Serce miasta

Plac z tradycjami

Skąd nazwa placu, przy którym dziś na pierwszy rzut oka widać tylko jeden, niepozorny krzyż - na budynku centralnie ulokowanego kościoła? W Warszawie, mieście podlegającym nieustannym metamorfozom, wszystko jest możliwe.

Wyjaśnienie zagadki znajdujemy choćby w drugim tomie publikacji Franciszka Maksymiliana Sobieszczańskiego o Warszawie: "Na placu przy kościele Św. Aleksandra, w końcu ulicy Nowy Świat są dwa obeliski, a w nich wystawione brązowe pozłacane krzyże, zaś w środku figura św. Jana Nepomucena, również z kamienia, co wszystko stanęło w 1752 roku na pamiątkę pokonanych trudności w wybrukowaniu i pomierzeniu ulic, i kanałów w Warszawie za marszałkostwa Franciszka Bielińskiego" -  pisze Sobieszczański. "Figura św. Jana dawniej stała na boku i dopiero w 1815 roku w teraźniejszym miejscu postawiona. Dwa takie obeliski i trzeci krzyż trzymany w ręku św. Jana, dał powód nazwania ich Trzema Złotymi Krzyżami".

Rozdroże

Reklama

Sam plac więc też nie od początku nazywał się placem Trzech Krzyży, tylko Placem lub Rozdrożem Złotych Krzyży - a to dlatego, że ukształtował się naturalnie, jako rozdroże, czyli rozstaje dróg przy jednym z głównych dawnych węzłów drogowych, gdzie zbiegały się trasy prowadzące ze Starej Warszawy (Nowy Świat) do dawnych osad podmiejskich: Grzybowa (ulica Bracka), Rakowca (Mokotowska), Ujazdowa (Wiejska) i Solca (Książęca). Pierwszą próbę regulacji tego istniejącego od wieków skrzyżowania podjął król August II, wystawiając tutaj wspomniane wcześniej dwa krzyże. Na pierwszy rzut oka nie ma po nich śladu, ale gdy przyjrzeć się dokładnie otoczeniu placu, można odnotować, że znajdują się tam do dziś - wystawione na cokołach na skwerze w pobliżu kościoła. Posąg św. Jana  Nepomucena, dłuta Jana Jerzego Plerscha, też zachował się na miejscu. Trzeci krzyż znajduje się właśnie tam, w dłoniach świętego. Łacińska inskrypcja umieszczona na cokole oznajmia: "dzieło publiczne wybudowania dróg i skanalizowania ścieków w Warszawie po pokonaniu trudności i w odpowiedzi na niezadowolenie ludzi i pospólstwa złorzeczenia, zostało rozpoczęte (...)". Wszystko się więc zgadza.

Drewniana zabudowa i targowisko

Początkowo plac zajmował znacznie mniejszą powierzchnię. W jego północnej części nie było kościoła, tylko drewniana zabudowa, a pośrodku mieściło się targowisko. Tędy w XIX wieku przy szczególnych okazjach wjeżdżali do miasta monarchowie. W 1815 roku, po wjeździe do Warszawy w dniu 12 listopada cara Aleksandra I, przy placu pojawiła się upamiętniająca to zdarzenie brama triumfalna. Cesarz zdecydował jednak, by zamiast bramy zbudowano "trwały pomnik świadectwa wdzięczności i bytu odrodzonego Narodu Polskiego" - jak podaje Janusz Stanisław Pasierb w publikacji "Kościoły i klasztory warszawskie", powołując się na księdza Kurowskiego. Trzy lata później zaczęto wznosić centralnie położony, dwupoziomowy kościół, według projektu Piotra Aignera, który inspirował się przy tej realizacji rzymskim Panteonem. Środki na budowę pochodziły ze składek i opodatkowania się urzędników cywilnych i wojskowych Królestwa Polskiego w wysokości czterodniowej płacy.

Proboszczem świątyni, oddanej do użytku w 1826 roku, został pijar Jakub Falkowski, teoretyk i praktyk leczenia głuchoniemych. Założył on w Szczuczynie pod Warszawą Instytut Głuchoniemych, który jeszcze w tym samym roku przeniósł do stolicy, wznosząc dla tej instytucji okazały budynek, mieszczący się do dziś przy placu. W latach 40. XIX w. do korpusu głównego dobudowano dwie oficyny, co pozwoliło pracownikom zająć się również dziećmi niewidomymi. Z polecenia księdza przyjmowano tutaj na naukę również zdrowe, ale biedne dzieci. W dwudziestoleciu międzywojennym w lokalu przy Instytucie Głuchoniemych ulokowała się mleczarnia Sejmowa, którą odwiedzało stałe grono bywalców. Na tyłach Instytutu, ponad parkiem między ulicami Książęcą a Rozbrat, zachował się zaś niewielki Domek Holenderski, datowany na połowę XIX w., nazywany również "pałacykiem myśliwskim", gdyż według lokalnej legendy książę Józef Poniatowski realizował tam miłosne podboje.

Wyposażając kościół św. Aleksandra, z dawnej Kalwarii w Jazdowie przeniesiono do wnętrza okazałą rzeźbę z kręgu Berniniego, przedstawiającą martwego Chrystusa, zakupioną na początku XVIII r. przez jednego z dziedziców Ujazdowa, księcia Lubomirskiego.

Kolejną nazwą placu, nadaną mu w 1894 roku, i obowiązującą do 1916 roku, kiedy to przemianowano go na Plac Trzech Krzyży, był plac św. Aleksandra. Wówczas to założono istniejący do dziś w pobliżu skwer, a także rozbudowano sam kościół według projektu Józefa Dziekońskiego, bo mieszkańców najbliższej okolicy stale przybywało.

Bombardowanie

W 1944 roku kościół został zbombardowany przez niemieckie samoloty. Alicja Lutostańska, autorka wspomnień zamieszczonych w kwartalniku "Na Powiślu", tak zapamiętała tamte chwile i okres poprzedzający wojnę: "(...) Na Placu Trzech Krzyży odwiedzałam często kościół p.w. św. Aleksandra, który był wówczas rozbudowaną świątynią posiadającą wysokie schody i dwie wysokie frontowe wieże. Jedna z wież zawalona została z przerażającym hukiem detonacji w wyniku bombardowania tego rejonu przez niemieckie lotnictwo w pierwszych dniach września 1944 r. Podobnie też stało się z frontową częścią gmachu Gimnazjum im. Królowej Jadwigi przy narożniku Alei Ujazdowskich. Zawsze mijałam okazałe gimnazjum z respektem, bowiem wiedziałam, iż tam miała być moja dalsza edukacja".

Aż do wybuchu II wojny światowej plac pełnił nadal swoją historyczną funkcję. Latem tłumy warszawiaków zdążały przez plac w Aleje Ujazdowskie, do parków, i jeszcze dalej, do Wilanowa i Konstancina. Prowadziło doń wówczas  -  wliczając nowo przebitą wśród kamienic ulicy Wiejskiej uliczkę Bolesław Prusa -  aż dziesięć ulic. Pomiędzy wylotem ulic Hożej a Wspólnej znajdowało się kilka niewielkich budynków, okalających targowisko.

"Spacerowałam Alejami Ujazdowskimi z nieodłącznym pieskiem, białym szpicem Tarkiem i Mamą, która odprowadzała mnie razem z nim do przedszkola Rodziny Wojskowej - wspomina Alicja Lutostańska. - (...) Natomiast jeśli nie dopisywała pogoda, a wędrówki mimo to należało odbyć, to spacer kierowany był przez północną część Placu Trzech Krzyży, gdzie były liczne sklepy, również cukiernicze, z dużymi witrynami. Był tam magazyn firmy obuwniczej Raczek, gdzie można było zakupić po uprzednim przymierzeniu - siedząc w ustawionych małych fotelikach - buciki dziecięce, np. czarne lakierowane tzw. czółenka, zapinane z boku na paseczek. Panie ekspediujące w tym sklepie miały satynowe błyszczące, granatowe suknie - fartuszki, które były wówczas, według mnie, bardzo modne".

W pierzei po prawej stronie kościoła wyróżniała się spora dwupiętrowa kamienica, wzniesiona przez rodzinę piwowarów Naimskich. Po śmierci pierwotnych właścicieli, trafiła w ręce dwóch kolejnych piwowarów: Boenicha i wreszcie Hermana Junga, nazywanego w Warszawie "królem piwa", bo był nie tylko największym dostawcą tego trunku w całym Królestwie Warszawskim, ale handlował również w wielu miastach imperium rosyjskiego, otwierając tam swoje przedstawicielstwa. Browar przy placu pozostał w ręku rodziny Jungów do 1920 r., gdy został wykupiony przez innego potentata: firmę Haberbusch i Schiele.

W wysokiej kamienicy pod numerem 8 cały parter zajmował skład żarówek Osram. Mieściło się tam również gimnazjum męskie Kulwiecia, założone po pierwszej wojnie światowej przez dyrektora jednego z polskich szkół w Moskwie, więc uczęszczali do niej początkowo głównie "bieżeńcy", czyli polscy uciekinierzy z Rosji, którzy rozpoczynali tam naukę.

Cukiernia miejscem spotkań

Wśród cukierni ulokowanych przy Placu Trzech Krzyży, które zapamiętała sprzed wojny Alicja Lutostańska, szczególną rolę - miejsca spotkań dla młodych par, które umawiały się właśnie tam, by później pospacerować w Alejach lub Łazienkach, albo po spacerze umawiały się tutaj na lody - pełniła cukiernia Józefa Galińskiego w domu na rogu placu Trzech Krzyży i alei Ujazdowskich, założona w 1909 roku.

W tym samym domu mieściła się również wytwórnia słodyczy. Ciemne, dość staroświecko urządzone wnętrze, z firankami w oknach i starymi żyrandolami, przyciągało jednak tłumy warszawiaków, bo wyroby od Galińskiego cieszyły się znakomitą renomą. "W niedzielne dni potęgował się ruch, kiedy w pobliskim kościele św. Aleksandra kończyło się nabożeństwo" - pisze Wojciech Herbaczyński w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich".

"Jedni wchodzili tu, by kupić ciastka, inni - by zaspokoić pragnienie przy stolikach. Uroczystości ślubne stanowiły specjalny rozdział. Kilkadziesiąt lat temu istniał wśród młodych panien zwyczaj chodzenia do kościoła "na śluby", żeby zobaczyć, jaką panna młoda ma suknię, jakie pantofle, jakie uczesanie, a nawet jakie kwiaty. Czy pan młody jest rzeczywiście młody, czy wysoki, czy niski, czy był speszony, czy ślubował głośno czy cicho. Wymiana spostrzeżeń dostarczała wielu emocji. Zdania były różne, najczęściej podzielone, a dyskusje w cukierni nieraz trwały dłużej niż sam ślub w kościele".

B. C.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje