Czy naprawdę żałujemy?

W obliczu tej tragedii bardzo wielu ludzi przybiera maskę głębokiej rozpaczy, a w gruncie rzeczy pod tą maską przystępuje do zimnej kalkulacji zysków politycznych - mówi dr Andrzej Augustynek, psycholog społeczny z Wydziału Humanistycznego AGH w Krakowie.

Magdalena Tyrała, INTERIA.PL: Dlaczego Polacy mają potrzebę gromadzenia się i wspólnego przeżywania dramatów? Czy jesteśmy wyjątkowi w takim naszym współodczuwaniu, czy może podobni do innych narodów?

Reklama

Dr Andrzej Augustynek: - Nie sądzę, że jest to cecha Polaków, tylko więzi społecznych, które powodują, że w sytuacji zagrożenia, w sytuacjach ekstremalnych mamy tendencje do łączenia się w grupy, które dają nam jakieś poczucie bezpieczeństwa i możliwości wymiany informacji. Zatem jest to raczej cecha ogólnoludzka.

Dlaczego kościół wciąż jest takim miejscem, w którym gromadzą się ludzie, nawet zadeklarowani ateiści, chcąc wyrazić swój ból i jedność emocji w obliczu tragedii? Z czego to może wynikać?

- Kościół jako instytucja, jako miejsce publiczne, kojarzy się z medytacją, ze skupieniem, z refleksją, z obrządkami. Jest to miejsce, gdzie chyba najłatwiej w grupie przeżyć moment skupienia, refleksji, zadumy, przekazać wyrazy bólu, żalu. No bo gdzie indziej?

Są miejsca, nazwijmy je bardziej świeckimi, gdzie można się gromadzić, jak na przykład plac przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.

- Kościół, z uwagi na uwarunkowania kulturowe, kojarzy się z miejscem, gdzie zbiorowe uzewnętrznianie tego typu przeżyć psychicznych jest jak najbardziej na miejscu.

Czy efekt tragedii, jakiej jesteśmy świadkami po katastrofie samolotu prezydenckiego, będzie krótkotrwały, czy może wniesie coś w nasze życie zarówno to społeczne, jak i polityczne?

- Chyba każdy z nas chciałby życzyć sobie, żeby to miało charakter długofalowy. Natomiast praktyka pamięci społecznej pokazuje, że ten efekt bywa bardzo krótki. Zresztą już słychać w domach radosną muzykę. Sądzę, że przez najbliższe tygodnie politycy będą przywdziewać maskę osób bardzo przejętych, a później, niestety, wszystko wróci do normy. Być może o tyle się coś zmieni, że nastąpi jakaś przebudowa sił politycznych. Nic poza tym. Natomiast nie sądzę, żeby doszło do jakiejkolwiek zmiany kultury politycznej, kultury zachowania się osób medialnych.

Dlaczego takie zmiany nie mogą mieć długofalowego skutku? Dlaczego ludzie przywdziewają na chwilę maski, a potem demaskują się i tego typu przeżycia nie wnoszą w ich życie nic nowego? Czemu te odczucia nie są autentyczne?

- Istotą maski, jak twierdzi Carl Gustav Jung, jest to, że ma ona rzucać cień na naszą rzeczywistą psychikę, ma ukryć nasze rzeczywiste przeżycia. Jej celem jest zademonstrowanie na zewnątrz pewnych odczuć, manifestacja emocji, które niekoniecznie przeżywamy. I bardzo wielu ludzi przybiera maskę głębokiej rozpaczy, a w gruncie rzeczy pod tą maską przystępuje do zimnej kalkulacji zysków politycznych. Nie uogólniam, bo są osoby refleksyjne, u których to zdarzenie wywoła traumę, trwającą całe świadome życie. Jednak dla większości ludzi jest to maska, konformizm, dostosowanie się do pełnionej roli.

Do sytuacji...

- Tak. Proszę zaobserwować, politycy, którzy wcześniej wypowiadali się z jawnym lekceważeniem o niektórych osobach, które poniosły śmierć, teraz wypowiadają się o nich w zupełnie innej konwencji, w innej tonacji. Czy dokonali autorefleksji i zweryfikowali swoje wcześniejsze poglądy w obliczu tej tragedii? Czy też może przywdziali maskę, bo tak wypada, bo tak powinno być, a w gruncie rzeczy tam w tyle jest zimna kalkulacja zysków i strat? Dla mnie odpowiedź jest prosta.

Czy w obliczu tej tragedii ludzie mogą odczuć potrzebę wzmacniania więzi z bliskimi, przyspieszania swoich planów matrymonialnych, macierzyńskich? Czy kolejny, druzgocący dowód na kruchość ludzkiego życia może wpłynąć na społeczeństwo w taki właśnie sposób?

- Niewątpliwie. Takie przeżycie działa oczyszczająco w skali społecznej. Na pewno sytuacja ta pokazuje, że wszystko jest przemijające, że nie ma ludzi niezniszczalnych.

Prezydent, osoba której bezpieczeństwo powinno być priorytetem w państwie, nagle traci życie w taki sposób. To musiało zadziałać na ludzi.

- Tak, i zadziałało. Na przykład dla osób z tendencjami depresyjnymi może to być dowód na beznadziejność naszego życia, bezsens planów, marzeń, aspiracji. A dla innych będzie motywem do działania. Skoro jestem, to jest mój czas, w którym mam działać, bo tak naprawdę nie wiadomo, ile tego czasu nam zostało. W związku z tym sądzę, że będzie tu dochodziło do polaryzacji zachowań, na tych, u których sytuacja ta pogłębi stan przygnębienia, oraz na tych, dla których będzie to mobilizacja by działać, by coś zmienić.

Dowiedz się więcej na temat: katastrofy | Kościół | rzeczy | tragedia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje