"Zastałam środowisko, w którym mogła wzrastać sprawa Amber Gold"

Kiedy przyszłam do I Urzędu Skarbowego w Gdańsku zastałam środowisko, w którym mogła wzrastać sprawa Amber Gold - zeznała b. p.o. naczelnika tego urzędu Maria Liszniańska przed sejmową komisją śledczą.

Liszniańska 24 sierpnia 2010 r. została oddelegowana do I Urzędu Skarbowego w Gdańsku jako p.o. naczelnika, gdzie pracowała nieco ponad rok. Następnie była zastępcą dyrektora Izby Skarbowej w Gdańsku. Był to organ nadzorujący m.in. I US w Gdańsku.    

"W tym środowisku mogła wzrastać sobie sprawa Amber Gold"

Reklama

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) poinformowała, że urząd ten był właściwym nie tylko dla Amber Gold, ale też dla pozostałych spółek z tej grupy, niektórych spółek OLT Express, ale też dla rozliczenia szefów Amber Gold - Marcina i Katarzyny P.    

"Okoliczności i środowisko jakie zastałam w I US w Gdańsku było ono takie, że w tym środowisku mogła wzrastać sobie sprawa Amber Gold i w ogóle zaistnieć. Gdyby nie to środowisko, to myślę, że sprawy Amber Gold, z pozycji urzędu skarbowego nie byłoby" - powiedziała Liszniańska w swobodnej wypowiedzi.    

Jak dodała w dziale egzekucji tego urzędu były tak duże nieprawidłowości, że w ich wyniku "dwie osoby, starsi inspektorzy skarbowi zostali aresztowani".   

Wśród zaniedbań jakie zastała w urzędzie Liszniańska wymieniła m.in. brak bieżącego wykreślania podatników VAT z rejestru czynnych podatników. "W rejestrach czynnych podatników funkcjonowali podatnicy VAT, którzy nie składali deklaracji od 2005 r. A mówimy o końcu 2010 r." - podkreśliła.   

Ponadto wskazała na brak wprowadzania deklaracji VAT do systemu, bałagan w rejestrach podatników z nieujawnionymi dochodami, czy 60 tys. tytułów wykonawczych bez egzekucji. "Na półkach zalegało ok. 12 tys. sztuk aktów notarialnych i do żadnego systemu nie zostały wprowadzone" - mówiła dalej.   

"Brak było bieżącego rejestrowania i odnotowania dokumentów rejestracyjnych i aktualizacyjnych składanych przez podatników, takich jak składane przez Amber Gold. Szafy były pełne dokumentów niewprowadzonych do żadnego systemu" - dodała.     

"Nie miałam żadnego wpływu na zaniechania urzędu"

Zwróciła też uwagę, że gdy objęła stanowisko w urzędzie było niemal 3 tys. firm, stowarzyszeń i fundacji, które, podobnie jak Amber Gold, nie składały deklaracji podatkowych.    

"Uważam, że nie miałam żadnego wpływu na zaniechania tego urzędu" - powiedziała Liszniańska. Dodając, że w ciągu nieco ponad roku na stanowisku naczelnika I US w Gdańsku "wykonała ogrom pracy" i "wyprowadziła urząd z wieloletnich zaległości". 

"Wyprowadziłam urząd na prostą z tego bałaganu. Moja następczyni może potwierdzić, że dostała po mnie sprawnie działający urząd" - oświadczyła.   Po tym stwierdzeniu przewodnicząca komisji wymieniła szereg błędów, które urząd popełnił w stosunku do Amber Gold. Wassermann pytała, jak to jest możliwe, że w I US w trakcie pracy tam Liszniańskiej, jak i po jej odejściu, "działy się niesamowite rzeczy".   

Szefowa komisji zwróciła przy tym uwagę, że Amber Gold zakończyło działalność 13 sierpnia 2012 r. "Wtedy, od wielu miesięcy była pani wicedyrektorem Izby Skarbowej (w Gdańsku)" - powiedziała Wassermann. Izba ta nadzorowała prace m.in. I US w Gdańsku.     

Wassermann spytała, czy w okresie, w którym Liszniańska zarządzała gdańskim I US, "Amber Gold lub spółki córki składały miesięcznie deklaracje VAT?". "Wszyscy wiedzą, że nie składały" - odparła świadek.    

Szefowa komisji dopytywała, czy urząd reagował na to. Liszniańska stwierdziła wtedy, że gdy do urzędu wpłynęło zgłoszenie aktualizacyjne dot. Amber Gold pracownica tylko je zarejestrowała i ona nie wie z jakich powodów pracownica ta nie przekazała raportu na ten temat.   

Taki raport - kontynuowała - powinien zostać wydrukowany i przekazany do komórki podatku dochodowego. "Skoro tego nie uczyniła, to tak naprawdę pracownicy w osobach prawnych nawet nic zrobić nie mogli, bo nie wiedzieli, że jest taka spółka" - powiedziała Liszniańska. Dodała, że nieprzekazanie raportu doprowadziło do tego, że nie stworzono Amber Gold obowiązku podatkowego.   

"To był zwykły błąd"

Dopytywana przez Witolda Zembaczyńskiego (Nowoczesna), czy "od tego wszystko się zaczęło" Liszniańska stwierdziła: "jestem przekonana, że to była główna przyczyna". Przyznała, że nie wie, czy wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje wobec pracownicy, która nie przekazała raportu dot. funkcjonowania spółki Amber Gold. "Na pewno powinno być przeprowadzone postępowanie wyjaśniające i stwierdzenie, czy to był zwykły jej błąd" - dodała.   

Szefowa komisji śledczej stwierdziła jednak, że z dokumentacji wynika jednak, iż I US wiedział, że ma takiego podatnika jak Amber Gold. "Takim momentem, a jest ich dużo, kiedy urząd zauważył tego podatnika to było z prokuratury, która prosiła o informacje, czy spółka składa deklaracje finansową i jaki ma dochód" - oświadczyła Wassermann pytając świadka, czy takie zapytanie trafiło na jej biurko.    

"Nie jestem dziś w stanie powiedzieć, czy ono do mnie trafiło. Jeśli trafiło to było to dekretowane" - odpowiedziała Liszniańska.    

Wassermann wskazywała, że urząd przez wiele miesięcy nie reagował na nieskładanie deklaracji przez Amber Gold. Szefowa komisji pytała ponadto dlaczego urząd nie wszedł z kontrolą do spółki Marcina P. ze względu na zarejestrowane w urzędzie ruchy majątkowe.   

"W samym 2011 r. zakupił 49 pojazdów, nieruchomości za 36,5 mln zł oraz udziały w spółkach za 62,5 mln zł. Jak to jest możliwe, że urząd nie przyjrzał się temu skąd podatnik, który jest 'podatnikiem trudnym', który nie wykazuje dochodów ze spółek (...); jak to jest możliwe, że ten podatnik nie został skierowanych do natychmiastowej kontroli?" - pytała.   

"Pan dyrektor generalnie mało reagował"

Świadek odpowiedziała, że aby nauczyć pracowników prawidłowego reagowania na otrzymywane informacje potrzeba czasu. "W ciągu roku nikt tego nie zrobi, ja i tak zrobiłam tam ogrom pracy" - powiedziała Liszniańska.   

Wassermann pytała też, czy bezpośredni przełożony Liszniańska wiedział o sytuacji w I US. "Oczywiście" - stwierdziła świadek. "I reagował w jakiś sposób?" - dopytywała szefowa komisji. "Pan dyrektor generalnie mało reagował" - odparła Liszniańska.   

Mówiła ponadto, że wśród nieprawidłowości, na które natrafiła po przejściu do I US w Gdańsku była sprawa firmy, która od 38 miesięcy zalegała z 4 mln zł i której pracownica urzędu przez 38 miesięcy, 38 razy - co miesiąc wysyłała obciążenie na jeden z rachunków bankowych, mimo że znane były cztery, a po pierwszym obciążeniu uzyskała informacje, że jest on nieobsługiwany i został zamknięty.    

Opisywała, że gdy kazała tej osobie wyjaśnić, dlaczego tak robiła, jakie były do tego podstawy, uciekła z firmy, dostarczyła później zwolnienie lekarskie a po jakimś czasie zwolniła się. Świadek spotkała się też z przypadkiem, gdy służbowy samochód rozliczany był jakby spalał 15 litrów na 100 km, podczas gdy w rzeczywistości palił 7 litrów. Okazało się, że jej poprzedniczka pozwoliła na takie rozlicznie po uzyskaniu opinii rzeczoznawcy. Liszniańska powiedziała, że część nieprawidłowości zgłaszała do prokuratury.   

"Urząd był bardzo mętną wodą"

Świadek stwierdziła, że w momencie gdy przeszła do I US "urząd był bardzo mętną wodą i chyba nie był nadzorowany". Według niej mogło to wynikać z braku zainteresowania ze strony szefów tej jednostki. Porównywała to z pracą jej poprzedniego urzędu - w Kartuzach, w którym np. wysyłano kilka tysięcy upomnień do podatników w tygodniu.   

Dopytywana, czy za takim stanem I US w Gdańsku mogła stać korupcja uznała, że nie może tego potwierdzić, ponieważ nie ma na to dowodów, takich jakie zebrała badając nieprawidłowości w urzędzie, informując o niech przełożonych i prokuraturę.    

Posłowie dopytywali jakie przesłanki kierowały urzędem, przy typowaniu do kontroli. Przyznała, że wszystkie takie przesłanki, jak np. to czy dany podmiot składa deklaracje, płaci podatki, czy ma duże zakupy, spełniała Amber Gold, ponieważ nie dopełniała tych obowiązków, a jednak nigdy nie została objęta taką kontrolą.   Oceniła, że po wybuchu afery wokół tej spółki została kozłem ofiarnym, którego potrzebował ówczesny minister finansów Jacek Rostowski, by uspokoić opinię publiczną. 

"Doszło do mnie tylko tyle, jeszcze jak byłam wicedyrektorem Izby Skarbowej, że minister zażyczył sobie dwie głowy i nieważne czyje" - mówiła.   

Dopytywana, dlaczego pod koniec sierpnia 2012 r. odwołano ją, zastępcę dyrektora, a nie dyrektora gdańskiej IS odparła, że nie spędzała "wczasów z ministrem". Jak mówiła, dowiedziała się, że przed decyzjami o jej odwołaniu, na spotkanie do kraju wracali z Chorwacji wiceminister finansów Andrzej Parafianowicz i ówczesny dyrektor IS.   

Liszniańska powiedziała, że później dostała od marszałka województwa propozycję pracy, jako wicedyrektor ds. finansowych w szpitalu w Kościerzynie i przyjęła ją. Zaznaczyła, że nie traktowała tej pracy, jako rehabilitacji za zwolnienie z funkcji w IS, bo było to dla niej nowe wyzwanie i bardzo ciężka praca.    

"Wierzę, że państwo uczciwie to wyjaśnicie"

Mówiła, że jeszcze przed wybuchem afery, gdy znalazła w urzędzie kolejnych 10 spółek związanych z Marcinem P. proponowała, by sprawę przejął Pomorski Urząd Skarbowy, bo sprawa może przekraczać możliwości jej pracowników. Ale nie zgodziła się na to kierująca Pomorskim US - wyjaśniła świadek.    

Dopytywana, kto powinien ponieść konsekwencje za to, że skarbówka w nieodpowiedni sposób działała w przypadku Amber Gold, świadek odparła: "Pomimo tego co spotkało mnie ze strony MF, wierzę w sprawiedliwość i wierzę w sprawiedliwość naszych sądów. Wierzę, że państwo uczciwie to wyjaśnicie". 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje