W poszukiwaniu skarbów kultury wywiezionych z Polski

Zaginione dzieła z Biedrzychowic. Kulisy rewindykacji na Dolnym Śląsku

Nieopodal rzeki Kwisy znajduje się zadbany pałac, w którym, zarówno przed wojną, w jej trakcie, jak i po zakończeniu, trzymano ogromne ilości cennych dzieł sztuki. Niestety nie oznacza to, że w jego wnętrzach zobaczymy dzisiaj cenne przedmioty, zgromadzone przez kolejnych właścicieli wsi, ukryte przez nazistów oraz ulokowane po wojnie przez lubańskich urzędników.

Pierwsza rezydencja w Biedrzychowicach została wzniesiona na przełomie XV i XVI wieku, jednak wówczas nie skupiano specjalnej uwagi na gromadzeniu przedmiotów o sporej wartości historycznej, czy artystycznej. Symptomem pewnych zmian są lakoniczne przekazy o przebudowie rezydencji w 1702 r. w duchu modnego wówczas baroku oraz luksusowym wyposażeniu obiektu. Dla nas znacznie ważniejszym będzie zakup pałacu w 1862 r. przez Aleksandra Friedricha barona von Minutoli-Woldeck.

Wraz z przeprowadzką do Biedrzychowic baron zabrał z Legnicy własne kolekcje stanowiące tzw. "Minutoli Museum". Dzięki temu kolejne sale zapełniły cenne i niezwykłe zbiory stanowiące dorobek kulturowy wielu starożytnych kultur, m.in. egipskiej, greckiej, etruskiej i rzymskiej. Nie zabrakło też przedmiotów wykonanych w okresie średniowiecza, np. kolekcji cennych monet, czy dzieł wykonanych ze słynnego szkła weneckiego. Ponadto na ścianach powieszono dziesiątki obrazów uznanych malarzy, takich jak: Lucas Cranach, Pieter Bruegel, Peter Rubens, Hans Holbein (młodszy), Diego Velázquez, Paolo Veronese, Anton van Dyck, Frans Hals, Andrea Mantegna, Guido Reni i inni. Urządzono również bibliotekę, w której zgromadzono ogromny księgozbiór z cymeliami oraz korespondencją Aleksandra Minutoli z księciem Albertem von Sachsen-Coburg und Gotha, mężem królowej angielskiej Wiktorii. Zdaniem miejscowego regionalisty Zbigniewa Madurowicza, wspomniane listy przetrwały w pałacu nad Kwisą aż do końca II wojny światowej.

Ponieważ kolekcje hrabiego von Minutoli były ogromne, w pałacu umieszczono jedynie część zbiorów. Pewna ilość eksponatów trafiła zatem do neogotyckiego zameczku Neidburg (ob. Rajsko, por. "Odkrywca" nr 4/2011, art. pt. "W poszukiwaniu rajskich skarbów") oraz wzniesionej w 1869 roku Wieży Woldecka. Położona ponad parkiem nieopodal rezydencji, stanowiła zarówno punkt widokowy, jak i doskonałe miejsce wypoczynku podczas spacerów, czy konnych przejażdżek w okolicy. Podobno była ona połączona z pałacem podziemnym tunelem, w którym pod koniec ostatniej wojny miano ukryć część wyposażenia tutejszej rezydencji.

Wysyłka dóbr rodowych

Reklama

Po śmierci hrabiego majątek przeszedł w ręce jego córki Anny, wydanej za słynnego podróżnika Joachima von Pfeil (urodzonego w Nowej Rudzie w 1895 r.). Jego zasługą było zbadanie i naniesienie na ówczesne mapy wielu miejsc z Afryki oraz przyczynienie się do utworzenia na tym kontynencie kilku niemieckich kolonii. W uznaniu tych oraz wielu innych zasług otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu w Jenie. Po latach zamorskich wojaży po świecie, śląski badacz osiadł w końcu w Biedrzychowicach, gdzie zmarł w 1924 roku. Jego żona przeżyła go o 12 lat. Po jej śmierci majątek wraz z ogromnymi zbiorami dzieł sztuki objął w posiadanie ich bratanek - Ortwin von Pfeil.

W połowie lat 30. młody hrabia został powołany do regimentu piechoty w Szprotawie, a następnie do 8. Regimentu Kawalerii w Oleśnicy. Wraz z wybuchem II wojny światowej, w stopniu porucznika wyruszył na front. Walczył zarówno w Polsce, we Francji oraz w Rosji. Los przestał mu sprzyjać w bitwie między Krasnodarem a Maikopem koło Morza Azowskiego, gdzie poległ 3 IX 1942 roku. Pozostawił w Biedrzychowicach żonę Marię Carlę oraz 2-letniego syna Jürgena. Ten ostatni w spisanych po wojnie pamiętnikach wspominał, że jego matka od 1943 r., co pewien czas, wysyłała do przyjaciół mieszkających w południowych częściach Trzeciej Rzeszy oraz do Salzburga: obrazy, księgi i porcelanę. Na pewno pakowała jedynie to, co uznawała za najcenniejsze bądź najbliższe jej sercu. Mimo niepokojących wieści z frontu, ostatni właściciele pałacu opuścili swą rezydencję dopiero 12 I 1945 roku. Wyruszyli wówczas do Zgorzelca, skąd udali się do Pragi, a stamtąd do Schweinfurtu nad Menem, gdzie mieszkał ojciec hrabiny von Pfeil.

Tajna składnica w pałacu

Niewykluczone, że wysyłanie dzieł sztuki i innych wartościowych przedmiotów na zachód wiązało się nie tylko z planem ich uratowania przed Sowietami, lecz z nowym planem wykorzystania pałacu.

W lipcu bądź sierpniu 1943 r. do Biedrzychowic skierowano "XVI transport" z Berlina, który zawierał 23 skrzynie ze zbiorami Hochschule für Musik. Według listy sporządzonej przez niemieckiego urzędnika Walthera Peschke (zm. w 1952 r.), znajdowało się w nich około 4500 woluminów stanowiących zbiory Wyższej Szkoły Muzycznej. Nader cenna była kolekcja XIX-wiecznego muzykologa i zarazem dyrektora wspomnianej uczelni, Philippa Spitty. Nie brakuje również powojennych przekazów, jakoby w drewnianych pakach znalazły się zbiory berlińskiego Konserwatorium Sterna (Stern’sches Konservatorium) oraz archiwum niemieckiego poety i dramaturga Arno Holza. Podobno kolejne transporty (nr XIX i nr XX), wysłane w pierwszym tygodniu września, zawierały pozostałą część jego prywatnych zbiorów.

Z kolei 11 listopada ze stolicy Trzeciej Rzeszy wysłano na Dolny Śląsk transport oznaczony numerem XXXVII. Docelowym miejscem części księgozbioru Berliner Stadtbibliothek okazał się kompleks pałacowy nad Kwisą. Według Józefa Gębczaka, powojennego dyrektora Muzeum Śląskiego we Wrocławiu, za utworzeniem w Biedrzychowicach składnicy oraz wysyłką kolejnych transportów stał urząd konserwatora berlińskiego.

Z kolei zdaniem Patricii Kennedy Grimsted - historyk zatrudnionej na Uniwersytecie Harvarda, od lat zajmującej się wywłaszczaniem i zwrotem dóbr kulturowych w czasie i po II wojnie światowej - wszystkie zbiory muzyczne trafiły stąd do Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego. W swych publikacjach kilkakrotnie wspominała, że w latach 1975-1987 zostały opublikowane trzy tomy katalogów opisujących niektóre kategorie tych muzykaliów w Łodzi, ale bez jakichkolwiek adnotacji dotyczących, gdzie, i kiedy zostały nabyte. Mimo to jest przekonana, iż pochodzą one z berlińskiej Szkoły Muzycznej, której zbiory ukryto w Biedrzychowicach (dawniej: Kuźnicach). Nie dysponuje jednak wiedzą, w jaki sposób, i kiedy, wywieziono skrzynie do centralnej Polski.

Postanowiłem zatem sprawdzić u źródła, czy w Łodzi faktyczne ulokowano cenne woluminy: - W odpowiedzi na Pańskie pytanie pragniemy poinformować, że w Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego istotnie znajdują się poniemieckie zbiory przywiezione tuż po wojnie w 1945 r. z Biedrzychowic. Pochodzą one m.in. z berlińskiej biblioteki Königliche Akademie der Künste - późniejszej Hochschule für Musik (obecna nazwa Universität der Künste Berlin). Zostały one sprowadzone do nowopowstałej biblioteki uczelnianej na mocy zezwolenia ówczesnego Ministerstwa Oświaty w porozumieniu z Ministerstwem Ziem Odzyskanych. Dzięki takim instytucjom jak nasza biblioteka [sprowadzone dzieła] zostały zabezpieczone i uratowane od zniszczenia, służąc do dzisiaj wielu pokoleniom czytelników - Jarosław Pawlik i Małgorzata Roszkowska, Sekcja Muzykaliów Oddziału Zbiorów Specjalnych Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego.

O trzech, którzy zabrali...

Najstarszy, powojenny dokument do jakiego udało mi się dotrzeć, został sporządzony przez Powiatowego Referenta Kultury i Sztuki, Karola Orlicza. W swym sprawozdaniu za miesiąc wrzesień 1945 roku pisał:

"W ciągu miesiąca (...) prowadzono w dalszym ciągu prace nad porządkowaniem, segregacją i inwentaryzacją zbiorów, znajdujących się i zabezpieczonych (...) w pałacu von Pfeila w Kuźnicach".

W dalszej części dokumentu dowiadujemy się, że zgromadzone tutaj eksponaty szybko wzbudziły zainteresowanie najwyższych władz państwowych:

"(...) Ogólny pogląd na rodzaj przedmiotów sztuki, znajdujących się (...) pod pieczą Referatu, przedłożono w sprawozdaniu 17 sierpnia 1945 r. oraz omówiono ustnie z obywatelem Syposzem, zastępcą naczelnika Wydziału Wojewódzkiego, jak również z obywatelem Dobrzańskim, instr. Muzeów z Ministerstwa Kultury i Sztuki, który wizytował powiat w dniu 17 września 1945 r.".

Skutkiem tych spotkań była jeszcze jedna ważna decyzja utrwalona w sprawozdaniu lubańskiego referenta: "(...) Z uwagi na znaczną wartość zabytkową i artystyczną pałacu hrabiego von Pfeila w Kuźnicach (...), ponawiam swój wniosek złożony ustnie obywatelowi Syposzowi, zastępcy naczelnika Wydziału Kultury i Sztuki oraz obywatelowi Dobrzańskiemu (...), wdrożenia akcji jak najszybszego przejęcia powyższego obiektu wraz z przynależnymi doń majątkami przez Ministerstwo Kultury i Sztuki od Ministerstwa Reform Rolnych i oddanie ich do dyspozycji uczonych i artystów, a mianowicie: pałac w Kuźnicach na dom wypoczynkowy dla artystów malarzy, historyków sztuki, kultury antycznej itp.". Na końcu dodano informację, że pałac znajdował się w "doskonałym stanie".

Wybór malarzy i wybranych grup historyków nie był przypadkowy. Planowano bowiem zostawić znaczną część obrazów, dzieł sztuki oraz eksponatów sięgających czasów starożytnej Grecji i Rzymu. Niewykluczone, że zamierzano tutaj stworzyć rodzaj placówki, przypominającej składnicę i ośrodek wypoczynkowy w pałacu Paulinum w Jeleniej Górze (por. "Odkrywca", nr 1/2014, art. "Składnica Paulinum").

Plany planami, a życie toczy się swoimi torami...

Kilka tygodni później z Biedrzychowic wywieziono ogromne ilości eksponatów i cymeliów, o czym nie omieszkał wspomnieć Karol Orlicz w swym kolejnym sprawozdaniu: "Dnia 6 i 7 października 1945 r. delegacja z Ministerstwa Kultury i Sztuki w składzie obywateli: Kierznowski, Dyrektor Grabowski, profesor Bochniak z Krakowa wraz ze współpracownikami, zabrała część zbiorów muzealnych, artystycznych, archiwalnych, bibliotecznych oraz mebli zabytkowych, tudzież szkła i porcelany, [m.in.] z pałacu w Kuźnicach (...). Ogółem zabrano 7 wozów ciężarowych kanadyjskiej »Unry«. Część zbiorów została przewieziona i złożona tymczasowo w składnicach w Jeleniej Górze". Prace musiały zostać wykonane niedbale, skoro lubański referent dodawał: "(...) Do dnia dzisiejszego nie nadesłała delegacja szczegółowych spisów przedmiotów wywiezionych. W referacie znajduje się jedynie pokwitowanie treści ogólnej, gdyż z uwagi na ilość eksponatów oraz szybkość i pośpiech w zakresie wykorzystania wozów, nie można było sporządzić szczegółowych protokołów zdawczo-odbiorczych".

Dokąd zabrano skrzynie z Biedrzychowic? Możliwe, że część trafiła do Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego, inne zapełniły półki rozmaitych muzeów w całym kraju, a zwłaszcza w Warszawie.

Warto zatrzymać się jeszcze przy cytowanym dokumencie, albowiem okazuje się, że znalazło się w nim kilka nieścisłości. Dotyczą przede wszystkim trzech wymienionych w nim osób. Możemy się jedynie domyślać, że błędy w zapisie nazwisk oraz skąpe informacje o "rewindykatorach" wynikały z tego, że autor, powiatowy referent Karol Orlicz, nie uczestniczył w tej akcji, a jedynie zostały mu przekazane informacje oraz dokument, datowany na 6 października, z nieczytelnym podpisem Delegata Ministerstwa Kultury i Sztuki dla Spraw Rewindykacji Zabytków: "Niniejszym potwierdzam odbiór większości zbiorów artystycznych, bibliotecznych, archiwalnych, archeologicznych oraz mebli z zamku Friedersdorf, powiat lubański. Po dokonaniu inwentaryzacji wywiezionych zbiorów przesłany zostanie szczegółowy spis rzeczy".

Należy przyjąć, że "Kierznowski" to w rzeczywistości Witold Kieszkowski, historyk sztuki i zarazem wicedyrektor Naczelnej Dyrekcji Muzeów i Ochrony Zabytków, kierujący akcją rewindykacyjną na Dolnym Śląsku w latach 1945-1946. Potwierdzeniem jego październikowej akcji w Biedrzychowicach jest wzmianka w znanej publikacji Józefa Gębczaka, pt. "Losy ruchomego mienia kulturalnego i artystycznego na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej". Drugą tajemniczą postacią był dr Józef Grabowski - historyk sztuki, który w 1945 r. pełnił funkcję Dyrektora Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków przy Ministerstwie Kultury i Sztuki. Był też członkiem Stowarzyszenia Historyków Sztuki, które nadzorowało funkcjonowanie największej w regionie składnicy rewindykacyjnej w Jeleniej Górze. Trzecim z kolei musiał być prof. Adam Bochnak - uznany historyk sztuki, zatrudniony w latach 1945-1957 w Muzeum Narodowym w Krakowie jako kustosz i zastępca dyrektora. Na Dolnym Śląsku na pewno nie przebywał dość długo, albowiem w toku kolejnych miesięcy działał głównie w Krakowie. Jednym z jego priorytetów było pozyskanie z pomocą Karola Estreichera - odnalezionego w Norymberdze Ołtarza Mariackiego oraz innych dzieł sztuki wywiezionych przez okupanta.

Okazja czyni złodzieja

Ponieważ Muzeum Miejskie w Lubaniu było w znacznym stopniu zniszczone wskutek działań militarnych pod koniec wojny, a z Biedrzychowic zostało wywiezionych sporo eksponatów, jesienią 1945 r. w starej rezydencji postanowiono stworzyć tymczasowy magazyn. W efekcie na dokumentach - od pierwszej dekady listopada - zaczęto stosować nietypowy zapis odbiorcy: "Dyrekcja Muzeum Miejskiego (w zamku v. Pfeila) w Lubaniu". Pomysł pozornie był doskonały. Problem w tym, iż nie dość dobrze zabezpieczono obiekt, przez co doprowadzono do wywózki znacznej części zgromadzonych tutaj eksponatów. Co gorsza; winnymi okazali się... polscy żołnierze!

Według niedbale spisanego i nieczytelnego w wielu miejscach protokołu dwóch lubańskich urzędników ze Starostwa Powiatowego oraz administratora pałacu, sytuacja przedstawiała się następująco:

"Powiatowy Referent Kultury i Sztuki obywatel Orlicz Karol na lustracji [przeprowadzonej] 3 grudnia 1945 r. stwierdził w obecności wyżej wymienionych świadków co następuje: zapieczętowane przez Referat Kultury i Sztuki wejścia do pokoi pałacu, w których znajdowały się zabezpieczone przez Referat Kultury zbiory muzealne i zabytkowe obrazy i meble, zastałem odpieczętowane i [spore] luki w najwartościowszych i zinwentaryzowanych zbiorach. Zgodnie z zeznaniami świadków [oraz] pracowników majątku, stwierdzono, że dokonała tego jednostka Wojska Polskiego pod dowództwem chorążego [nieczytelne], która opuszczając majątek, zabrała nie tylko cały inwentarz żywy (...), lecz wywiozła [stąd] kilka wozów z meblami, obrazami, dziełami sztuki itp.".

Najprawdopodobniej polscy żołnierze wkroczyli do kompleksu dworskiego celem uzupełnienia braków żywnościowych. Widząc jednak możliwość pozyskania poniemieckiego mienia do siedziby własnej jednostki, np. darmowych mebli, którego zapewne nikt nie pilnował, postanowili wykorzystać tę sytuację. Czy jednak faktycznie ukradli też obrazy i dzieła sztuki? A może po otworzeniu pałacowych pomieszczeń i wyniesieniu stołów i krzeseł oraz innych potrzebnych mebli, to ktoś z okolicznych mieszkańców wykorzystał okazję do szybkiego i łatwego wzbogacenia się? Potem administrator łatwo mógł winą obarczyć wyłącznie Wojsko Polskie, które zapełniło po brzegi kilka wozów...

Z całą pewnością w pałacu pozostało jeszcze wiele interesujących i wartościowych eksponatów, skoro 5 grudnia Powiatowy Referent Kultury i Sztuki Karol Orlicz wysłał pismo do administratora majątku, pisząc doń: "Niniejszym upoważnia się obywatela Tadeusza Kudłę do opieki nad resztą zbiorów znajdujących się na terenie pałacu w Kuźnicach oraz do zebrania i uporządkowania ich, zamknięcia i zapieczętowania w kilku pokojach".

Dodatkowo część zbiorów umieszczono w miejscu o znacznie trudniejszym dostępie, czego dowodzi inny fragment dokumentu: "O próbach samowolnego wtargnięcia kogokolwiek do zapieczętowanych ubikacji, względnie zabierania czegoś, jest obywatel Kudła zobowiązany natychmiast donieść Powiatowemu Referatowi Kultury i Sztuki".

Trudno jest ustalić, co działo się w Biedrzychowicach w ciągu kolejnych miesięcy, albowiem w nielicznych dokumentach zachowały się tylko lakoniczne przekazy. Jeden z nich sporządzono 13 II 1946 r. na biurku Stanisława Klimaszewskiego. Pełnomocnik Rządu RP na obwód 33 dyktując pismo do Powiatowej Komendy Milicji w Lubaniu, nadmienił o "zabezpieczeniu pałacu". Znacznie więcej dowiedzieć się można z wiosennych sprawozdań Bartłomieja Kurki, Powiatowego Referenta Kultury i Sztuki. Opisując wydarzenia z maja, wspomniał bowiem o kolejnej akcji rewindykacyjnej:

"W związku z bytnością współpracownika obywatela Kierzkowskiego, który wylegitymowawszy się odpowiednimi dokumentami, zapowiedział w najbliższym czasie przyjazd ekipy, która ma zabrać z pałacu resztę mebli antycznych, z których 80% zostało zabrane ubiegłego roku przez grupę będącą również pod kierownictwem zastępcy Generalnego Konserwatora obywatela Kierzkowskiego".

Niestety, w kolejnym sprawozdaniu za okres: 1czerwca-15 lipca Kurka wspomniał jedynie o przeprowadzonym wyjeździe do pałacu w celu "skontrolowania zabytków". Czy oznaczało to, iż akcja rewindykacyjna się przeciągnęła? Czy też udał się obejrzeć ostatnie z eksponatów, które uznano za mało wartościowe i pozostawiono na miejscu? Osobiście skłaniałbym się do tej ostatniej wersji.

Niewykluczone, iż pewna ilość majątku ruchomego stała się łupem szabrowników, którzy kradli w okolicy nie tylko dzieła sztuki. Jeden z takich epizodów (opisany przez lubańskiego Pełnomocnika Rządu RP) miał miejsce w nocy z 27 na 28 maja. Wówczas to nieznani osobnicy wkroczyli na teren kompleksu pałacowego w Biedrzychowicach, po czym skradli z otwartej stajni 5 koni. Mimo wielotygodniowego dochodzenia prowadzonego przez posterunek Milicji Obywatelskiej w Olszynie, sprawców nigdy nie ujęto. Największym problemem okazał się brak świadków! Jak to możliwe, że nikt nie zobaczył, ani nie usłyszał złodziei? Czy lekceważący stosunek do zabezpieczenia bram i drzwi wynikał z pijaństwa, czy zwykłego niedbalstwa? Tego nie dowiemy się już nigdy.

Ostatnia akcja?

Coraz mniejsza ilość eksponatów oraz powtarzające się włamania były jasnym dowodem, iż miejsce to już nigdy nie będzie pełnić roli muzeum, ani składnicy. Nawet pozostawione tutaj współczesne książki o rozmaitej tematyce (przyroda, geografia, kartografia, historia, sztuka i in.), postanowiono wydać bez najmniejszego słowa sprzeciwu.

Latem 1946 r. Bartłomiej Kurka podsumowując ważne informacje dotyczące zabytków w powiecie lubańskim, pisał: "W okresie sprawozdawczym (...) odwiedzał powiat [lubański] delegat Ministerstwa Oświaty do Zabezpieczania Księgozbiorów ob. Jankiewicz Wacław, który zapowiedział swój przyjazd celem zabrania książek poniemieckich z poszczególnych punktów, pod koniec miesiąca sierpnia, po ukończeniu prac w sąsiednim powiecie. Referent zbierał [zatem] informacje dotyczące zabytków jeszcze nie objętych dotychczasowym opisem oraz przeprowadził dwa wyjazdy w teren celem ustalenia stanu faktycznego z zebranymi informacjami. Wyjazd do zamku w gminie Kuźnice dał rezultaty dodatnie".

Niemal opustoszały pałac biedrzychowicki postanowiono w latach 1946-1960 wykorzystywać jako ośrodek kolonijny. Następnie barokowe sale przekształcono w sale lekcyjne dla młodzieży edukującej się w Zespole Szkół Rolniczych, a następnie w Zespole Szkół Zawodowych i Ogólnokształcących. Nie da się ukryć, że przeznaczenie rezydencji na szkołę, zamiast na siedzibę administracyjną PGR, ocaliło ten gmach przed ruiną.

Pozytywnym akcentem było przeprowadzenie w latach 1972-1976 konserwacji 14 obrazów z plafonów i nastawy kominka. Nie oznacza to, że wszystko dobrze się skończyło. 19 IV 1995 r. skradziono cztery obrazy wkomponowane w plafony dawnej sali balowej. Mimo intensywnych poszukiwań, w lipcu tego samego roku odzyskano jedynie trzy sztuki.

W 2000 r. wraz z utworzeniem tutaj wydziału zamiejskiego Akademii Rolniczej we Wrocławiu, rozpoczęto wieloletnie prace remontowe. Mimo że sam pałac odzyskał dawny blask, na odrestaurowanie czekają jeszcze budynki folwarczne oraz neogotycka Wieża Woldecka.

Szymon Wrzesiński

Wykorzystane cytaty w większości pochodzą z dokumentów przechowywanych w Archiwum Państwowym we Wrocławiu, Oddziały w Jeleniej Górze i Lubaniu (sygnatury w zbiorach Autora).

Literatura:

1. P. Kennedy-Grimsted, "Bach is back in Berlin" [w:] "Spoils of War", nr 8, 2003.

2. Z. Madurowicz, "Olszyna w historię wpisana w tym Biedrzychowice i okolice", Olszyna 2004

3. J. Gębczak, "Losy ruchomego mienia kulturalnego i artystycznego na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej", Wrocław 2000

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje