Rewolucja w Trybunale Konstytucyjnym

Dotychczasowa rola Trybunału Konstytucyjnego się skończyła. Czy ona była dobra czy nie - to jest temat na inną dyskusję. A jaka będzie nowa - na razie nie wiemy, bo rewolucjoniści chyba jeszcze nie zdążyli się nad tym zastanowić. Co zresztą jest typowe dla rewolucji - twierdzi dr Jacek Sokołowski, politolog i prawnik z UJ.

Katarzyna Olejarczyk, Interia: Mamy już rewolucję? 

Reklama

Dr Jacek Sokołowski: - O rewolucji w sensie dosłownym nie da się mówić, władza została przecież zdobyta legalnie, a nie w drodze krwawego przewrotu. Tym niemniej można powiedzieć, że PiS działa w swego rodzaju "rewolucyjnym paradygmacie". 

A da się to opisać nieco bardziej szczegółowo? 

- Nadrzędnym celem  PiS-u jest przeprowadzenie w Polsce wymiany elit. Bądź dokonanie w nich jakiegoś zasadniczego wyłomu. Ja bym to nazwał rozszczelnieniem establishmentu.  

Po to, by w to miejsce wpuścić "swoich"? 

- Coś więcej. Nie chodzi o jakąś pulę policzalnych stanowisk - w administracji, w spółkach Skarbu Państwa, lecz  o establishment rozumiany szeroko, jako elity społeczne oraz ich kody kulturowe. Teraz nadszarpnięcie ich pozycji wydaje się być realne. To jest właśnie cel rewolucyjny, bo w dojrzałych, stabilnych systemach politycznych  rządzący należą do jednej elity, nawet jeśli są w różnych partiach. Mogą się zamieniać pozycjami, ale nie kwestionują wzajemnie swojego prawa do istnienia.

- PiS i jego zaplecze intelektualne  kwestionuje autorytet tych starych, "okrągłostołowych" elit i kontestuje ich prawo do pełnienia istotnej, politycznej roli. Jarosław Kaczyński ukuł nawet na ich określenie pojęcie "łże-elity". A wymiana elit to cel rewolucyjny. Do tego dochodzi jeszcze drugi element -  negacja politycznych instytucji. I tu PiS nie jest konsekwentne w swoich działaniach. Z jednej strony podważa legitymację instytucji stworzonych przez okrągłostołową elitę - tak jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego; z drugiej zaś kieruje się logiką zawłaszczania, nakazującą nie niszczyć instytucji starego porządku, lecz przejmować je i obsadzać swoimi ludźmi. 

I to jest casus Trybunału Konstytucyjnego? 

- Tak, z tym że on nie został przejęty przez ludzi delegowanych przez Prawo i Sprawiedliwość. Jest nadal zdominowany przez sędziów wskazanych przez  PO. Wydaje się jednak, że jako instytucja polityczna - bo pamiętajmy, że jest on instytucją polityczną - został zniszczony, jego działanie w dotychczasowej formie jest niemożliwe. 

Proszę zatem opowiedzieć o dotychczasowej roli, czy raczej rolach Trybunału?

- W kategoriach prawnych definicja jest wszystkim znana - Trybunał pilnuje, aby stanowione prawo było zgodne z konstytucją. W kategoriach politologicznych natomiast jego rola ewoluowała. - Kiedy został utworzony - w ostatniej dekadzie dyktatury komunistycznej - miał legitymizować totalitarne państwo i dyktaturę Jaruzelskiego. Generał szukał wówczas sposobu na uzyskanie poparcia społecznego przez pozorowane działania, które miały udawać że demokratyzują system. Jaruzelski powołał TK, tak jak powołał RPO, jak próbował stworzyć Radę Konsultacyjną przy przewodniczącym Rady Państwa, po to, by uzyskać minimum legitymizacji dla systemu, który gwałtownie tracił poparcie. Dał formalne gwarancje niezależności Trybunałowi, będąc przekonanym, że właściwy dobór sędziów zapewni ich posłuszeństwo.  Okazało się jednak, że ci sędziowie tak całkiem posłuszni być nie chcieli.

- W pierwszym orzeczeniu, jakie wydał w 1986 roku, TK uznał od razu niekonstytucyjność pewnego rozporządzenia Rady Ministrów, co było sprawą drobną, ale w kontekście  funkcjonowania systemu totalitarnego, było niezmiernie istotne. Przecież to, co robiła Rada Ministrów, było wcześniej zatwierdzane przez partię. Sprzeciwić się temu oznaczało de facto zakwestionować monopol PZPR na władzę! Przysłuchujący się temu wyrokowi przedstawiciel Rady Ministrów, jak twierdzą świadkowie, rozłożył ręce w dramatycznym geście i stwierdził " To jest koniec systemu". 

Ale to nie TK "rozwalił" system komunistyczny? 

- Oczywiście, że nie, ale stał się jednym z elementów dehermetyzujących system, sprawiających że ulegał on stopniowemu rozchwianiu, i że stopień kontroli partii komunistycznej, jej zdolność do sterowania procesami politycznymi i społecznymi ulegała zmniejszeniu. I tak określiłbym pierwszą historyczną rolę polityczną Trybunału - miał służyć "przypudrowaniu" dyktatury, a w rzeczywistości ją rozszczelniał, choć jego znaczenia nie należy przeceniać. 

Potem TK zaczął w zmienionych warunkach... 

- Po roku 1989 niezależność Trybunału została znacznie wzmocniona, tym bardziej, że rozdrobniony Sejm miał problem z zapanowaniem nad swoimi nominatami. Obowiązywały wówczas bardzo nieprecyzyjne normy prawne - fragmenty konstytucji stalinowskiej, od 1992 r. uzupełniane przez tzw. małą konstytucję. Ich niespójność i lakoniczność umożliwiły Trybunałowi przejście do drugiej roli - współustrojodawcy. TK dookreślał system, dookreślał ustrój w wielu orzeczeniach, w których dokonywał bardzo daleko idących interpretacji norm. Wiele z nich np. wydano w oparciu o znowelizowany art. 1 stalinowskiej konstytucji, który brzmiał: "RP jest demokratycznym państwem prawnym". Na nim niego oparto wiele interpretacji czysto światopoglądowych, których uzasadnienia były filozoficzne, a nie prawne.

- W ten sposób Trybunał został współtwórcą ustroju, bo wyznaczył granice działania państwa nie w zakresie prawnym, ale aksjologicznym, światopoglądowym. Tak jak w słynnym orzeczeniu przesądzającym o zakazie aborcji. O polski, restrykcyjny model aborcji lewica powinna mieć pretensję nie do kleru czy którejkolwiek partii, lecz do prof. Zolla, on przewodniczył wtedy składowi orzekającemu. 

Mamy wreszcie rok 1997 i nową konstytucję. Trybunał wszedł wraz z nią w kolejną rolę? 

- Stało się to trochę później, około roku 1999, kiedy ta nowa konstytucja i jej regulacje nieco się "uleżały". Trybunał stał się wtedy niejako moderatorem polityki publicznej, kreowanej przez sejmową większość. Mógł swoimi orzeczeniami zablokować jakąś politykę publiczną albo zmienić jej kierunek. I trzeba powiedzieć, że korzystał z tej możliwości, choć  całkowitej blokady nigdy nie nałożył. Natomiast kilka razy opóźnił bardzo wejście w życie rozwiązań uchwalonych przez partię rządzącą. Miał zwłaszcza wielki wpływ na lustrację, co wydaje się być praźródłem konfliktu sędziów z Jarosławem Kaczyńskim. Orzeczenia Trybunału nigdy nie zablokowały lustracji całkowicie, ale... 

... położyły ją na łopatki? 

- Bardzo opóźniły przeprowadzenie lustracji i ograniczyły jej zakres. Trzeba też pamiętać, że Trybunał miał okazję ją całkowicie zlikwidować w czasie czwartej kadencji Sejmu. Rządzące wówczas SLD uchwaliło projekt nowelizacji ustawy lustracyjnej, który tak definiował pojęcie współpracy, że czynił lustrację praktycznie niemożliwą. I ta ustawa została uznana przez TK za sprzeczną z konstytucją. 

Gdzie jeszcze Trybunał stał się hamulcowym? 

- Przy reformie zawodów prawniczych, zwanej "Lex Gosiewski". Przy pierwszym podejściu Trybunał ją odrzucił, ale po pewnych zmianach, które nie wpływały na istotę reformy, kolejna jej wersja została uznana za zgodną z konstytucją. I ostatecznie zabrano samorządom prawniczym prawo decydowania, kto wejdzie do zawodu. Ten przykład także potwierdza moją tezę o przejściu z roli współustrojodawcy do roli moderatora polityki publicznej.

- Takie role odgrywał w ostatnich 25 latach Trybunał i teraz - znając je - można by się zastanawiać, czy warto redefiniować jego funkcjonowanie. Bo role  instytucji politycznych można zmieniać  i niekoniecznie musi to prowadzić do likwidacji demokracji. Tylko że - ponieważ mamy większość rządową działającą w paradygmacie rewolucyjnym - nikt nie deliberuje nad tym, jaka ma być ta rola, bo dominujące okazują się tendencje do burzenia, bądź do jej zawłaszczenia. Akurat obie splotły się w najnowszej wojnie o Trybunał, a że do tego podlane były sosem dużych emocji, to nikt nie dokonywał racjonalnej oceny. A PiS - wydaje mi się - naprawdę wierzy, że TK wydawał swoje orzeczenia według logiki partyjnej i dlatego postanowił go "przejąć". 

A nie wydawał? Był rzeczywiście apolityczny? 

- Nie był apolityczny całkowicie, ale był niezależny od partii politycznych. To, co czyniło sędziów Trybunału niezależnymi, to, po pierwsze, gwarancje formalne - dziewięcioletnia kadencja, zakaz ponownego wyboru, i jak na polskie warunki doskonałe, dożywotnie zabezpieczenie finansowe. To sprawia, że ani sędzia, ani były sędzia TK nie musi się przejmować tym, co o nim ktokolwiek pomyśli. A na to nakładały się pewne reguły nieformalne, które wytworzyły się w toku funkcjonowania Trybunału. Pierwszą z nich wydaje się specyficzna hierarchia wartości wyznawana przez prawniczą elitę, zasiadającą w większości w Trybunale. 

Pan jest autorem  oksymoronu "zdrowa hipokryzja", określającego tę hierarchię. 

 - Tak, ale dotyczy to nie sędziów, tylko polityków. Zdrowa hipokryzja polegała na braku nominacji stricte partyjnych, choć i takie się zdarzały. Ale rzadko, bo nie wypadało. Na sędziów TK nie proponowano raczej osób zaangażowanych w bieżącą politykę. W znakomitej większości wybierano ludzi, którzy byli autorytetami - czy to w środowiskach akademickich, czy to ze szczytów sądownictwa. Jeśli Trybunał był przez kogoś zdominowany, to właśnie przez specyficzną prawniczą elitę. 

Co zatem miało wpływ na orzecznictwo? 

- Hierarchia wartości wyznawana przez tę elitę właśnie. 

Brzmi to jak próba usprawiedliwienia tzw. sztuki dla sztuki. Jak można to prościej wyjaśnić? 

- Jeśli sędzia TK miał dokonać interpretacji jakiegoś bardzo pojemnego przepisu, najbardziej go obchodziły opinie jego równie utytułowanych kolegów. Niewielkie znaczenie miała opinia polityków czy mediów. 

Jak to można ocenić? Było to złe czy dobre?   

- To zależy dla kogo, ale w praktyce odrywało to Trybunał od bieżącej polityki, bo opinia  elitarnego środowiska zależała od jakości użytej prawniczej interpretacji. To jest bardzo charakterystyczne dla prawników w ogóle, a kompletnie hermetyczne dla laików - że człowieka ocenia się po rodzaju argumentacji, jakiej używa. Sędzia TK mógł po cichu, mniej lub bardziej świadomie, sprzyjać jakiemuś rozwiązaniu, ale musiał to uzasadnić zgodnie z regułami argumentacji prawniczej. I jeżeli dobrze uzasadnił, to koledzy byli gotowi przyznać mu rację, nawet jeśli nie zgadzało się to z ich sympatiami. 

Więc można mówić o naciskach środowiskowych? 

 - Tak, ale one sędziego TK, jako kontrolera polityki, czyniły niezależnym od tych, których miał kontrolować. - Na to nakładała się trzecia nieformalna zasada, którą za dr. Tomaszem Żukowskim nazywam zasadą pluralizmu TK. Ponieważ przepisy ustawy o Trybunale kilkakrotnie się zmieniały oraz doszło do rezygnacji kilku osób w trakcie trwania kadencji, wytworzył się mechanizm absolutnie pozbawionego regularności uzupełniania składu Trybunału. W praktyce doprowadziło to do sytuacji, w której jedna większość sejmowa w czasie jednej kadencji nie jest w stanie obsadzić więcej niż 7-8 miejsc w TK. 

I z reguły nikt nie wygrywał dwa razy pod rząd wyborów. 

- Owszem, i to powodowało, że w ciągu kolejnych czterech lat kolejna opcja obsadzała "swoich" sędziów.  W ten sposób nikt nie uzyskiwał bezwzględnej przewagi, a to z kolei było ważne ze względu na wspomniany wcześniej mechanizm środowiskowej hierarchii. Bo ze względu na "zdrową hipokryzję" w TK znajdowali się fachowcy, którzy się wzajemnie respektowali. I nie czuli się podporządkowani partiom, które ich nominowały. Ale mieli - to można założyć - trochę różne światopoglądy i trochę różne sympatie. A to już często było zależne od tego, kto ich do TK "wysłał". - I teraz: jeżeli dochodziło np. do dyskusji na temat, jak rozumieć pojęcie "demokratyczne państwo prawa", to ten właśnie pluralizm światopoglądowy sprawiał, że okazywało się, iż można je jednak różnie rozumieć. I to było korzystne, chroniło przed syndromem myślenia stadnego przy orzekaniu w kwestiach światopoglądowych, w gruncie rzeczy zwiększało niezależność. 

Ale czy te sympatie były trafione? 

- Czasem tak, czasem nie. Ciekawostką jest, że PSL zwykle nominowało bardzo niezależnych i kompetentnych ludzi. Ludowcy po prostu nie mają bliskich związków ze środowiskiem prawniczym, takich, które pozwalałyby im uznać konkretną osobę za "swoją", w związku z czym woleli już nominować kogoś, kto będzie dobrze wyglądał jako kandydat. Kolejny przykład korzyści z hipokryzji. 

Jak rozumieć obecne wizyty sędziów w mediach? Czy to właśnie oni wbili przysłowiowy "gwóźdź do trumny" Trybunału? 

- Myślę, że niektórzy lubią medialny rozgłos. Proszę zwrócić uwagę, że dotyczy to jednak w większym stopniu byłych sędziów, z obecnych właściwie tylko prezes Rzepliński wszedł w rolę medialnego fightera. Moim zdaniem dlatego, że chciał bronić niezależności TK - ale żeby jej bronić, musiał zacząć działać jak polityk i przez to potwierdził zarzuty o upolitycznienie, które stawiał PiS. Taka samosprawdzająca się przepowiednia... 

To kto w końcu upolitycznił Trybunał? PiS czy Platforma? 

- To był cały proces. Już w 2013 roku sędziowie i byli sędziowie TK na prośbę Bronisława Komorowskiego przygotowali nowelizację ustawy o Trybunale. Uważam, że w pierwotnym zamyśle chodziło im o przeciwieństwo tego, co PiS im obecnie zarzuca. Kiedy pisali swoją nowelę, nikt się nie spodziewał, że wybory - zarówno prezydenckie jak i parlamentarne - PO przegra. Sędziom chodziło raczej o zachowanie jak największej niezależności, bo przecież i oni sądzili, że to do PO będą należeć kolejne nominacje. Projekt złożono w Sejmie w 2013 roku, odbyło się nawet I czytanie, a potem pogrzebano go w komisji. Prace nad nim odżyły gwałtownie dopiero 9 kwietnia 2015. I wtedy go zmieniono w stosunku do pierwotnych, "sędziowskich" zapisów. Zrobili to posłowie Platformy. 

A jak udało się Platformie wprowadzić kolejnych pięciu sędziów?

- Właśnie dzięki tym zmianom. Projekt, w kształcie, w jakim go wniósł Komorowski, zawierał, z punktu widzenia niezależności, jeden bardzo ważny zapis. Sędziów, jak dotychczas, miała wybierać sejmowa większość, ale prawo do nominacji, oprócz posłów, miały otrzymać także gremia prawnicze - rady wydziałów prawa, Krajowa Rada Sądownictwa, zgromadzenia ogólne sędziów SN i NSA. To było ewidentnie nakierowane na zachowanie niezależności, w sytuacji, w której jedna opcja polityczna dominuje w Sejmie trzecią z rzędu kadencję. Był też zapis, że poseł lub senator może zostać sędzią TK, o ile jego mandat wygasł co najmniej 4 lata przed wyborem na sędziego. Czyli próba wprowadzenia pewnej "karencji" od polityki dla partyjnych "delegatów", gdyby się tacy zdarzyli.

- Kiedy jednak posłowie rozpoczęli prace nad projektem, sytuacja była już całkiem inna. Wiadomo było, że PO straci władzę, zatem jej posłowie postanowili wykorzystać ten projekt do czegoś dokładnie odwrotnego od zamysłów autorów. 

Wykonali "skok na Trybunał"? 

 - Tak, wykreślili zapis o nominacji przez elitę prawniczą, ale popełnili redakcyjny błąd. Przywrócili dawny przepis, ale w bałaganie legislacyjnym stało się tak, że zamiast "lub" w tekście ustawy znalazło się słowo "oraz". 

Czyli powstała koniunkcja? 

- Tak, teraz można twierdzić, że do nominacji sędziów trzeba było Prezydium Sejmu i grupy 50 posłów. Przynajmniej na gruncie wykładni językowej, choć akurat przy takiej składni zdania, jak w tym przepisie, jest to wątpliwe. Ale daje PiS argument, żeby twierdzić, że nominacje Platformy były niezgodne z prawem, a co za tym idzie, że wybór też był wadliwy.

- Abstrahując od tego czysto językowego argumentu, problem z sędziami wybranymi przez PO polegał przede wszystkim na tym, że wybrano ich już po wyborach parlamentarnych, gdy kadencja "starego" Sejmu formalnie jeszcze trwała, ale widać było, że wola narodu-suwerena co do składu większości sejmowej jest diametralnie różna. Dodatkowo zaś dwóch - tzw. "grudniowych" - wybrano awansem, na miejsce sędziów, których kadencja miała się skończyć dopiero w grudniu, czyli na pewno w momencie, gdy Sejm z większością PO nie będzie już istniał. 

6 listopada wygasały kadencje trzech pierwszych sędziów. 

- Platforma mogła zakładać, że pierwsze posiedzenie Sejmu nie odbędzie się 6 listopada, i że kadencja trzech pierwszych sędziów wygaśnie jeszcze w ostatnich dniach siódmej kadencji Sejmu. Takie samo założenie, dotyczące dwóch kolejnych, było całkowicie bezpodstawne. Dlatego Trybunał potem mógł orzec o niekonstytucyjności przepisu, który wrzucili do ustawy posłowie PO, mówiącego o tym, że Sejm może także wybrać sędziów, których kadencje wygasały w grudniu. 

To uprawnia nas do mówienia o skoku, bo mogli trzech, ale chcieli pięciu? 

- Tu się rozchodzi punkt widzenia prawnika z punktem widzenia politologa. Co do aspektów prawnych wypowiedział się TK stwierdzając, że trzech "listopadowych" wybrano prawidłowo, a dwóch "grudniowych" - już nie. Moim zdaniem, problemem było już wybranie tych trzech pierwszych, gdyż złamano tę niepisaną zasadę pluralizmu, o której mówiliśmy wcześniej. Jeśliby do wcześniejszych nominatów dodać kolejnych trzech, w TK zasiadałoby teraz łącznie aż 12 sędziów nominowanych przez PO, dopiero w 2017 roku ich liczba spadałaby do 10 - i taka pozostawała aż do czerwca 2019.

- Samym wyborem tej trójki Platforma gwarantowała sobie bezwzględną większość w TK praktycznie do końca kadencji obecnego Sejmu. A bezwzględna większość pozwala wybrać kandydata na prezesa Trybunału. I teraz, jak powiedziałem, prawnie wszystko jest OK.  Prawnik wzruszy ramionami i powie "no to co z tego, że akurat Platforma rządziła dwie kadencje pod rząd i wybrała sobie więcej sędziów? Zdarza się". A politolog powie... że w ciągu ostatnich 25 lat jeszcze się to nigdy nie zdarzyło, i że jednak pewna reguła - w mojej ocenie ważna dla funkcjonowania systemu politycznego właśnie jako gwarantująca niezależność sądu konstytucyjnego - została naruszona. 

Zatem obawy PiS były nieuzasadnione? 

- Obawy PiS były zupełnie inne, bo ta partia nie uważała TK za niezależny i w związku z tym nie zamierzała bronić pluralizmu. Prawo i Sprawiedliwość patrzy na TK jako na instytucję generalnie upartyjnioną i wrogą, którą trzeba zniszczyć albo zawłaszczyć. Gdyby PiS rozumiało rolę pluralizmu składu TK i godziło się na niezależność tego organu, to mogło zaproponować kompromis. Bo dla obrony pluralizmu w TK nie jest istotne, by PiS miał pięciu sędziów, ale żeby Platforma nie miała ich aż 10. Wystarczyłoby więc doprowadzić do tego, by nominaci PO ustąpili, zrzekli się mandatów, proponując w zamian siłom politycznym i Trybunałowi kompromis - wybieramy pięciu sędziów od nowa, w tym dwóch niech będzie z PiS-u, dwóch z opozycji, a jeden taki, na którego się zgodzimy wszyscy. 

Ale PiS raczej nie myślało o kompromisie? 

- Nie, potraktowało TK jako łup polityczny. Henryk Cioch był do niedawna senatorem, a Piotr Pszczółkowski jest posłem PiS. Mariusz Muszyński wypowiadał się bardzo jednoznacznie na tematy polityczne w mediach społecznościowych, do tego agresywnie. Tacy kandydaci to demonstracja.

A może miał to być czytelny sygnał? 

- Był. Sygnał ten brzmiał "TK to ciało polityczne, zatem trzeba tu obsadzić swoich". To wywołało kontrofensywę samego Trybunału, który chciał bronić swojej niezależności i robiąc to sam wszedł w rolę polityczną - ofensywa medialna, kuriozalny "zakaz" dokonywania przez Sejm wyboru kolejnych sędziów. I w ten sposób TK, oskarżany o upolitycznienie, rzeczywiście zaczął działać w logice politycznej. 

Z tego wynika, że żadnej ze stron nie można zarzucić ascetycznej postawy. Wszyscy są odpowiedzialni za zniszczenie Trybunału w jego dotychczasowym kształcie?

- Wszyscy się do tego przyłożyli - najpierw PO, planując swój skok na pięć stanowisk, PiS - traktując TK jak instytucję upartyjnioną, a Trybunał - w nieudolnej próbie obrony, wchodząc w rolę podmiotu politycznego. Wszystko to doprowadziło do upadku autorytetu Trybunału, co prowadzi do sytuacji, w której będzie bardzo łatwo ignorować jego orzeczenia. 

A może taki właśnie był cel PiS-u? 

- Nie wiem. Albo PiS nie panowało nad tym procesem, albo taki miało cel. O braku panowania świadczą dwa fakty. Pierwszym ruchem było zaskarżenie tej pierwszej nowelizacji autorstwa PO do TK. Potem ten wniosek wycofano, kiedy zapadła decyzja o przejęciu tych pięciu miejsc. Nikt nie zwraca uwagi na to, że gdyby prezydent zwołał pierwsze posiedzenie Sejmu na 3 listopada, całego tego zamieszania by nie było. Okazałoby się wtedy - najprawdopodobniej - że cała piątka wybrana przez PO wybrana została wadliwie, bo kadencje ich poprzedników kończyły się 6 listopada, czyli - w tym hipotetycznym scenariuszu - już w kadencji nowego Sejmu. A w każdym razie byłaby dobra podstawa, żeby tak twierdzić. PiS mogło rozegrać tę kwestię zupełnie inaczej, bez wojny politycznej albo stopniując ten konflikt. Ale nawet nie próbowało. 

Jaki jest efekt końcowy? 

- Efekt jest jeden: dotychczasowa rola Trybunału się skończyła. Czy ona była dobra czy nie - to jest temat na inną dyskusję. A jaka będzie nowa - na razie nie wiemy, bo rewolucjoniści chyba jeszcze nie zdążyli się nad tym zastanowić. Co zresztą jest typowe dla rewolucji.   

Rozmawiała: Katarzyna Olejarczyk

Dowiedz się więcej na temat: Trybunał Konstytucyjny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje