Katastrofa smoleńska: Zarzuty dla Rosjan i błędy pilotów

W czasie konferencja prasowej Naczelnej Prokuratury Wojskowej przedstawiono opinię biegłych dotyczącą katastrofy smoleńskiej.

W konferencji prasowej wzięli udział prokuratorzy wojskowi: pułkownik Ireneusz Szeląg, pułkownik Ryszard Filipowicz oraz rzecznik prokuratury wojskowej podpułkownik Janusz Wójcik. Na początku poinformowano o przedłużeniu śledztwa do 10 października 2015 roku.

Reklama

Jak powiedział później pułkownik Szeląg, biegli w oparciu o materiał dowodowy i czynności przeprowadzone osobiście, dokonali analizy lotu tupolewa i pracy lotniska w Smoleńsku. Wpłynęła ona do prokuratury 6 marca.

"Prokuratorzy dokonali analizy całej opinii (...) jeśli chodzi o wnioski dotyczące bezpośrednich przyczyn katastrofy prokuratorzy uznali opinię za jasną i dostarczającą podstaw do określonych decyzji procesowych" - stwierdził prokurator.

Niewłaściwe działanie załogi jedną z przyczyn katastrofy

Jak stwierdzili biegli, pierwszą i bezpośrednią przyczyną katastrofy było niewłaściwe zachowanie załogi TU-154M polegające na zniżaniu samolotu poniżej warunków minimalnych do lądowania i niewydanie komendy odejścia.

- Działano nieadekwatne do panujących warunków meteorologicznych. Około 15 minut przed katastrofą członek załogi Jaka przekazywał informacje na temat podstawy chmur ("Grubo ponad 50 metrów"). Na 4 minuty przed katastrofą członek załogi Jaka przekazał kolejną informację o spadku widzialności. Dowódca załogi Tupolewa nie miał prawa zejść poniżej 120 metrów, nawet pomimo zgody wieży smoleńskiej na zejście do 100 m - poinformował prokurator wojskowy.

Według opinii biegłych, kolejną przyczyną katastrofy było naruszenie instrukcji użytkowania TU 154M. Ich zdaniem odejście na drugi krąg po kolejnym sygnale TAWS nie dawało szans na uratowanie samolotu.

- Działanie załogi doprowadziło do zderzenia z drzewem, a następnie do uderzenia w ziemię - poinformował prokurator.

Szeląg powiedział również, że część osób z załogi nie miała uprawnień do przeprowadzenia tego typu lotu. Jako dowódcę wpisano pilota, który nie miał ważnych uprawnień do latania TU-154 M. Z opinii wynika, że technik pokładowy był jedyną osobą posiadającą uprawnienia do odbywania lotów tego typu w tym dniu.

Zarzuty dla Rosjan

Prokurator wojskowy poinformował również o postawieniu zarzutów dwóm rosyjskim kontrolerom z wieży w Smoleńsku. Kontrolerami tymi są podpułkownik Paweł Plusnin (kierownik lotów) i major Wiktor Ryżenko (kierownik strefy lądowania obsługujący radiolokacyjny system lądowania).

Pierwszemu z nich zarzuca się sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa w ruchu powietrznym. Drugiego oskarża się o nieumyślne sprowadzenie katastrofy w ruchu powietrznym. Uruchomiono międzynarodową procedurę zmierzającą do przestawienia Rosjanom zarzutów i przesłuchaniu ich w charakterze podejrzanych. Do tego czasu prokuratura ma nie informować o szczegółowych zarzutach i posiadanych dowodach.

Poinformowano, że nieodesłanie TU 154 M na lotnisko zapasowe nie zostało objęte zarzutami dla rosyjskich kontrolerów.

Biegli wskazali również na szereg niekorzystnych zjawisk wpływających na bezpieczeństwo lotu VIP-ów.

"Należało zaprzestać próby lądowania"

Pułkownik Filipowicz przedstawił przebieg lotu TU 154 M, odtworzony przez biegłych na podstawie parametrów lotu, pomiarów geodezyjnych, pomiarów wykonanych przez specjalistów na miejscu katastrofy. Korzystano także z zapisów dźwięku i parametrów lotu z pamięci komputera nawigacyjnego.

Jak powiedział Filipowicz, start samolotu prezydenckiego spóźniony był o 27 minut od planowanego. W czasie lotu nad terytorium Polski załoga nie zgłaszała problemów. Natomiast już nad Smoleńskiem należało skierować tupolewa na lotnisko zapasowe. "Jeżeli wam się nie uda dwa razy, to proponuję lecieć na inne lotnisko, np. w Moskwie" - takie słowa do załogi samolotu prezydenckiego skierowali kontrolerzy lotu.

Jednym z błędów załogi TU 154 M wskazanym przez prokuratora Filipowicza było włączenie w trakcie lądowania system FMS - nie jest on wystarczająco precyzyjny. Nie reagowano również na ostrzeżenia systemu TAWS i korzystano też z radiowysokościomierza, który wskazywał wyższą niż rzeczywista wysokość.

- Należało zaprzestać próby lądowania i odejść na drugi krąg. Taki nakaz załoga zignorowała - ocenił pułkownik Filipowicz.

Z opinii biegłych wynika też, że tuż przed katastrofą nastąpiło energiczne ściągnięcie wolantu, co mogło świadczyć o tym, że piloci zauważyli bliskość ziemi. Doprowadziło to do wyłączenia stabilizacji podłużnej, zmniejszenia prędkości opadania i przejścia na wznoszenie.

Wykluczono tezę o zamachu

W wyniku zderzenia TU 154 M z brzozą, uszkodzone zostało prawe skrzydło samolotu. Jak powiedział prokurator, ścięcie gałęzi nie miało wpływu na lot.

Następnie lewe skrzydło uderzyło w pień brzozy - lot między brzozami trwał ponad 3 sekundy - relacjonował pułkownik Filipowicz. Pień drzewa nie został przecięty, natomiast silnik zasysał części drzew, czemu towarzyszył spadek ciągu silnika, a na zewnątrz wydobywał się płomień.

Później samolot zderzył się z topolą. TU 154 M zetknął się z ziemią o godzinie 8:41 czasu polskiego.

Prokurator podkreślił, że w czasie trwania lotu samolot i wszelkie urządzenia działały poprawnie, a stan techniczny maszyny, a także stan zdrowia załogi, nie miał wpływu na katastrofę. System TU 154 M przestał działać sprawnie do czasie pierwszego zderzenia z pierwszą przeszkodą terenową.

Jak powiedział pułkownik Filipowicz, nie wykazano śladów oddziaływania ognia, osmoleń, nadpaleń. - Przeprowadzone badania i ekspertyzy są wystarczają do wykluczenia tezy, że uszkodzenia pochodziły z innych źródeł, niż zderzenia z przeszkodami terenowymi - zaznaczył. Samolot zderzył się z ziemią w jednym kawałku - było to zderzenie kompletne.

Zdaniem Filipowicza biegli nie stwierdzili śladów oddziaływania ognia na zasadniczych elementach konstrukcyjnych samolotu; nie było też wybrzuszeń powłoki samolotu charakterystycznych dla wybuchu.

Filipowicz powiedział też, że według biegłych ciśnienie w kabinie zmieniało się w sposób płynny, a do chwili uderzenia w pierwszą przeszkodę nie zidentyfikowano "nietypowych odgłosów".

"Wrak musi wrócić do Polski"

Pułkownik Szeląg poinformował, że wszystko wskazuje na to, iż do końca tego roku śledztwa nie da się ukończyć.

"Wynika to przede wszystkim z tego, że posiadamy wiedzę o rytmie pracy zespołu biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu, którzy przygotowują opinię dotyczącą każdej ofiary katastrofy z osobna, uwzględniającą polską dokumentację lekarską oraz wytworzoną w Rosji" - powiedział. Dodał, że ten rytm pracy wskazuje, że nie zdołają oni przygotować tej opinii do końca tego roku.

Z kolei podpułkownik Wójcik dodał, że prokuratura nadal oczekuje odpowiedzi na wnioski o pomoc prawną wysłane do USA oraz Rosji. "Oczekujemy na wykonanie przez stronę rosyjską wniosku polegającego na zwrocie wraku, rejestratorów samolotu i urządzeń. Wszystkie te okoliczności wskazują, że nie nastąpi w tym roku zakończenie śledztwa" - dodał.

Prokurator Szeląg zaznaczył również, że wraku TU 154 M "musi wrócić do Polski. To własność polskiego rządu". Jednocześnie przyznał, że w trakcie śledztwa "dostęp do wraku był pełny, dokładnie taki, jak życzyli sobie tego śledczy".

W trakcie konferencji padło pytanie o obecność generała Andrzeja Błasika w kokpicie. Biegli uznali, że nie zachowano tak zwanej sterylność kokpitu, ale ówczesne przepisy nie wymagały bezwzględnej sterylności. - Istnieją przesłanki, że generał przebywał w kokpicie. Wskazuje na to m.in. analiza zarejestrowanych rozmów - powiedział pułkownik Szeląg.  - Osoby obecnej w kokpicie nie można obarczać odpowiedzialnością za proces kierowania samolotu. O wszystkim decydował dowódca - zaznaczył.

Odrzucono zarzuty, że termin przedstawienia ustaleń biegłych ma związek z trwającą kampanią prezydencką, a później parlamentarną. - Prokuratura nie działa według kalendarza politycznego i wyborczego - zapewnił pułkownik Szeląg.

Dowiedz się więcej na temat: katastrofa tupolewa w Rosji | Tu 154 M

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje