Prof. Artymowicz: Eksplozji nie było. Łatwo to udowodnić

- Pierwszym dowodem, że nie nastąpiła eksplozja w skrzydle tupolewa, jest to, że skrzydło - jak wiemy - uderzyło w brzozę i w skrzydle znajdujemy wióry, drzazgi drewna brzozowego. Drzewo również nosi ślady złamania przez skrzydło, natomiast fragmenty skrzydła zostały znalezione w brzozie i również bardzo wyraźnie je widać - tłumaczył w Popołudniowej rozmowie RMF FM prof. Paweł Artymowicz.

Marcin Zaborski: Podkomisja Antoniego Macierewicza ogłasza, że nie ma wątpliwości, że były eksplozje na pokładzie prezydenckiego tupolewa w Smoleńsku - ale badane są jeszcze warianty tych eksplozji.

Reklama

Prof. Paweł Artymowicz: - To bardzo ciekawe. Ja jako badacz tej katastrofy spędziłem wiele lat, analizując szczegóły naukowo i symulując to - i mam zupełnie przeciwne wnioski. Również 34 biegłych, najlepszych specjalistów w Polsce, którzy pracowali z tzw. komisją Millera, czyli Komitetem Badań Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, jak również wszyscy biegli prokuratury, dwadzieścia parę osób, nie mają wątpliwości - ale w drugą stronę: że nie było wybuchu.

Komisja Antoniego Macierewicza anuluje, unieważnia dzisiaj raport komisji Millera i swoim raporcie przedstawia taki przebieg wydarzeń: najpierw nastąpiły eksplozje lewego skrzydła, potem eksplozja w kadłubie samolotu, w lewej części kadłuba, w rejonie trzeciej salonki.

- Ani jedno, ani drugie nie nastąpiło. Jest to fakt tak prosty do udowodnienia, że przyniosłem dowody do studia. Oczywiście nie mogę pokazać ich słuchaczom, ale mogę opowiedzieć, o co chodzi. Pierwszym dowodem, że nie nastąpiła eksplozja w skrzydle, jest to, że skrzydło - jak wiemy - uderzyło w brzozę i w skrzydle znajdujemy wióry, drzazgi drewna brzozowego. Drzewo również nosi ślady złamania przez skrzydło, natomiast fragmenty skrzydła zostały znalezione w brzozie i również bardzo wyraźnie je widać.

Podkomisja, odpowiadając panu, będzie przekonywać - i czyniła to dzisiaj na konferencji prasowej - że dowodami na eksplozję są: rozpad samolotu na kilkadziesiąt tysięcy części, brak krateru po uderzeniu w miękki grunt ponad 70-tonowego samolotu oraz charakterystyczne zniszczenia ciał ofiar.

- Tak i jeszcze tzw. loki, czyli zawinięte blachy. Wszystkie te "dowody" nie są żadnymi dowodami na wybuchy. 20-30 tysięcy szczątków znalezionych, skatalogowanych, to jest zupełnie typowa liczba szczątków przy tego rodzaju katastrofach. Po prostu eksperci pana Macierewicza nigdy w życiu nie przeczytali raportów amerykańskiej komisji NTSB ani kanadyjskiej TSB: zdarza się tam wiele wypadków i one są dokładnie opisane w raportach - i również liczba szczątków jest opisana. Nawet, kiedy samolot rozbija się o wodę - tak jak rozbił się w Soczi w 2016 roku: kiedy później zebrano szczątki z tego zderzenia z wodą z małej wysokości, było ich bardzo, bardzo dużo. Także wszystkie te pseudodowody naprawdę nimi nie są.

No to jeszcze jeden dowód na wybuch przedstawia komisja Antoniego Macierewicza. To mają być drzwi samolotu mocno wbite w ziemię na metr głębokości. To nie jest nowy argument, on się pojawiał wcześniej, ale dziś w prezentacji podkomisji słyszymy: "Drzwi uderzyły w ziemię z prędkością i siłą dziesięciokrotnie większą niż spadający samolot, co oznacza, że siła jaką nadała drzwiom eksplozja rozrywała na swojej drodze wszystko".

- Badałem to bardzo dokładnie w obliczeniach. Obliczenia [podkomisji] zostały zrobione niepoprawnie. Drzwi naprawdę z taką prędkością wystrzelone, gdyby zostały wystrzelone, wbiłyby się tylko do połowy. Nie ma takiej możliwości, żeby się zagłębiły całkowicie pod ziemię. Żeby wbić drzwi te konkretne pod ziemię, zapewniam pana - a moje teorie są kalibrowane na wielkiej ilości danych z poligonów amerykańskich - trzeba jej nadać prędkość ponaddźwiękową. A to pogięłoby je w harmonijkę i nie wyglądałyby tak jak prawie nienaruszone.

Frank Taylor, jeden z ekspertów podkomisji mówił dzisiaj tak: "Te drzwi zostały z ogromną siłę wystrzelone. To jest możliwe tylko za sprawą ogromnej siły wybuchowej".

- No tak, ale Frank Taylor nie zna się ani na wybuchach, ani na badaniu wypadków lotniczych. On nie był nigdy członkiem żadnej komisji badania wypadków. On jest strażakiem z autopromocji, który sugeruje, jak należy robić, żeby pasażerowie jak najszybciej opuszczali płonący samolot. On nie ma kwalifikacji, żeby się wypowiadać na temat ten, który się wypowiada.

Jak to możliwe, że te drzwi znalazły się tak głęboko w ziemi?

- Dokładnie. One zostały wepchnięte pod ziemię. Tak jak nogą wpychamy łopatę.

Przez co? Ale kto je tam wepchnął?

- One zostały wepchnięte przez framugę, czy przez burtę, a ta została wepchnięta przez centropłat, czyli tę ciężką część. Pamiętamy, że samolot odwrócił się i ta najcięższa część samolotu była właśnie dokładnie w tej linii, żeby wepchnąć drzwi pod ziemię. To się wszystko absolutnie zgadza. Proponowany wybuch nota bene jest zupełnie absurdalny, dlatego że drzwi... proponowane miejsce wybuchu to jest miejsce, gdzie samolot już był przefragmentowany, już był w kawałkach na ziemi. 

Jeśli to, co mówią członkowie podkomisji, nie ma, jak pan twierdzi, związku z prawdą, to po co to robią, dlaczego mówią?

- To są członkowie komisji pracującej dla pana Macierewicza, jego cele są, nie wiem, państwo pewnie wiedzą lepiej, to są jakieś cele polityczne i nie ma to związku z prawdziwym, uczciwym badaniem wypadku lotniczego. 

Na naukowym placu boju niewielu jest chętnych badaczy, którzy polemizują z podkomisją Antoniego Macierewicza. To jest tak, że świat nauki odpuścił ten temat, dyskusję z jego ekspertami?

- Ja myślę, że był zawsze ten problem, że w Polsce jest wielu inżynierów lotniczych, mamy wspaniałe konstrukcje szybowców, małych samolotów, nie znalazło się dostatecznie wielu ludzi chętnych do dyskusji.

Ale dlaczego?

- Oni uważali, że to nie jest dyskusja na ich poziomie, że to jest dyskusja z ignorantami lotniczymi, którymi są wszyscy pomocnicy pana Macierewicza. Że to nie jest po prostu robota dla nich. Ale podejrzewam, że jest to również strach.

Polscy naukowcy boją sie dyskutować z Antonim Macierewiczem? 

- Starają sie nie wchodzić w dyskusje, dlatego że np. piloci LOT-u czy pracownicy instytucji związanych z zamówieniami państwowymi mieliby trudności.

Pan jest gotowy zmierzyć się na argumenty z członkami podkomisji? Nie za pośrednictwem mediów studio-studio, ale w jednym studiu, twarzą w twarz? 

- Wyrażałem taką chęć przez wiele lat. W tej chwili jednak to, co robią, mi się wydaje, że to są kłamstwa, i że powinni ponieść odpowiedzialność karną za to. Nie mam na to ochoty.

Wcześniej pan proponował Antoniemu Macierewiczowi...

- Tak, przez wiele lat.

...taką debatę telewizyjną.

- Ja proponowałem debaty, Polsat zapraszał pana Berczyńskiego. Niestety pan Berczyński zamiast przyjść na dyskusję ze mną do Polsatu nagle - w cudzysłowie - zachorował i musiał opuścić Polskę, dlatego że była afera z caracalami.

Antoni Macierewicz też wzywał wcześniej członków komisji Jerzego Millera do merytorycznej dyskusji. Tylko że te wezwania są po jednej, po drugiej stronie i nic z tego nie wychodzi. 

- Kiedyś próbowaliśmy zorganizować... Ja może zdradzę, że ja uczestniczyłem w takich próbach organizacji konferencji naukowej, kiedy jeszcze profesor Kleiber i Maciej Lasek próbowali uczestniczyć w tym...

Próbowali spotkać dwie strony...

- ...żeby była konferencja wszystkich stron, wszystkich naukowców. Ja powiem panu, że to był błąd rządu Tuska. Olbrzymi błąd, że nie wyasygnował pewnych pieniędzy na badania, że państwo nie wykazało się chęcią bardziej dogłębnego naukowego wyjaśnienia ludziom takiej katastrofy.

I to o pieniądze poszło w całej tej sprawie?

- Nie, to chodziło o jakieś względy polityczne. Po prostu niestety w momencie, kiedy ta konferencja była już prawie zorganizowana, miejsce było zatwierdzone i tak dalej, nastąpiły afery z panem Rońdą. I po prostu to nie było możliwe, żeby Polska Akademia Nauk mogła rozmawiać z kimś takim jak oszust naukowy pan Rońda, który przyznał się, że pokazywał fałszywe dowody w sprawie śmierci 96 osób - dane mu przez pana Macierewicza i odebrane po programie.

"Będziemy mieli następny Smoleńsk"

W internetowej części Popołudniowej rozmowy w RMF FM prof. Paweł Artymowicz mówił, że podkomisja smoleńska co miesiąc ogłaszała "nowe sensacje" w sprawie katastrofy. 

"Rzeczy omawiane jako niezbity dowód później były wycofywane. Rok temu była wielka dyskusja o bombie termobarycznej. Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że to nie jest pewne, że to może nie była wcale bomba termobaryczna. Macierewicz wycofuje się z pewnych rzeczy i wstawia sobie nowe" - mówił w rozmowie z Marcinem Zaborskim.

Gość RMF FM uważa także, że ewentualne odwołanie raportu Jerzego Millera wpłynęłoby negatywnie na bezpieczeństwo lotów w Polsce. "Tam wskazano prawdziwe przyczyny katastrofy i one zostały skorygowane przez wydanie odpowiednich dyrektyw. Jeżeli raport Millera podał niesłuszne przyczyny, należy wycofać całą naprawę lotnictwa wojskowego. A wtedy będziemy mieli następny Smoleńsk" - mówił naukowiec w internetowej części Popołudniowej rozmowy.

Dowiedz się więcej na temat: Paweł Artymowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje