Malezyjski samolot zestrzelony na Ukrainie

"Akt terroru. Tak wielu zapisów nie da się zmanipulować"

Dla zbadania katastrofy malezyjskiego samolotu pasażerskiego, zestrzelonego nad Ukrainą, najważniejszy jest teraz dostęp do miejsca katastrofy, czarnych skrzynek, zapisów radarowych i świadków - uważa szef polskiej komisji badającej wypadki lotnicze dr Maciej Lasek.

- Wszystko trzeba potwierdzić w badaniu. Nie bada się wypadków na podstawie doniesień medialnych, lecz na podstawie dostępu do danych - powiedział przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Maciej Lasek.

Reklama

Jego zdaniem najważniejszy jest obecnie dostęp do miejsca katastrofy, rejestratorów parametrów lotu, czyli tzw. czarnych skrzynek, zapisów radarowych, świadków i ewentualnie informacji pochodzących z monitoringu strefy konfliktu prowadzonego przez różne służby. - Dopiero na tej podstawie będzie można potwierdzić lub wykluczyć którąś z hipotez. Na razie wszystko wskazuje, że był to akt terroru - powiedział Lasek.

Jego zdaniem katastrofa może doprowadzić do wydania zaleceń profilaktycznych dotyczących szacowania ryzyka - skierowanych zarówno do linii lotniczych, jak i do państw, gdzie dochodzi do konfliktów takich jak na Ukrainie.

- Do tej pory wydawało się wszystkim, że przelot samolotu cywilnego na bardzo dużej wysokości daje wystarczające bezpieczeństwo. Wszystko wskazuje na to, że nie. Okazuje się, że uzbrojenie, które było domeną regularnej armii może być użyte przez grupy pozapaństwowe. A więc linie lotnicze nad takim obszarem nie powinny latać, a od państwa, na terenie którego dzieje się taki konflikt, należy oczekiwać decyzji o całkowitym zamknięciu przestrzeni powietrznej nad danym terenem - powiedział Lasek.

Po katastrofie władze Ukrainy zamknęły przestrzeń powietrzną nad wschodnią częścią kraju. Część linii lotniczych zapowiedziała, że będzie omijać rejon konfliktu, inne, w tym polski PLL LOT, zdecydowały o tym na długo przed tragedią.

Jak tłumaczył ekspert, każdy samolot pasażerski jest wyposażony w transponder, który na "zapytanie" radaru z ziemi generuje sygnał z informacją, o jaki lot chodzi, na jakiej wysokości porusza się samolot i jakim kodem się identyfikuje.

Lasek wyjaśnił też, że spośród danych z czarnych skrzynek na hipotezę o zestrzeleniu samolotu rakietą mogą wskazywać m.in.: zapis głosów w kabinie (zwłaszcza jeśli przed trafieniem nie było żadnych negatywnych symptomów, a następnie wszystkie sygnały się urywają) oraz parametrów ciśnienia (mogą wskazać na gwałtowną dehermetyzację) i przeciążenia. Wskazówką może też być analiza miejsca zdarzenia i szczątków, które - jak zauważył Lasek - według pierwszych informacji zostały rozrzucone na obszarze 10 na 15 km. - To świadczy o tym, że samolot rozpadł się na dużej wysokości - ocenił.

Szef PKBWL zgodził się z opinią, że zapis czarnych skrzynek, o ile może potwierdzić, że samolot został zestrzelony rakietą, to nie wskaże, kto ją wystrzelił. W szczątkach samolotu będzie można natomiast szukać śladów wskazujące na konkretny rodzaj materiału wybuchowego oraz resztek rakiety.

Lasek zauważył, że czarne skrzynki Boeinga 777 rejestrują bardzo dużo parametrów. Z tego powodu zmanipulowanie zapisów byłoby bardzo trudne, tym bardziej, że odczytanie pamięci komputera pokładowego (Flight Management System, FMS) jest możliwe tylko u producenta w USA (tak samo było w przypadku FMS z Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem). - Mam wątpliwość granicząca z pewnością, że tak wielu zapisów nie da się zmanipulować. Jest możliwość skasowania danych, ale wtedy prawdopodobnie można je odzyskać, jak z każdego dysku - ocenił.

Zdaniem Laska trudno powiedzieć, kto będzie badał katastrofę, choć Ukraina była i zapewne nadal jest członkiem Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), który zajmuje się takimi badaniami. Sceptycznie wypowiedział się też o postulacie władz ukraińskich, by katastrofę zbadała komisja międzynarodowa. "Nie ma ciała, które mogłoby badać wypadek i być niezależne, zewnętrzne. Badanie może zostać przeprowadzone zgodnie ze standardami Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego (ICAO), ale nawet ona nie ma swojej komisji badającej wypadki, tak samo jak Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA)" - powiedział Lasek.

Dodał przy tym, że możliwa jest natomiast komisja z udziałem międzynarodowych ekspertów, nie tylko z państw, które - ze względu na śmierć swoich obywateli - mają prawo zgłosić swojego akredytowanego przedstawiciela. Podkreślił, że państwo, które prowadzi badanie, ma wolną rękę w zapraszaniu zagranicznych ekspertów.

Kontakt z boeingiem malezyjskich linii lotniczych, który leciał z Amsterdamu do Kuala Lumpur, utracono w czwartek po południu. Na pokładzie maszyny zginęło 298 osób. Samolot uderzył w ziemię w okolicach miast Szachtarsk i Torez w obwodzie donieckim. W rejonie trwają walki między prorosyjskimi separatystami a ukraińskimi siłami rządowymi.

Władze w Kijowie uważają, że samolot mógł być zestrzelony przez separatystów, którzy dysponują ciężkimi zestawami przeciwlotniczymi Buk.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy