Kto zadba o rodzące kobiety? Czytelniczki dzielą się wspomnieniami

​"Po porodzie zabrano mi moją córkę, wcześniaka. Pokazano mi ją dopiero po 14 godzinach, na chwilę przed zabraniem do innego szpitala, w innym mieście" - wspomina jedna z naszych czytelniczek. O standardach opieki okołoporodowej, dzięki którym kobiety mogą domagać się gwarantowanych im praw - jak chociażby kontakt z dzieckiem tuż po urodzeniu - informujemy w ramach akcji "Kto zadba o rodzące kobiety?".

Obecne, z trudem wypracowane standardy opieki okołoporodowej, będą obowiązywać maksymalnie do końca 2018 roku. Później mają je określać towarzystwa medyczne, ale standardy te nie będą już miały rangi rozporządzenia, tylko będą wydawane w formie zaleceń.

Reklama

Jeśli chcesz podzielić się z nami swoimi doświadczeniami i przeżyciami NAPISZ DO NAS.

Po sugestiach Naczelnej Izby Lekarskiej do ustawy o działalności leczniczej wprowadzono w czerwcu 2016 r. zmiany, które polegały m.in. na ograniczeniu kompetencji ministra zdrowia. Szef resortu nie będzie już mógł określać medycznych standardów, a jedynie standardy organizacyjne.

Sprawą zajmujemy się w ramach wspólnej akcji Interii i RMF FM.

Wyślij z nami list do posła

Ponieważ kobiety obawiają się tego, że sytuacja na porodówkach znacznie się pogorszy, przygotowaliśmy specjalną stronę, dzięki której można wysłać petycję do posłów z wybranego okręgu. Treść apelu załącza się automatycznie, w związku z czym wysłanie takiego listu zajmuje nie dłużej niż pół minuty.

prawodogodnegoporodu.interia.pl

Wczoraj, w rozmowie z RMF FM, posłanka Elżbieta Gelert zadeklarowała, że jeśli na jej poselską skrzynkę trafią takie listy, sprawa standardów opieki okołoporodowej prawdopodobnie wróci do komisji zdrowia i trafi pod obrady w drugiej połowie roku.

Wspomnienia z porodówek

Na naszym forum oraz w komentarzach pod artykułami pojawiło się wiele opinii. O swoich przeżyciach piszą kobiety, które doświadczyły porodu, ale także towarzyszący im w tych chwilach mężowie oraz osoby przedstawiające się jako personel medyczny. Wybraliśmy kilka wpisów, oto one (zachowaliśmy pisownię oryginalną):

Nick: Ewa

Urodziłam synka w 22 tyg. ciąży. Nie mogłam go zobaczyć, chociaż bardzo chciałam. Nawet nie wiedziałam, czy urodził się żywy. O tym, że żył pół godziny, dowiedziałam się dopiero po wyjściu ze szpitala. Nigdy nie zapomnę o tym, że jedyne chwile życia mój synek spędził na szpitalnej szafce. Nawet go nie ratowano, bo za wcześnie się urodził. Pytam się, dlaczego tych chwil nie mógł spędzić w mych ramionach, ramionach matki?! Synek ważył tylko 400 g. Nie mogę się z tym pogodzić do teraz, a minęło 19 lat.

Nick: matka wcześniaka

Po porodzie zabrano mi moją córkę, wcześniaka. Pokazano mi ją dopiero po 14 godzinach, na chwilę przed zabraniem do innego szpitala, w innym mieście. Pokazała mi ją lekarka z tego innego szpitala, odbierająca moją córkę, a nie żaden lekarz czy położna z oddziału, na którym urodziłam. Przez 6 dni po porodzie, po wyjściu ze szpitala, mogłam zobaczyć moje maleństwo, ale w innym szpitalu 50 km od mojej miejscowości. Przez te 6 dni na oddziale położniczym byłam źle traktowana. Dość, że nie miałam własnego dziecka, to musiałam słuchać porodów innych kobiet, bo wszystkie położne zostawiały drzwi od porodówki otwarte, jakby były w cyrku. W takich przypadkach jak mój i wiele innych kobiet potrzebny jest na oddziale jeszcze psycholog. To był koszmar. Urodziłam w 2009 roku. Kolejny koszmar to to, że po cesarce nie mogłam się przez kilka tygodni sama ubierać, schylać. Ubierali mnie najbliżsi i z tego powodu nie pozwolono mi zamieszkać przy oddziale, gdzie leżała moja córeczka. Codziennie dojeżdżałam i to był kolejny koszmar, bo inne mamy były blisko swoich dzieci, a ja nie. I co, że po półtora miesiąca, po odebraniu dziecka ze szpitala, pojawiła się położna, jak potrzebna jest pomoc wsparcie psychologa po porodzie. A ta chwila pierwszego kontaktu - do dziś czuje moje maleństwo. Zabrano mi tez najważniejsze chwile pierwszych tygodni z dzieckiem. Do dziś też pamiętam, jak mogłam dotknąć w inkubatorze jej maleńkie sine rączki i pogłaskać po główce i policzku. I kiedy po pogłaskaniu i odezwaniu się do niej uśmiechnęła się lekko. Wyglądało to tak, jakby poznała mój glos. Ale do tego kontaktu w szpitalu, gdzie ją zabrano, nikt jej nie przytulił, nie dotknął, nie pogłaskał. To jest największa strata tych pierwszych dni. Nikt nie pomaga matkom wcześniaków i to powinno się tez zmienić. Towarzystwo na oddziałach położniczych spędzają swój czas w pracy bezuczuciowo, tym samym szkodzą matkom i ich dzieciom. Pomoc powinna być większa, niezależnie od partii, która rządzi.

Nick: L

Polska rzeczywistość: dwa razy poroniłam, raz nawet nie przyjęli mnie do szpitala, tylko z krwią na nogach odesłali do domu i powiedzieli, że mam zgłosić się za dwa tygodnie, jeśli cytat lekarki ‘wszystko nie wypłynie, to wyskrobią resztę’. Załamana z płaczem, pojechałam do domu. Druga ciąża do 3. miesiąca przebiegała prawidłowo, potem dziecko umarło. Dostałam skierowanie do szpitala, w szpitalu na dzień dobry musiałam się wykłócić, że przy 2 studencikach nie chcę mieć robionego badania! Błagałam o psychologa, bo sobie z niczym nie radziłam, miałam drgawki i wymioty z nerwów. Komentarz lekarza: ja mam pracę, a nie jestem od pani dobra! Złożyłam dwie skargi, nie dałam się zbadać przy studentach, lekarz na mnie nakrzyczał, że mam palcem wskazać kogo on ma z sali wyprosić! Krew leciała mi po nogach, bo krwotok był nie do opanowania, a on wyzywał mnie, że jakim prawem ja będę sobie wybierać, kto ma być na sali! Wkroczyły położne, dzięki Bogu... Ten lekarz zafundował mi traumę, dwa razy chciałam się zabić. Obwiniam jego osobiście, jeśli spotkam go kiedykolwiek, to napluję mu w twarz! 21 wiek i tak wygląda traktowanie kobiety roniącej i błagającej o pomoc, bojącej się i ze strachu i nerwów wymiotującej...

Nick: mama

Rodziłam dwa razy, w 2000 i 2006 roku w dużych krakowskich szpitalach. Obydwa razy z mężem z opłaconym porodem rodzinnym. W pierwszym szpitalu, zanim przyszedł mąż, położono mnie na sali ogólnej. Przez ściankę słyszałam, jak położna krzyczała na samotnie rodzącą kobietę: "Zamknij się, co się tak drzesz". W drugim szpitalu (klinika) spotkałam się z chamskim traktowaniem przez lekarkę już po porodzie. Kiedy do sali przyszła nowa pacjentka i lekarka nagle była dla niej miła - okazało się, że całą ciążę chodziła do tej lekarki prywatnie. Nie mówcie więc, że pieniądze nie grają roli. Nie wspomnę już o traktowaniu kobiet, które poroniły. Jak można kłaść kobietę po poronieniu na salę, gdzie leżą kobiety w zaawansowanej ciąży? Problem jest i to spory. Dlatego uważam, że należy o nim mówić.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje