Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

C.d. gorącej debaty. Korejba do Wojnara o tym, dlaczego dwie Polski nie mogą się zrozumieć

Dyskusja o granicach i treści polskości jest w świetle obecnych globalnych przemian niezwykle potrzebna i korzystna. Aby jednak przyniosła owoce musi mieć swój początek w pogodzeniu się z faktami, nie zaś w ich odrzuceniu.


Reklama


Pan Marek Wojnar rozpoczął ze mną polemikę w tonie chuligańskiej połajanki, nie stroniąc od osobistych wycieczek, imputowania nielojalności wobec ojczyzny, wmawiania nieuczciwości intelektualnej i hołdowania totalitaryzmom. W rezultacie tych prowokacji, jako typowy kresowy warchoł i drobnoszlachecki pieniacz poczułem się w obowiązku odpowiedzieć podobną monetą. Tym bardziej cieszy, iż, pomimo oczywistych i trudnych do pogodzenia różnic nasza dyskusja stała się poważnym sporem o istotne sprawy - sens i kształt współczesnej polskości i jej ważnego wymiaru zewnętrznego - polityki wschodniej wobec państw byłego ZSRR.

Pomimo obecnej w naszych tekstach dialektycznej pasji, wydaje się, iż element konfliktu wynika w większym stopniu z publicystycznej formy przekazu niż fundamentalnej niezgody co do treści. Jednym słowem, odnoszę wrażenie, iż p. Wojnarowi i mi chodzi o to samo: aby w przeciwieństwie do nas samych, nasze dzieci miały szansę urodzić się i wyrosnąć w kraju wolnym od zewnętrznej okupacji i cudzych, siłą narzuconych wzorców cywilizacyjnych obcych polskiej kulturze i gwałcących narodowego ducha. Oś sporu dotyczy tym samym nie samego celu, ale metod i środków jego osiągnięcia. Marek Wojnar postuluje, aby przyszłość Polski budować na czysto teoretycznym konstrukcie, istniejącym jedynie w pozostawionych przez I i II Rzeczpospolitą tekstach i przedmiotach oraz uformowanym w umysłach podobnych mu egzaltowanych inteligentów. Wojnar chciałby skasować Stalina i jego dziedzictwo, tak jak litewski Sejm wymazał go z historii jedną ustawą i budować Polskę tak, jakby nigdy nie było tu komunizmu, a Polacy wzięli się wprost z kart książek Sienkiewicza. Ja natomiast, uważam tę propozycję za całkowicie chybioną i wzywam do realistycznej inwentaryzacji narodowego kapitału, który dostał się nam w spadku po pełnym sprzeczności XX wieku. Nasza dyskusja dotyczy więc nie tyle wokół celu, którym jest trwanie i umacnianie państwowości, jako niezbędnych ram organizujących i agregujących indywidualny wysiłek świadomych wartości wspólnoty obywateli, ale raczej sposobów, w jaki należy go osiągnąć i wielkości zbioru elementów składających się na  Polskę XXI wieku.

Porównanie wojennej Polski do Francji ma głęboki sens, pokazuje bowiem, iż niezależnie od motywacji, wojnę i niepodległość wygrywa ten, kto jest lepszym politykiem (a więc umie organizować i używać siły), a nie ten, który ma za sobą moralne racje. A stawianie nas w jednej kategorii badawczej (swoistej lidze historycznych nieudaczników) z Czechosłowacją pozwala oczywiście leczyć się z kompleksów, nie ma jednak żadnej wartości z punktu widzenia oceny efektywności rządów i możliwości wyciągnięcia wniosków na przyszłość. "Olbrzymia dysproporcja sił i środków" między polskim rządem londyńskim i stalinowską Rosją nie wynikała z historycznej determinacji, czy fatalnego zbiegu okoliczności, ale z prowadzonej polityki: odpowiednio głupiej i nieudolnej oraz przebiegłej i skutecznej. Podstawową kategorią oceny w polityce jest bowiem skuteczność, a więc w danym przypadku to, ile własnych interesów i zamierzeń w stosunku do Polski udało się komu wcielić w życie. Układ Ribbentrop - Mołotow w istocie był zwyczajną umową międzynarodową - pechowo dla nas podzielił on kraje naszego regionu na zwycięzców i przegranych. I znów, nie na zasadzie poddania się jakimś obiektywnym i nieuniknionym prawom historii, ale jako skutek błędnych decyzji Mościckiego, Rydza i Becka - politycznych sierot po Marszałku. "Żadne polityczne dokonanie Stalina nie może poprawić jego oceny w Polsce" jeżeli będziemy stosować kryteria moralne. Z punktu widzenia skuteczności politycznej natomiast, zrobił on dla Polski więcej niż większość naszych sojuszników przez ostatnie dwa stulecia. Nie dlatego, żeby kochał Polaków, ale tak wyszło mu z geopolitycznej wyliczanki obliczonej na kilka dziesięcioleci do przodu.

Z treści polemiki jasno wynika, iż traktujemy Stalina w kompletnie różnych, równoległych wymiarach. Podczas, gdy ja analizuję jego postać, jako podmiot polityki międzynarodowej, Wojnar traktuje go w kategoriach metafizycznych, jako ucieleśnienie zła i znak działalności szatana na ziemi. Dla Wojnara, polskość naznaczona stalinizmem i Polska stworzona przez siły zła są nie do przyjęcia i muszą zostać całkowicie odrzucone. Z faktu, iż obaj potępimy teorię i praktykę komunizmu nie wynika nic poza oczywistym stwierdzeniem, iż Polska i Polacy organizacyjnie i duchowo rozwijali się jako nowoczesny naród w ramach kompletnie nie pasujących do narodowej tradycji i kultury. Wiedział zresztą o tym także i Stalin, stwierdzając, iż "komunizm pasuje do Polski, jak siodło do krowy".

Odrzucając Stalina i nie przyjmując do wiadomości jego kluczowej roli w kształtowaniu współczesnej Polski, odrzucamy także samą Polskę, którą stworzył on, jako główna siła sprawcza procesów państwowotwórczych w Europie Środkowej w połowie XX wieku. Przyjmując postawę negacji realnie istniejącej Polski i zaludniających ją ludzi, owo "pełne odcięcie się od sowieckiej spuścizny i nawiązanie do dawniejszych form państwowości" skazani jesteśmy na poszukiwanie alternatywnej tożsamości, nieuchronnie jej nie znajdując i coraz bardziej popadając w matnię historii alternatywnej. Odrzucając dziedzictwo Stalina, zbyt wiele elementów przestaje pasować i jedynym wyjściem jest próba projekcji na rzeczywistość czasów obecnych realiów społecznych, państwowych i międzynarodowych, które już dawno nie istnieją. Krótko mówiąc, nie da się zbudować teraźniejszości i myśleć o przyszłości, jeśli za podstawę narodowej i międzynarodowej identyfikacji uznać fikcję, czyli po prostu kłamstwo o własnym narodzie i państwie.

Nie ma wątpliwości, iż Polska, którą obaj chcielibyśmy mieć byłaby lepsza, piękniejsza, bogatsza i bardziej szlachetna, niż rzeczywistość, którą widzimy za oknem. Problem polega na tym, iż ona nie istnieje, a uporczywe próby zastępowania faktów mitami prowadzą do kolejnych przegranych. Energię skierować musimy więc na budowę na tym fundamencie, który mamy do dyspozycji, a nie próbować postawić gmach państwowy obok - na piasku własnych marzeń, wizji i postulatów.

Problem polskiej tożsamości, w wydaniu, jakie proponuje Wojnar polega na fakcie, iż nasze marzenia o ojczyźnie skierowane są w przeszłość, ku chwalebnej historii, a nie w przyszłość. Dziesięciolecia zaborów, okupacji i obcej dominacji nauczyły nas szukać ojczyzny nie w szarej rzeczywistości gomułkowskich blokowisk i sercach ich mieszkańców, ale w metafizycznym obcowaniu z wirtualnymi bytami z odległych epok. W sytuacji odrzucenia polskiego tu i teraz jako fundamentu narodowego projektu, energia, zamiast w budowanie przyszłości na istniejącej bazie inwestowana jest w próbę przebudowy samej bazy, a gdy okazuje się to niemożliwe, na budowanie obok niej, ze świadomym wyłączeniem z projektu ogromnej części żyjących dziś między Odrą i Bugiem ludzi. Kontestując teraźniejszość, Wojnar stara się wybrać z przeszłości najbardziej wartościowe elementy i sklecić z nich nowego Polaka, który zbuduje Polskę naszych marzeń. Ponieważ fakty wokół nas nie odpowiadają owej wizji, Wojnar próbuje narzucić zmianę znaczenia tych faktów - wydłubanie ich treści i napełnienie nową, bardziej świetlaną. Uszlachetnianie Polaków jest zajęciem chwalebnym, problem polega na tym, iż dla pozycji międzynarodowej państwa nie ma ono żadnego znaczenia, a z czasem, jeśli uczynić z niego fundament polityki, może stać się szkodliwe  - naraża działające w ten sposób państwo na śmieszność i czyni z niego destruktywny element systemu, który prędzej czy później zostanie wyeliminowany przez partnerów. A działać należy biorąc za punkt wyjścia rzeczywiście istniejące państwo i naród, a nie odrzucając je i protezując w ich miejsce swoje wyobrażenia. Wojnar powinien znać te kluczowe dla współczesnej polskiej tożsamości słowa: "Nie widzący w ojczyźnie żadnych zalet, (...), zatruci głupią wobec niej pogardą czy lekceważeniem, tracą przez to i zdolność, i prawo do wskazywania jej niedostatków, do ich usuwania. Bo niszczą wszystko". Moralizatorstwo w wymiarze polityki międzynarodowej jest nie tylko śmieszne, ale i groźne: podczas, gdy inne narody budują swoją siłę i wpływy, my męczymy historię jak plastelinę, próbując zalepić nią dziury własnych błędów, niedociągnięć i słabości. Staramy się ulepić państwo i naród, które już nie wrócą, a wciskanie współczesnych Polaków w kontusze i maciejówki przeszkadza zjednoczyć się wokół ważnych spraw współczesności.

Historii nie da się zmienić, można natomiast kształtować przyszłość. Do tego jednak musimy kochać tę Polskę, którą mamy. Wielkim zadaniem Polaków jest dziś dojść do porządku najpierw ze sobą, a dopiero potem z sąsiadami. Prawidłowość jest jednak taka, iż ci, którzy najbardziej kochają I lub II RP, często z obrzydzeniem myślą o Polsce współczesnej. Dysonans i wynikające z niego odrzucenie wynikają z faktu, iż nasze umysły kształtowali Mickiewicz z Żeromskim, ale nasze domy, ulice, (a także struktury państwa i nawyki jego służby dyplomatycznej) budowali Gomułka z Jaruzelskim. Jest to problem narodu, którego kultura i wypływająca z niej tożsamość kształtowały się obok życia politycznego, równolegle do państwa, a często w warunkach biernej lub czynnej walki z nim. Dlatego, kiedy nasi rodzice położyli kres aberracji komunizmu, wydawało się, iż instytucje państwowe, świadomość narodowa i sam naród odpowiadać będzie normom wyznaczonym przez wieszczów. Po wyzwoleniu z cudzej nadbudowy, niektórym wydawało się, iż bazę (w tym nawet granice państwowe) uda się przyciąć pod narodowe sentymenty.

Warto jednak stanąć w  prawdzie przed własną historią, i uczciwie przyznać, iż innej Polski mieć nie będziemy, a Polska w granicach stalinowskich nie jest najgorsza, zwłaszcza, że mogłoby jej wcale nie być. Niebagatelny dla uchronienia substancji narodowej w XX wieku jest także impuls, który dał Polakom Stalin. Polacy mają to do siebie, iż jednoczą się tylko w obliczu zewnętrznego zagrożenia. A komunizm w wydaniu stalinowskim był zagrożeniem nie tylko biologicznego bytu narodu, ale także jego duchowej tożsamości. I, jak widać po naszych sąsiadach, wiele narodów doświadczenie to pozostawiło w stanie kompletnego rozbicia. Świadomość istnienia zagrożenia zewnętrznego powstrzymuje Polaków od pogrążenia się w bratobójczym chaosie, prywacie i połajankach. To nie przypadek, iż protagoniści obu stron współczesnej polskiej sceny politycznej mogli kiedyś mówić jednym głosem i nosić legitymacje jednej organizacji. I wszystko wskazuje na to, iż przebudzą się z obłędu dopiero wtedy, gdy oddana na żywioł Polska znów utraci niepodległość.

Stalin, w swej działalności wobec Polski nie kierował się racjami moralnymi, ale interesem narodowym własnego państwa. Oceniać możemy go więc tylko z punktu widzenia zgodności lub sprzeczności z naszym interesem (tak, jak robił to Churchill sprzymierzając się z nim przeciw Hitlerowi). Dlatego, może należy podziękować mu za to, iż pokazał Polakom, gdzie jest ich miejsce na mapie i w jakich geopolitycznych ramach mają realizować swoje aspiracje. W porównaniu z żałosnym bilansem wszystkich polskich wojen, powstań i koncepcji, uformowanie i zakonserwowanie na 50 lat stabilnych granic jest osiągnięciem godnym docenienia. Fakty są takie, iż gdyby Stalin nie narzucił Europie Środkowej granic i nie dokonał radykalnego rozwiązania kwestii narodowościowych, po wyjściu z komunistycznej zamrażarki, nasz region na wiele la stałby się rzeźnią narodów. I w tym sensie, należy podziękować Stalinowi, iż zrobił to, wobec czego pokolenia polskich działaczy i polityków stały bezradne. Utrzymanie się niepodległej Polski, w świetle ostatnich trzech stuleci uważam za ogromny historyczny sukces, dlatego, zamiast szukać winnych historycznych upadków, warto postarać się o to, aby nie przegrać współczesności. Ale, tak, jak ucieczka od realnej polityki (czyli zdobywania władzy wewnątrz państwa i rozszerzania jego wpływów na zewnątrz) w sferę osobistych kłótni jest cechą polskiej klasy politycznej, tak ucieczka od analizy realnych problemów w sferę abstrakcyjnych dywagacji jest cechą polskich uczonych, analityków i ekspertów.

Pytanie o wewnętrzną zawartość, swoiste nadzienie polskości, w sposób naturalny karze zwrócić się w stronę jej emanacji na środowisko zewnętrzne czyli odpowiadającą interesom narodowym politykę zagraniczną niepodległego państwa i optymalny układ stosunków z sąsiadami. Wojnar uważa, iż próba budowania konstruktywnych relacji z wszystkimi krajami regionu jest utopią, a więc implicite zakłada, iż konfrontacja z Rosją jest immanentnym elementem współistnienia organizmów państwowych w naszym regionie Europy. Rosyjska dominacja nie jest jedynym modelem, na którym oprzeć można porządek międzynarodowy w regionie, stanie się nim jednak po raz kolejny, jeżeli zamiast na interesach oprzemy swoją politykę na przywracania jakiegoś bliżej nieokreślonego ładu moralnego i dziejowej sprawiedliwości, próbując włączać w to wschodnich sąsiadów. "Obecność Polski w Europie Wschodniej" to zamknięty rozdział naszej historii. Nie wdając się w dywagacje ile komu przyniosła dobrego ile złego (nienawiść Litwinów czy Ukraińców, niechęć Białorusinów, pogarda Rosjan nie wzięły się znikąd) należy stwierdzić, iż dziś nie odpowiada ona po prostu narodowym celom, której polegają na koncentracji środków na wieloaspektowej modernizacji państwa i zatrzymaniu w nim coraz szybciej wymierającej i uciekającej zeń ludności.

Polityka wschodnia współczesnej Polski powinna opierać się na dobieraniu partnerów zgodnie z możliwościami realizacji narodowego interesu, a nie motywowanych ideologicznie "wielkich projektów". Parafrazując Wielkiego Szu, należy powiedzieć, iż w polityce zagranicznej nie ma żadnej tajemnicy, są tylko lepsze i gorsze numery. Jeżeli Ukraina i Białoruś nie "kupują" rosyjskich projektów opartych na ideologii panslawistycznej czy neo-sowieckiej, to tym mniej prawdopodobne jest, iż zechcą uczestniczyć w jakimś projekcie opartym o koncepcje polskie. Obecność polska i rosyjska nie są dziś dla siebie w Europie Wschodniej żadną alternatywą. Są przeżytkiem dawnych imperiów, z których jedno rozpadło się dwieście lat temu i po odzyskaniu niepodległości niezdarnie próbowało odtworzyć własną strefę wpływów, a drugie, po dwu dekadach od rozpadu zaczyna na nowo konstruować sens swojej obecności w regionie. O tym, iż Rosja już nigdy nie będzie imperium przekonywująco i w wielkim stylu pisze w swej ostatniej książce Dmitrij Trenin.

Nie wiem, ile procent rosyjskiej elity pochodzi z KGB i GRU, nie prowadzę wśród znajomych takiej statystyki. Wiem natomiast, skąd pochodzi elita polska i jak wiele brakuje jej dziś do godnego przewodzenia wolnej ojczyźnie. I z bólem serca, porównując obie elity, często zazdroszczę Rosjanom ich patriotyzmu, przywiązania do ojczyzny i jej historii oraz bezkrytycznego przekonania o jej wielkości.

Jakub Korejba

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje