Rewolucja w krajach islamskich

Polityka Obamy wobec Syrii: Mętlik, objaw słabości czy subtelne podejście?

Chór krytyki powitał wolty administracji USA w sprawie broni chemicznej w Syrii. Pojawiły się opinie, że Barack Obama przegrywa na razie PR-owską konfrontację z Rosją i wpędził się w sytuację, która grozi obniżeniem jego autorytetu i pozycji USA na świecie.

Część ekspertów uważa jednak, że prezydent postępuje słusznie, a jego zniuansowana polityka w sprawie Syrii jest odbiciem wyjątkowo skomplikowanej natury tego konfliktu. Ich zdaniem wciąż istnieje nadzieja, że Ameryce uda się zrealizować główny deklarowany cel, którym jest ukaranie reżimu prezydenta Baszara el-Asada za użycie broni chemicznej i odstraszenie od jej ponownego zastosowania.

Reklama

Obama zapowiadał atak na siły reżimu syryjskiego, ale potem zwrócił się o zgodę do Kongresu na tę akcję - czego nie musiał czynić. Kiedy okazało się, że ustawodawcy mogą nie poprzeć ataku, poprosił ich o wstrzymanie głosowania i ogłosił, że Syria może uniknąć ataku, jeżeli przekaże broń chemiczną pod nadzór międzynarodowy.

Podchwyciła tę propozycję Rosja, deklarując gotowość zabezpieczenia tej broni. Jednak Moskwa - co potwierdził w czwartek prezydent Władimir Putin w "New York Timesie" - żąda w zamian obietnicy, że USA nie zaatakują Syrii. 

"Byłaby to katastrofa dla wiarygodności jego i Ameryki"

Panuje zgoda co do tego, że oddanie syryjskich gazów bojowych pod kontrolę międzynarodową może być w praktyce niemożliwe, przynajmniej obecnie, w warunkach wojny domowej.

Komentatorzy uważają, że rozpoczynając negocjacje z USA w tej sprawie, Rosja de facto gra na zwłokę, licząc na to, że w miarę widocznego spadku poparcia opinii publicznej dla interwencji zbrojnej Obama nie zdecyduje się na nią. Ostrzegają, że byłaby to katastrofa dla wiarygodności jego i Ameryki.

- Obama mówi o potrzebie utrzymania "wiarygodnej groźby" akcji militarnej, ale odkąd Kongres dał jasno do zrozumienia, że nie upoważni go do użycia siły, jest to opcja zamknięta dla prezydenta. Krótko mówiąc, naczelny wódz najpotężniejszego mocarstwa mówi, że trzyma palec na spuście, ale wszyscy, z Asadem włącznie, widzą, że pistolet, którym od dwóch tygodni wymachuje, nie jest naładowany - napisał brytyjski "Telegraph".

Krytycy zarzucają amerykańskiemu prezydentowi brak strategicznego planu wobec Syrii i chwiejność decyzji w sprawie kryzysu, co podważa przywódczą rolę USA na świecie.

- Od dwóch i pół roku, kiedy konflikt się zaczął, Obama nie ma spójnej strategii wobec Syrii. Powiedział, że Asad musi odejść, ale nie opracował planu, który to umożliwi. Rok temu oznajmił, że użycie broni chemicznej będzie "czerwoną linią", ale nie podjął żadnych działań, chociaż reżim użył jej podobno kilkanaście razy. 

W orędziu we wtorek powiedział, dlaczego kryzys w Syrii i użycie broni chemicznej przez reżim ma znaczenie dla strategicznych interesów USA, ale znowu nie zaproponował żadnego działania. Zamiast tego poprosił Kongres o zwłokę, aż wyjaśni się wynik rosyjskiej dyplomacji - powiedział ekspert ds. Bliskiego Wschodu z American Enterprise Institute (AEI) Ahmad Majidyar.

Nie wierzy on w sukces rozmów z Rosją, która jest sojusznikiem i sponsorem Asada, a więc "nie będzie go rozbrajać". - Moskwa i Damaszek raczej skorzystają z dyplomacji dla zyskania na czasie i uratowania reżimu - powiedział.

"Obama popełnił błąd. Powinien od razu bombardować"

Podobnie ocenia syryjską politykę Obamy historyk, emerytowany profesor Uniwersytetu Harvarda i były wysoki urzędnik w Białym Domu Richard Pipes. - Obama popełnił błąd. Powinien od razu zbombardować Syrię. Jeśli groził, powinien dotrzymać słowa - powiedział profesor. Według niego rząd rosyjski uważa amerykańskiego prezydenta za słabeusza. - Rząd Rosji ma go w pogardzie. Traktuje go nonszalancko, ignoruje jego życzenia. Nie jest to pomocne - dodał Pipes.

Zdaniem korespondenta BBC News w Moskwie Steve'a Rosenberga, gdyby Rosji udało się sprawić, że USA nie interweniują zbrojnie w Syrii, "byłoby to dla niej ogromne dyplomatyczne zwycięstwo". Majidyar pesymistycznie dla USA ocenia długofalowe implikacje kryzysu w Syrii. - Dwuznaczność stanowiska Waszyngtonu i jego bierność przestrasza jego przyjaciół i ośmiela wrogów na świecie. Inne reżimy, jak Iran i Korea Północna, mogą nie wziąć poważnie amerykańskich ostrzeżeń i będą nadal łamać normy międzynarodowe - powiedział ekspert AEI.

Wśród krytyków syryjskiej polityki administracji dominuje prawica, ale pretensje do Obamy ma także wielu komentatorów zwykle z nim sympatyzujących, jak Eugene Robinson i Dana Milbank z "Washington Post", a także politycy Partii Demokratycznej. Wytykają oni prezydentowi, że zwrócił się do Kongresu bez wysondowania wcześniej jego nastrojów, chociaż - jak zauważył demokratyczny kongresman z Wirginii Jim Moran - od początku było jasne, że w Izbie Reprezentantów nie ma większości dla ataku na Syrię.

Milbank uznał, że oświadczenia Obamy na temat kryzysu mogą sprawiać wrażenie sprzeczności. We wtorkowym orędziu prezydent powiedział na przykład, że Ameryka "nie powinna być policjantem świata", ale oświadczył też, że z powodu "wiary (USA) w wolność i godność wszystkich ludzi Ameryka nie może nie dostrzegać" łamania praw człowieka w innych krajach. W tym samym wystąpieniu powiedział, że to, co zrobił Asad, to "zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa", by jednocześnie oświadczyć, że "reżim Asada nie jest w stanie poważnie zagrozić naszym wojskom".

- Nie są to wszystko sprzeczności; prezydent starał się zarysować bardzo zniuansowaną i często zmienną politykę. Ale niuanse mogą brzmieć jak mętlik - konkluduje autor.

"Większość Amerykanów nie chce nowej wojny"

Eksperci, którzy usprawiedliwiają zachowanie Obamy, podkreślają, że niechęć do użycia siły przez USA w Syrii nie oznacza słabości.   

- Znaczna część świata powinna być zadowolona, że Ameryka nie chce iść na wojnę. Historia z Syrią nie jest jeszcze zakończona. Nie powinno się wątpić w amerykańską zdolność do interwencji wojskowej na Bliskim Wschodzie i gdziekolwiek, jeśli stawką są żywotne interesy USA. Prezydent nie uważa, by Syria była takim przypadkiem. Brak gotowości do użycia siły nie oznacza niezdolności do jej zastosowania - powiedział Daniel Serwer ze Szkoły Zaawansowanych Studiów Międzynarodowych (SAIS) na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa w Waszyngtonie.

Obamy broni też, zwracając uwagę na złożoność sytuacji w Syrii, były prezes polskiego Centrum Stosunków Międzynarodowych Eugeniusz Smolar. Wyraża on opinię, że mimo dyplomatycznych potknięć USA (m.in. sprzeczności między oświadczeniami prezydenta i sekretarza stanu Johna Kerry'ego) dobrze się stało, że Obama postanowił wykorzystać wszelkie szanse pokojowego rozwiązania sporu.

- Po prezydenturze George'a W. Busha przyzwyczailiśmy się myśleć, że jeżeli Ameryka nie użyje gdzieś siły, jej polityka nie będzie skuteczna. Obama od początku mówił, że będzie się starał równoważyć siłę i dyplomację.

Syria to problem nie do rozwiązania na krótką metę. Nie rozwiąże go na pewno zagraniczna interwencja zbrojna, zwłaszcza gdy większość Amerykanów nie chce nowej wojny. Nawet wojskowi jej nie chcą. Trudno też pomóc opozycji przeciw Asadowi, gdyż od początku nie bardzo było wiadomo, kim są ci ludzie. Świecki i prozachodni jej nurt to obecnie tylko jeden z wielu, z rosnącą siłą radykalnego islamizmu - powiedział były prezes CSM.

Jego zdaniem nie jest też prawdą, jakoby Rosja politycznie brała górę w rozgrywce o Syrię.

- Rosja wcale nie wyszła dobrze na podchwyceniu pomysłu zabezpieczenia syryjskiej broni chemicznej. Wzięła na swoje barki odpowiedzialność za rozwiązanie konfliktu. Zobaczymy, czy będzie gotowa coś uczynić, obawiając się uderzenia USA. Odmowa skompromituje Moskwę.

Rozpoczął się proces politycznego rozwiązywania sporu i nie wiemy jeszcze, do czego doprowadzi. Osobiście sądzę, że dojdzie jednak do amerykańskiego ataku, gdyż będzie on łatwiejszy do przeprowadzenia, kiedy Amerykanie wykażą, że wyczerpali możliwości dyplomatyczne - dodał Smolar.

Tomasz Zalewski 

Dowiedz się więcej na temat: Barack Obama | Syria | konflikt

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje