Zespół Macierewicza udowadnia tezę o wybuchu

Przyczyną katastrofy smoleńskiej był wybuch. Taką tezę starają się udowodnić eksperci parlamentarnego zespołu pod wodzą Antoniego Macierewicza.

Z okazji trzeciej rocznicy katastrofy członkowie zespołu i rodziny ofiar katastrofy połączyli się z zagranicznymi ekspertami, którzy przedstawili swoje ustalenia w sprawie katastrofy.

"Część pasażerów miała szanse przeżyć "

Reklama

Profesor Wiesław Binienda, dziekan Wydziału Inżynierii Cywilnej University of Akron w stanie Ohio w Stanach Zjednoczonych, uważa, że w kadłubie TU154M doszło do wybuchu.

Profesor Binienda mówił, że z ułożenia i stanu wraku rządowego samolotu, który 10 kwietnia 2010 roku rozbił się pod Smoleńskiem, wynika, że przyczyną katastrofy była eksplozja. Lewe skrzydło nie powinno urwać się w wyniku uderzenia w brzozę, poza tym kształt kadłuba wskazuje, że rozpadł się w locie.

Gdyby nie było wybuchu, tylna część kadłuba i prawe skrzydło powinny pozostać w całości, a przynajmniej część pasażerów miała szanse przeżyć - przekonywał.

Problemy z silnikiem

Inżynier Marian Dąbrowski uważa, że tupolew stracił skrzydło w wyniku wybuchu. Swoje tezy oparł na podstawie ekspertyz analizujących pracę silników samolotu.

Zdaniem Dąbrowskiego, na sekundę przed domniemanym uderzeniem w brzozę pojawiły się problemy z pracą silnika numer 3. Specjaliści odrzucają możliwość awarii silnika z powodu gałęzi. Poza tym według Rosjan w brzozie, która miała uszkodzić skrzydło samolotu, były biało-czerwone elementy.

To, zdaniem eksperta, dowód na eksplozję, ponieważ skrzydło w miejscu domniemanego zderzenia z brzozą miało kolor biały, a więc niezrozumiałe jest skąd w drzewie elementy czerwone. Dodatkowo za wybuchem przemawia fakt, że fragmenty samolotu były rozrzucone na dużym obszarze.

"Szczątki tupolewa znaleziono wcześniej"

Inny ekspert Kazimierz Nowaczyk przekonuje, że początek destrukcji samolotu Tu-154 M nie miał miejsca przy brzozie lecz wcześniej. Świadczy o tym liczba fragmentów samolotu, które zidentyfikowano jeszcze przed brzozą, w którą miał uderzyć.

Ekspert parlamentarnego zespołu Antoniego Macierewicza powołuje się przy tym na protokoły rosyjskie. Części samolotu były widoczne na amerykańskich zdjęciach satelitarnych, do których mieli dostęp eksperci zespołu. Profesor Nowaczyk dodał, że układ bruzd, jakie zniszczony samolot pozostawił na miejscu katastrofy, pokazuje, iż jej przebieg musiał być inny, niż ustaliła komisja rządowa. Kazimierz Nowaczyk dodał, że we wraku samolotu znaleziono ślady materiałów wybuchowych. Oprócz trotylu znaleziono ślady innych substancji wskazujących na obecność materiałów wybuchowych.

Macierewicz oskarża Tuska

Szef zespołu Antoni Macierewicz ręczy za rzetelność swoich ekspertów. Antoni Macierewicz tłumaczy, że jego zespół nie kończy prac, a ustalenia dziś prezentowane to szczątkowy raport, który przedstawia ustalenia na chwilę obecną. Podsumowując swoje wystąpienie, polityk PiS-u przypomniał, że trzy lata temu doszło do wielkiej tragedii, a rządowi Donalda Tuska zarzucił niechęć do wyjaśnienia jej okoliczności.

Podczas spotkania zespołu mecenas Piotr Pszczółkowski stwierdził, że prokuratura nawet nie zaczęła badać próbek, które mogą świadczyć o obecności materiałów wybuchowych we wraku rządowego TU-154M. Pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego przypomniał, że próbki trafiły do Polski na początku grudnia ubiegłego roku. Ich przebadanie miało potrwać 6 miesięcy, jednak niedawno ogłoszono, że badania się przedłużą. Adwokat, powołując się na relacje rodzin ofiar i inne źródła, mówił, że badań w ogóle nie podjęto.

W październiku 2012 roku "Rzeczpospolita" opublikowała artykuł, z którego wynikało, że detektory, których użyli polscy eksperci w Smoleńsku wykazały obecność trotylu i nitrogliceryny w środku i na zewnątrz samolotu. Tego samego dnia prokuratura wojskowa zdementowała te informacje w części. Śledczy stwierdzili, że we wraku odkryto "cząstki wysokoenergetyczne", które mogą, ale nie muszą świadczyć o obecności materiałów wybuchowych.

Próbki trafiły do Polski w grudniu. Naczelny prokurator wojskowy mówił wówczas, że czytniki detektorów wykazały, że w samolocie znajdowały się cząsteczki trotylu. Zaznaczył jednak, że nie musi to oznaczać, że trotyl faktycznie znalazł się w samolocie. Wskazywał, że detektory wskazują czasem trotyl w kontakcie z innymi substancjami.

Dowiedz się więcej na temat: katastrofy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje