanny Kopcińskiej (PiS) czy niewyciąganie konsekwencji wobec pracowników wymiaru sprawiedliwości przez ich zwierzchników wynikało - jego zdaniem - ze "swego rodzaju "koleżeńskości", Gowin odparł: "Nie mam podstaw, żeby podejrzewać cokolwiek innego niż źle pojętą solidarność korporacyjną.

Gowin: nie mam podstaw do zarzutu, że Tusk wiedział o Amber Gold i nie reagował

"Z całą pewnością ani wtedy, ani dzisiaj nie widzę żadnych dowodów na to, że Donald Tusk albo wiedział o tej aferze wcześniej i nie podejmował działań naprawczych, albo wręcz, że tuszował ją" - podkreślał ówczesny minister sprawiedliwości.

Gowin pytany był przez Andżelikę Możdżanowską (PSL), kiedy Donald Tusk dowiedział się o aferze? "Nie mam zdania w tej sprawie, dlatego, że z jednej strony wówczas sam Donald Tusk mówił o tym, że został poinformowany o całej sprawie bardzo późno, bo bodajże pod koniec maja przez ABW. Z drugiej strony, w roku 2015 ukazał się zapis nagrania rozmowy odbywanej w restauracji "Sowa i przyjaciele" z udziałem prezesa NBP Marka Belki, który mówił do swoich rozmówców, że kilka miesięcy wcześniej informował premiera Tuska, że Amber Gold jest piramidą finansową" - odparł.

Dopytywany, powtórzył, że "nie widzi podstaw do tego, żeby obarczać Tuska zarzutem, że wiedział o aferze i nie reagował albo, że wiedział o aferze i czerpał z tego jakieś korzyści, bądź tolerował czerpanie korzyści przez ludzi ze swojego otoczenia".

"Jedyny znak zapytania, który się tutaj pojawia, to wspomniane słowa Marka Balki. Bo jeżeli te słowa są prawdziwe, to premier Tusk powinien był zobowiązać podległe mu organy państwowe do bardzo zdecydowanych działań już wtedy, kiedy powziął taką informację od nie byle jakiej osoby, bo prezesa NBP" - zauważył.

Jak zeznał, co najmniej kilkukrotnie rozmawiał z premierem Tuskiem o Amber Gold, a pierwsza z tych rozmów dotyczyła zobowiązania jego samego, a także ministrów Marka Cichockiego oraz Jacka Rostowskiego do przygotowania raportu o aferze, który został później przedstawiony Sejmowi. Według Gowina rozmowa ta miała miejsce tuż po jego powrocie z urlopu, "co musiało nastąpić w przedziale 5-10 sierpnia".

Gowin był też pytany przez Możdżanowską o jego działania sprawdzające, czy istnieją jakieś powiązania pomiędzy Marcinem P. a politykami trójmiejskiej PO.

Jak powiedział, gdy przestał już pełnić funkcję ministra sprawiedliwości, odbył szereg rozmów z "autorytetami życia publicznego Trójmiasta". Nie chciał wymienić nazwisk, uzasadniając, iż są to osoby prywatne, w tym osoby duchowne.

"Pytałem ich, czy w ich ocenie i wedle ich wiedzy takie związki istniały, czy nie istniały. (...) Moi rozmówcy twierdzili, że w Trójmieście było zachłyśnięcie się projektem "trójmiejskiego Ryanaira", że powstaną lokalne linie lotnicze (chodzi o OLT Express - PAP). Natomiast wedle wiedzy tych kilku moich rozmówców nie istniały ścisłe związki między trójmiejską Platformą a Marcinem P." - dodał.

"Wiadomo, że Marcin P. finansował jakieś przedsięwzięcia samorządowe, zwłaszcza w Gdańsku, i że w związku z tym istniały jakieś kontakty między nim a prezydentem (Gdańska Pawłem - PAP) Adamowiczem. Natomiast żaden z moich rozmówców nie był w stanie wskazać na jakiś bardziej bezpośredni i osobisty charakter tych kontaktów" - uzupełnił.

"Tusk uczulał mnie na presję polityków"

Odpowiadając na pytania, Gowin stwierdził, że nie było powodu, by sądzić, iż Tusk kiedykolwiek patrzył przez palce na korupcyjny styk polityki i biznesu. Jako przykład podał jego przestrogi w sprawie dotyczącej zakupu budynku dla gdańskiego sądu okręgowego.

"Premier Tusk wielokrotnie przestrzegał nas przed związkami polityki i biznesu. Również w stosunku do mnie używał takich przestróg, raczej przyjacielskich, przyjacielskich - za dużo powiedziane, życzliwych rad" - sprecyzował Gowin, dodając, że między nimi była "szorstka przyjaźń".

"Chodziło też o sprawę związaną z wymiarem sprawiedliwości w Trójmieście, czyli o zakup budynku Sądu Okręgowego w Gdańsku. Tam premier Tusk bardzo otwarcie mówił mi, że niepokoją go związki między jednym z deweloperów a niektórymi politykami Platformy i zalecał mi zachowanie szczególnej ostrożności przy zakupie tego budynku" - mówił Gowin.

Rozwijając ten wątek, tłumaczył, że za czasów wcześniejszego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego doszło do wynajęcia budynku zaprojektowanego przez jednego z gdańskich deweloperów dokładnie pod potrzeby sądu. "Można domniemywać, że ten deweloper miał pewność, a w każdym razie uważał, że budynek zostanie przez sąd wynajęty" - stwierdził Gowin.

Jak dodał, gdy ministrem sprawiedliwości został Krzysztof Kwiatkowski zaczął on sprowadzać warunki tego najmu i okazało się, że są one bardzo niekorzystne. W efekcie - jak mówił Gowin - Kwiatkowski podjął decyzję o próbie zmiany tych warunków poprzez kupno tego budynku. Cena, jaką zażądał deweloper, wynosiła 220 mln zł. "Na tym sprawa za czasów kadencji ministra Kwiatkowskiego zakończyła się i została przekazana mnie" - wskazał Gowin.

Dodał, że po objęciu funkcji szefa resortu sprawiedliwości o sprawie budynku poinformował Tuska, który ostrzegał go, "bardzo uczulał mnie na to, abym nie ulegał presji jakichkolwiek polityków w tej sprawie". "Faktycznie w tej sprawie interweniowali u mnie różni posłowie z Trójmiasta" - zaznaczył.

Tomasz Rzymkowski (Kukiz'15) dopytywał Gowina o nazwiska tych posłów. "Na pewno pisemnie europoseł Jarosław Wałęsa. Natomiast wizyty w ministerstwie w tej sprawie składał poseł (Stanisław) Lamczyk, a na korytarzu sejmowym zaczepiał mnie poseł (Jerzy) Borowczak" - odpowiedział Gowin.

"Jakie argumenty padały?" - dopytywał Rzymkowski. "Argumenty były takie, że ten budynek jest bardzo potrzebny sądowi gdańskiemu i należy go jak najszybciej kupić. Oni uzasadniali swoje zaangażowanie w tę sprawę faktem, że są posłami z tego okręgu i troską o dobro tego okręgu" - tłumaczył Gowin. "Poprosiłem ich bardzo stanowczo, aby się tą sprawą nie zajmowali" - dodał.

Gowin zwrócił uwagę, że o sprawie zakupu tego budynku rozmawiał z nim również ówczesny wiceprezydent Gdańska. W sprawie budynku odbyło się również spotkanie Gowina z ówczesnymi: prezesem gdańskiego sądu okręgowego Ryszardem Milewskim oraz dyrektorem tego sądu. Jak zaznaczył świadek, było to na kilka miesięcy przed aferą Amber Gold.

"W toku negocjacji (z deweloperem - PAP) uznałem, że cena 220 mln jest kompletnie nie do przyjęcia. Następna cena, którą pamiętam, to 180 mln, zapowiedziałem, że za tę cenę też nie kupię tego budynku" - mówił Gowin. Dodał, że ostatecznie budynek ten został zakupiony za ok. 150 mln, a w cenie tej zawarty był też sprzęt warty "kilkanaście milionów". "De facto budynek kupiłem za sto trzydzieści-kilka milionów, zbijając cenę o blisko 100 mln" - wskazał Gowin.

"Poczuwam się do współodpowiedzialności politycznej za aferę"

Co do pewnej generalnej tezy politycznej dotyczącej odpowiedzialności ówczesnego obozu władzy za słabo funkcjonujące państwo, za to, co jeden z najbliższych współpracowników Donalda Tuska, jego zaufany doradca i minister Bartłomiej Sienkiewicz nazwał "państwem teoretycznym", niestety ta koalicja rządowa, z moim udziałem ponosi odpowiedzialność" - zaznaczył b. minister sprawiedliwości w trakcie czwartkowego przesłuchania.

Gowin był pytany przez posła Jarosława Krajewskiego (PiS) o odpowiedzialność polityczną rządu PO-PSL za aferę Amber Gold. Gowin odpowiedział: "Pan poseł sformułował w pierwszej części swojej wypowiedzi pewien generalny sąd polityczny, który ja podzielam, bo powiedział pan, że koalicja rządowa rządząca w latach 2007-2015 ponosi polityczną odpowiedzialność za tę aferę - tak, dokładnie takie jest moje zdanie".

"Dodam jeszcze, że poczuwam się również do politycznej współodpowiedzialności, bo przez istotną część tego okresu byłem politykiem PO, właśnie dlatego, że się czuję współodpowiedzialny, to stanąłem w szranki z Donaldem Tuskiem, potem wyszedłem z Platformy i dzisiaj przykładam rękę do - wierzę w to - głębokiej naprawy polskiego państwa" - oświadczył Gowin.

Zastrzegł, że nie chce, by jego opinie były interpretowane w kontekście - "dość zasadniczego sporu" i jego niezgody na sposób uprawiania polityki wówczas przez Donalda Tuska. Na uwagę posła Tomasza Rzymkowskiego (Kukiz'15), że sam był częścią tamtej władzy, odpowiedział, że nie zgadzał się wówczas z Tuskiem, z którym wchodził w częste spory. "Część z tych sporów była sporami publicznymi" - podkreślił Gowin.

"Egzamin zdały: Ministerstwo Gospodarki i KNF"

"Wcześniej mówiłem o tym, że - generalnie rzecz biorąc - ws. Amber Gold polskie państwo nie zdało egzaminu. To nie znaczy, że wszystkie instytucje oblały ten egzamin" - ocenił Gowin. Dodał, że "co najmniej o działaniach dwóch instytucji w tej sprawie można mówić w superlatywach".

"Mam na myśli Ministerstwo Gospodarki, w okresie kiedy ministrem gospodarki był Waldemar Pawlak. Ministerstwo to w czerwcu 2010 r. wykreśliło Amber Gold z listy domów składowych" - powiedział Gowin.

Wskazał, że według niego drugą taką instytucją, która "bardzo dobrze zdała egzamin", była Komisja Nadzoru Finansowego. "Zarówno w okresie, kiedy przewodniczącym był Andrzej Jakubiak, powołany przez premiera Donalda Tuska, jak i w okresie, kiedy przewodniczącym był Stanisław Kluza, powołany przez Jarosława Kaczyńskiego. Kluza zawiadomił w grudniu 2009 r. prokuraturę rejonową w Gdańsku, że Amber Gold może prowadzić działalność bankową bez odpowiedniej licencji" - powiedział Gowin.

"Gdyby albo pierwsze pismo KNF, albo drugie, zostało przez prokuraturę potraktowane z należytą starannością, afera Amber Gold zostałaby stłumiona w zarodku" - ocenił.

Jak dodał, fakt, iż tak ważne pismo, wysłane przez przewodniczącego KNF i adresowane bezpośrednio do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, nie dotarło do jego rąk, "jest niestety miażdżącym oskarżeniem przeciwko prokuraturze, dowodem na - w najlepszym razie - ogromną niesprawność funkcjonowania tej instytucji".

Chodzi o pismo z końca listopada 2011 r., które Jakubiak wysłał do Seremeta. Zawierało ono krytyczne uwagi na temat postępowania ws. Amber Gold prowadzonego przez Prokuraturę Rejonową Gdańsk-Wrzeszcz. Pismo to nie trafiło jednak do Seremeta - zostało przekazane do departamentu postępowania przygotowawczego PG, który skierował je do zastępcy prokuratora apelacyjnego w Gdańsku, a stamtąd trafiło do gdańskiej prokuratury okręgowej.

"Trzeba poważnie traktować hipotezę, że za Amber Gold stały służby"

B. minister sprawiedliwości pytany był przez posła PiS Stanisława Piętę, czy on i jego współpracownicy brali w swoich analizach pod uwagę, że za aferą Amber Gold stali funkcjonariusze służb specjalnych.

"Rozpatrywałem taką hipotezę. Co więcej, moim zdaniem do dzisiaj ta hipoteza powinna być poważnie brana pod uwagę. Natomiast żadnych dowodów na to nie mam" - mówił Gowin.

Dopytywany o współpracę z ówczesnym szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego gen. Krzysztofem Bondarykiem i ocenę działalności Agencji, powiedział, że on sam bronił Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, gdy w czasie afery miał krytykować ją premier Donald Tusk.

"Od pewnego momentu ja uważałem, że jednak ABW zdało egzamin" - odparł, dodając, że jego wątpliwości wzbudziły dopiero uwagi przewodniczącej komisji śledczej Małgorzaty Wassermann. Zwróciła mu ona w czwartek uwagę, iż Agencja nie reagowała przez kilka miesięcy, gdy szef Amber Gold Marcin P. już był aktywny w branży lotniczej.

"Ja tamtych faktów wtedy nie byłem świadom" - powiedział Gowin. Podkreślił też, że współpracę z gen. Bondarykiem ocenia dobrze.

"Miałem wrażenie, że jest państwowcem" - wskazał.

"Zatrudnienie syna premiera w OLT Express było znakomitą osłoną"

Krzysztof Brejza (PO) zacytował Gowinowi fragment jego wcześniejszego wywiadu prasowego: "Za tą aferą stoi świat przestępczy, natomiast to, że tak mocno wyeksponowano w całej sprawie Michała Tuska to już nie był przypadek. Co do dwóch rzeczy nie mam wątpliwości; jedną z tych rzeczy jest to, że pan Marcin P. potraktował Michała Tuska jako swoistą polisę ubezpieczeniową". "O co chodziło?" - zapytał Brejza.

"Dokładnie tak myślę do dzisiaj. Rozbierając tę moją wypowiedź na części: do dzisiaj uważam, że Marcin P. był "słupem". Rzeczywistych sprawców afery nie znamy. Natomiast fakt, że w tej firmie został zatrudniony syn ówczesnego premiera, ja interpretuję w ten sposób, że świat przestępczy stara się szukać różnego rodzaju osłon i to była znakomita osłona przed zarzutami, to była jakaś forma uwiarygodnienia się ze strony przestępców stojących za aferą Amber Gold, nie tylko Marcina P., ale też domniemywanych przeze mnie rzeczywistych autorów tej afery, mocodawców Marcina P." - odpowiedział Gowin.

Jak dodał, myśli, że autorzy afery "starali się celowo uwikłać syna ówczesnego premiera we współpracę".

Grupa Amber Gold była właścicielem powstałych w połowie 2011 r. linii lotniczych OLT Express, których upadłość ogłoszono latem 2012 r. Później okazało się m.in., że ze spółką OLT Express współpracował, pracujący w Porcie Lotniczym w Gdańsku, syn ówczesnego premiera, Michał Tusk. Badająca ten wątek łódzka prokuratura umorzyła śledztwo. Śledczy stwierdzili, że syn szefa rządu, pracując dla należących do Amber Gold linii lotniczych OLT, nie działał na szkodę Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

"Nie będę bronił Donalda Tuska"

W zeszłym tygodniu Jarosław Gowin mówił w mediach, że nie będzie bronił ówczesnego premiera Donalda Tuska przed komisją śledczą, bo - jego zdaniem - państwo funkcjonowało źle. - Nie mam żadnych sensacyjnych informacji, które by zmieniły społeczny obraz afery - dodawał równocześnie.

- Będę mówił przede wszystkim o tym, jak funkcjonowały sądy, nie przy okazji samej afery Amber Gold, ale przy wcześniejszych przestępstwach Marcina P. (prezesa spółki Amber Gold - przyp. red.), bo przypomnę, że on był wielokrotnie karany, ale za każdym razem to była kara więzienia w zawieszeniu, popełniał następne przestępstwa i wbrew przepisom tych kar więzienia nie odwieszano - wskazywał

Spółka Amber Gold powstała w 2009 roku, jej siedziba znajdowała się w Gdańsku. Firma miała inwestować pieniądze klientów w metale szlachetne, takie jak złoto, czy platyna. Oferowała lokaty, których oprocentowanie było wyższe od bankowych. W sierpniu 2012 roku ogłosiła likwidację i oszukała prawie 19 tysięcy osób.

PAP/IAR

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje