Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Czy na Białorusi możliwa jest zbrojna rewolucja?

Z Alaksandrem Milinkiewiczem, ikoną białoruskiej opozycji, liderem Ruchu Społecznego "O Wolność" i najważniejszym kontrkandydatem Łukaszenki w wyborach prezydenckich w 2006 roku, rozmawiamy o potencjalnym rozwoju sytuacji u naszych sąsiadów.

Nawet jeśli jakimś cudem opozycja, która jest rozbita i w kryzysie, zdobyłaby władzę na Białorusi, to natychmiast pojawiłyby się przed nią zadania jeszcze trudniejsze - twierdzi Alaksandr Milinkiewicz.

Reklama

Ziemowit Szczerek: Krąży opinia, że białoruscy opozycjoniści uciekają z kraju nie tylko w obawie przed represjami, ale też dlatego, że czują się nieakceptowani we własnym społeczeństwie. Że społeczeństwo ich odrzuca. Że naruszają małą, białoruską stabilizację - wątpliwej jakości, ale jednak istniejącą.

Aleksander Milinikiewicz: - Z tym jest różnie. Ja kandydowałem w ostatnich wyborach, mimo że to nie były prawdziwe wybory. I mówiłem to głośno. Ale chciałem rozmawiać z ludźmi, chciałem ich słuchać i brałem udział w spotkaniach czy pikietach. I to było dobrze odbierane. Miałem z ludźmi wspólny język. Nie mówię, że ze wszystkimi, ale nie obrażano mnie.

- W społeczeństwie naprawdę jest wielka chęć zmian. Badania pokazują, że 80 procent Białorusinów chce reform ekonomicznych i - co ważne - ponad 50 procent chce reform politycznych, czego wcześniej nie było. Poparcie dla Łukaszenki spada, bo jego model państwa nie sprawdza się podczas kryzysu finansowego. Ludzie coraz więcej rozumieją. Problem polega na tym, że my nie zbieramy tych wszystkich głosów, które traci Łukaszenka. Słowem - wielka część społeczeństwa nie jest ani za Łukaszenką, ani za opozycją. I to jest dla nas problem, który musimy rozwiązać.

Kim są ci ludzie?

- Na pewno nie można ich negatywnie osądzać. Białorusini żyli w demokracji tylko 3 lata, od 1991 do 1994 roku. Wcześniej był ZSRR, później - Łukaszenka. Trudno rozmawiać na Białorusi o kulturze politycznej, ideach politycznych czy modelach ekonomicznych.

Ale coś im trzeba dać. Czymś przyciągnąć.

- Oczywiście. To bardzo ważne. Gdy ludziom się mówi, że dyktatura jest zła, że naruszane są prawa człowieka, że gospodarka jest zacofana i nie modernizuje się, to oni nam odpowiadają tak: my też uważamy, że dyktatura jest zła, ale dlaczego przy was będzie lepiej? Łukaszenka zabezpieczył ludziom minimum socjalne i nie można tego lekceważyć. Pensje są pewne, pewne są emerytury, leczenie w szpitalu jest nie najlepsze, ale jest. Ludzie boją się reform, bo skąd mają wiedzieć, czy po reformach nie będzie im gorzej?

I jak chcecie ich przekonać do siebie?

- Potrzebny jest prosty i przejrzysty program. Nie dla ekspertów, a dla prostych ludzi. Absolutnie realny. Coś, co można zrobić i co było zrobione w sąsiednich krajach. Nie jest to łatwe. Gdy przywołuję przykład Polski, to wtedy mówią, że w Polsce i za czasów radzieckich było lepiej. Ale gdy mówię o Estonii, w której pensja jest pięć razy wyższa niż na Białorusi, to już im brak argumentu, bo to również posowiecka republika. Tak więc musimy podawać przykłady innych.

- Przygotowujemy taki program, nazywamy to programem ludowym. Robią go młodzi eksperci. Później jadą w kraj, do małych miasteczek. Spotykają się z ludźmi, omawiają program reform, na przykład z nauczycielami, z lekarzami. I to jest też ważny impuls, sygnał dla nich, że się z nimi liczymy. W następnym roku chcemy z pomocą ekspertów, m.in. z Polski, a zgodził się m.in. Leszek Balcerowicz, przedyskutować nasz program, porównać z doświadczeniem nowych członków UE, sprawdzić, gdzie były pomyłki, a gdzie poszło dobrze. Musimy wykorzystać doświadczenia sąsiadów. Tym bardziej, że nasze reformy, jeśli nastąpią, to i tak będą miały miejsce o wiele za późno.

- Z ekipą do przeprowadzania reform jest, póki co, trudno, i być może również stąd wynika ten brak zaufania. Bo jaka jest ta administracja Łukaszenki, taka jest: postkomunistyczna, antyeuropejska, ale jednak jakoś to wszystko trzyma. Ale my stawiamy na młodych ludzi, którzy obecnie studiują, między innymi na Zachodzie. Chcemy, by nabierali fachowej wiedzy.

Opozycja jest w złym stanie.

- Owszem, z opozycją jest wielki problem, nie przeczę. Opozycja jest w dużym kryzysie, nie jest rozumiana przez społeczeństwo. Działacze są słabo rozpoznawalni. Mnie akurat ludzie kojarzą, i to jest widoczne. Ale to nie znaczy, że od razu zagłosują. O to trzeba walczyć.

Jakie perspektywy rysują się przed systemem gospodarczym, który stworzył Łukaszenka?

- On przypomina system sowiecki, zamknięty. W czasach ZSRR Białoruś była najbardziej nowoczesną gospodarką w ZSRR, ale od tej pory minęło już dużo czasu. Warunki do inwestycji są u nas jednymi z najgorszych w Europie. Nie ma u przyjaznego prawa, gwarancji. A to, co się u nas produkuje można sprzedać praktycznie tylko w Rosji. Najbardziej jest nam potrzebna modernizacja. Rosji zresztą też.

A nie wydaje się panu, że nawet jeśli dojdzie do transformacji, to może ona być tak bolesna, że może wepchnąć naród z powrotem w ręce Łukaszenki bądź kogoś do niego podobnego?

- To bardzo możliwe, bo nawet jeśli demokracja by wygrała - a Łukaszenka może przecież odejść z różnych powodów - to ci demokraci będą może mieli rok, półtora, by przeprowadzić sprawne reformy. Ludzie nie będą cierpliwi. To będzie bardzo trudne zadanie. Ale trzeba robić te reformy, bo przegrywamy. Przegrywamy konkurencję z sąsiadami.

A jak obecnie wygląda sytuacja w obozie władzy? Kto może ją objąć po Łukaszence?

- Nie wierzę, że Łukaszenka dobrowolnie odda władzę, bo on ją kocha najbardziej na świecie. Będzie więc starał się przekazać ją komuś z najbliższych współpracowników, może nawet komuś z rodziny. Na pewno komuś, kto zagwarantuje mu bezpieczeństwo. Mówi się o jego synu, Wiktorze. Ale ten system jest bardzo zamknięty, nie wiadomo, co tam się dzieje. Na dobrą sprawę nie ma nawet plotek. Można się tylko domyślać. Takie przekazanie władzy teoretycznie jest możliwe, ale nie wydaje mi się, by doszło do niego w najbliższym czasie.

A czy po którymś z potencjalnych następców Łukaszenki można się spodziewać proreformatorskiego nastawienia?

- Jest wielu ludzi, którzy rozumieją, że bez reform Białoruś po prostu nie wyżyje, i że będzie w kraju poważny kryzys, ale ta grupa nie ma decydującego wpływu na Łukaszenkę. Reformy oznaczają osłabienie kompetencji władzy, a Łukaszence zależy na kontroli w państwie. Ekonomicznej też.

Jak, według pana, potoczy się sytuacja na Białorusi?

- Możliwych jest kilka scenariuszy. Nieważne nawet, komu w końcu Łukaszenka władzę przekaże - czy któremuś z ministrów, czy synowi. Nie w tym rzecz. Jeśli nie będzie żadnych reform ekonomicznych czy politycznych, może dojść do scenariusza rumuńskiego: naród po prostu wyjdzie na ulice z powodu kryzysu.

- Drugi scenariusz: Łukaszenka dokonuje pewnych reform. Podoba mu się doświadczenie chińskie, kazał swoim dyplomatom je badać i śledzić. Czyli reformuje, ale zachowuje władzę.

- I trzeci wariant: Moskwa, która jest rozczarowana faktem, że Łukaszenka nie chce jej sprzedać całej gospodarki za rosyjskie kredyty i dotacje. I Rosja przeprowadza na Białorusi zmianę władzy. Do czego ma możliwości, których nie ma Unia. Póki co nie chce tego z jakiegoś powodu robić, mimo że jest bardzo niezadowolona z Łukaszenki. Być może chce się upewnić, że na jego miejscu zasiądzie jakiś odpowiadający jej kandydat.

Czy Białoruś ma jakieś inne wyjście geopolityczne niż być blisko Rosji?

- Myślę, że są dwie drogi. Niestety, nie jest możliwe istnienie neutralnego kraju na granicy cywilizacji. Musimy wybrać. I musimy obrać drogę europejską, bo z Europy pochodzimy. Nie ma co, co prawda, kołatać do drzwi Unii, bo nas tam nie wezmą - ani my nie jesteśmy na to gotowi, ani ona. Ale trzeba iść do europejskich standardów, by stać się wiarygodnym partnerem. Bo inaczej zostaniemy wciągnięci do rosyjskiego projektu eurazjatyckiego, który popierają Rosjanie, a Białoruś jest tutaj krajem "najbliższym do wzięcia". To jest wielka walka o Białoruś, na którą Unia nie jest gotowa.

Białoruska opozycja w swojej retoryce powołuje się na tożsamość Wielkiego Księstwa Litewskiego, a Łukaszenka - na tożsamość radzieckiej Białorusi. Ale czy Łukaszenka nie próbuje też nawiązywać do tego pierwszego?

- Czasem próbuje, powołuje się na niektórych wielkich ludzi z tamtych czasów, już o nich źle nie mówi, ale to wszystko bardzo ostrożnie. To jednak nie jego teren. On jest sowieckim człowiekiem, historia ZSRR to jego historia.

Bo oparcie się na tradycji Wielkiego Księstwa wiązałoby się - na przykład - z nakierunkowaniem na bliższe związki z Polską?

- Z Polską, Ukrainą, Litwą. Ale taki wybór wymagałby innej mentalności. A Łukaszenka ma kompleksy wobec Zachodu, nie czuje się tam pewnie. Ma taki problem.

Rozmawiał: Ziemowit Szczerek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje