Rewolucja w krajach islamskich

Rewolucja i masowo gwałcone kobiety

Egipcjanie demonstrują przeciwko islamistom. Wspiera ich armia, która, wygląda na to, spełnia właśnie swoją tradycyjną rolę gwaranta świeckości państwa. Na placu Tahrir znów rewolucja. A w cieniu tej dziejącej się właśnie na naszych oczach historii coś, czego się już przed oczy nie wywleka: gwałty na kobietach.

Human Rights Watch donosi, że atak najczęściej wygląda w ten sposób: do grupy kobiet podchodzą mężczyźni. Wybierają jedną z nich, otaczają, i separują od towarzyszek. Dochodzi do gwałtów i pobić. Według danych, którymi dysponuje HRW, tylko 30 czerwca podczas demonstracji zarejestrowano 46 napaści seksualnych, 1 lipca - 17, a 2 lipca - 23.  A mowa tylko o wykrytych bądź zgłoszonych przestępstwach. Jedna z kobiet zgwałcona została za pomocą "ostrego obiektu".

Na stronach Human Rights Watch udostępniono nagrania wykorzystane kobiety opisują seksualne ataki których padły ofiarami. Konieczna była szybka interwencja chirurgiczna.

Reklama

- Otoczyli mnie bardzo ciasno i zaczęli dotykać po całym ciele, dotykali mnie wszędzie - mówiła Hania Mohib, jedna z ofiar takiego ataku. - Mogłam tylko krzyczeć.

Jasmin El-Baramaui została w pewnym momencie demonstracji przewrócona na ziemię, a na jej długie włosy najechał samochód, nie pozwalając jej ruszyć się z miejsca. Otaczający ją mężczyźni zdarli z niej ubranie i zaczęli gwałcić.

Aida al-Kaszif, kolejna ofiara seksualnej przemocy, mówi, że na manifestacjach są wolontariusze, których zadaniem jest chronić protestujących przed napaściami. Tych jednak, jak opowiada al-Kaszif, jest za mało i często sami padają ofiarami pobicia. Ahmad Ezz, przywódca jednej z grup wolontariuszy opowiada, że napastnicy są zazwyczaj uzbrojeni - mają ze sobą noże albo pałki.

- Trudno powiedzieć, ilu mężczyzn atakuje kobietę w tym samym momencie - mówi Ezz. Gdy widzą zbiegowisko, koncentrujące się wokół niewidocznego zza ich pleców obiektu, grupa interwencyjna próbuje przebić się do środka.

- Wiemy, że tam będzie kobieta - mówi Ezz.

Napaści takie nie są w Egipcie niczym nowym.  

- Ataki na kobiety na ulicach to codzienność. Rząd nie traktuje tej sprawy poważnie - mówi w materiale opublikowanym przez Human Rights Watch jego egipska szefowa, Heba Morajef. - W ten sposób społeczeństwo zaczyna akceptować gwałty, a nawet winić za nie ich ofiary, dowodząc, że "sprowokowały" napastników swoim ubiorem czy sposobem poruszania się. W takich warunkach kobiety często obawiają się nie tylko zgłaszać na policję przypadków gwałtu, ale nawet mówić o nich publicznie, w obawie przed społecznym napiętnowaniem.

ZS

Dowiedz się więcej na temat: Protestujący na placu Tahrir

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje