​Spór wokół TK to tylko spektakl polityczny? Ekspert: Tak naprawdę chodzi o coś innego

Spór wokół Trybunału Konstytucyjnego zbliża się ku końcowi? A może nie ma na to najmniejszej szansy i jak przekonuje prezes Kaczyński, nadzieję należy wiązać jedynie z końcem kadencji aktualnego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego? Konflikt ten przerósł najśmielsze oczekiwania, zaangażował polityków z Brukseli, wzmocnił opozycję i spowodował niejedną sejmową awanturę. Jak jednak przekonuje ekspert pytany przez Interię, istotą sporu o TK nie jest wcale Trybunał.

Czyj to jest w końcu konflikt?

Trybunał Konstytucyjny jest przedmiotem sporu tak długo, że nie sposób przypomnieć sobie o poszczególnych etapach politycznej kłótni. Początkowo linia sporu przebiegała w ramach naszego kraju. Opozycja kłóciła się z partią sprawującą władzę - czyli nic nowego. Następnie do konfliktu włączyli się zachodni politycy, będący przedstawicielami instytucji unijnych.

Reklama

Kto za to odpowiada? Nie ma co do tego zgodności. Opozycja twierdzi, że winny jest rząd, bo to szef MSZ Witold Waszczykowski zaprosił do Polski Komisję Wenecką. Z kolei partia rządząca obwinia opozycję, która "donosi" do Brukseli.

Zarzucaniu sobie nawzajem winy nie ma końca, a konflikt wciąż trwa. Choć trzeba przyznać, że ma mniej i bardziej intensywne oblicza. Kiedy wszystko wskazuje na to, że strony w końcu doszły do jakiegoś porozumienia i są bliskie kompromisu, nagle dzieje się coś, co burzy mozolnie wypracowany względny pokój. Dla fabuły filmu byłoby to całkiem dobre, ale dla funkcjonującego sprawnie państwa już nieco gorsze.

"Konstruktywne rozmowy"

Takim niespodziewanym zwrotem akcji były zeszłotygodniowe wydarzenia i równie nagła zmiana narracji w tygodniu bieżącym.

Mimo rozmów, jakie toczyły się między Komisją Europejską a polskim rządem, tydzień temu z Brukseli popłynął przekaz, jakiego się nie spodziewano - Polska ma cztery dni na dogadanie się w sprawie TK.

Komunikat Komisji Europejskiej stał się początkiem kolejnej burzy wokół TK. "Chcecie, żeby decyzje, dotyczące naszego kraju zapadały tutaj, w Polsce, czy w Brukseli?" - grzmiała z mównicy sejmowej premier Beata Szydło. "Timmermans oszukał Polskę" - przekonywał szef MSZ, oceniając, że konsultacje rządu z Brukselą przebiegały pomyślnie i nic nie wskazywało na tak gwałtowny ruch z jej strony.

Jak się jednak okazało, Komisja zrezygnowała z wydania opinii po czterodniowym terminie, a zamiast tego wiceszef KE Frans Timmermans pojawił się w Polsce, aby w dalszym ciągu prowadzić "konstruktywne rozmowy". 

Przekonywano również, że Komisja Europejska nie postawiła Polsce żadnego ultimatum.

- Mamy do czynienia z instytucjami, które nie mają bezpośredniej demokratycznej legitymacji. Gdyby taką miały, to miałyby możliwość faktycznego stawiania ultimatum, a tak, przypomina to jedynie międzypartyjne gry - wskazuje prof. UW dr hab. Rafał Chwedoruk z Instytutu Nauk Politycznych.

- Trzeba uwzględnić, że większość w instytucjach UE stanowią politycy, którym jest daleko do PiS. Konflikt ten powinniśmy więc traktować w kontekście politycznych rozgrywek, a nie ultimatum opierającego się na przesłankach prawnych. Nawet jeśli słowa KE brzmiały jak ultimatum, to miało ono wymiar jedynie polityczny. Może ono być i wcielone w życie, jak i odnotowane tylko jako nieznaczący straszak - dodaje ekspert.

Skąd nagłe złagodzenie tonu?

Zapytaliśmy eksperta, jak wyjaśnić tak gwałtowną zmianę w relacjach Warszawa-Bruksela, które od gorzkich słów przeszły do "konstruktywnego dialogu".

- Żadna ze stron nie ma interesu w przedłużaniu i eskalacji tego konfliktu, chociaż każdą ze stron motywują inne powody. Dla rządu kontynuacja debaty na temat TK jest o tyle pozbawiona sensu, że przykrywa realizację przedwyborczych obietnic. PiS chciałoby zdominowania debaty dyskusją o realizacji projektu 500 plus, a nie debatą o temacie, który dla opinii publicznej jest dość abstrakcyjny i zapewne nie rozstrzygnie o losach wyborów. Oprócz tego, temat TK pozwala liberalnej opozycji łączyć siły, co też nie jest dla Prawa i Sprawiedliwości korzystne - wskazuje politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

- Z drugiej strony mamy do czynienia z kryzysem instytucji unijnych. Wskazują na to liczne problemy (kryzys migracyjny, ewentualny Brexit), a także wzmocnienie w wielu krajach UE pozycji ugrupowań, które podważają dotychczasową politykę europejską. Powoduje to, że politycy europejscy mają większe kłopoty niż kwestia relacji z polskim rządem. Warto także zauważyć, że instytucje europejskie już kilka razy zdołały przegrać z cieszącym się sporą popularnością rządem któregoś z krajów UE. Powtórka takiego sporu jest więc dla KE bardzo niekorzystna - kontynuuje.

- Do opinii publicznej dociera jedynie fragment dyskusji na forum międzynarodowym. To, co dostajemy jest tylko obustronnym spektaklem. Nie ulega wątpliwości, że niedawno obserwowaliśmy jeden z najciekawszych aktów tego spektaklu, kiedy obie strony bardzo gwałtownie zmieniły swoją retorykę - dodaje.

Spór o TK to tylko element szerszej całości?

W co w takim razie "grają" strony konfliktu? Czy kontynuacja "konstruktywnych rozmów" nie mogłaby obyć się bez burzliwych zwrotów akcji?

- Wychodzenie i trzaskanie drzwiami, czy rozpaczliwe komunikaty do mediów, to elementy politycznych negocjacji. Widzimy to także w polityce krajowej - tłumaczy ekspert.

Wskazuje także, że zajmowanie się rozwiązaniem sporu nie jest przedmiotem zainteresowania KE.

- Każda ze stron konfliktu oczekuje kapitulacji drugiej. Jednak na linii Bruksela-Warszawa nie jest to tak jednoznaczne. Upokorzenie polskich władz doprowadziłoby do rewanżu, dlatego przewiduję tutaj raczej subtelną grę ze strony KE i danie możliwości każdej ze stron na zachowanie twarzy. Oprócz tego, Bruksela nie może przejąć głównej roli, ponieważ to marginalizowałoby rolę polskiej opozycji. A europejskim politykom bliżej jest do opozycji niż do PiS, więc na to też się nie zdobędą - mówi prof. dr hab. Rafał Chwedoruk.

Jak zaznacza, spór wokół Trybunału Konstytucyjnego nie jest również najistotniejszą sprawą, a gra toczy się tak naprawdę o inną stawkę.

- Relacje na linii Warszawa-Bruksela są determinowane przez cały kompleks czynników - przede wszystkim kwestie gospodarcze, czy rolę suwerennego państwa we wspólnocie. To zawsze będzie dużo ważniejsze niż abstrakcyjny, nieczytelny i niejednoznaczny w swojej genezie (przebiegający we współwinie koalicji PO-PSL i PiS) spór o TK. To nie zaważy na relacjach, to jest jedynie symbol i nadbudowa. Jeśli w strategicznych sprawach relacje polskiego rządu z głównym nurtem UE się ułożą, to temat TK tak jak się nagle zaczął, tak nagle się skończy - mówi.

- Sprawa TK jest fragmentem szerszej całości. Problem tkwi tak naprawdę w tym, że PiS nie podziela z czołowymi politykami unijnymi zdania na temat zakresu suwerenności państwa narodowego w UE. Nie jest w tym temacie po tej samej stronie, co niemiecka chadecja czy niemiecka socjaldemokracja, czy niektóre inne czołowe partie w Europie. I chociaż to w tym tkwi problem, my musimy obserwować efektowny polityczny spektakl, z którego tak naprawdę nic nie wynika. Czy nasze stosunki z UE się polepszą, czy pogorszą, to nie konflikt wokół TK o tym zdecyduje - podsumowuje.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje