Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Kraje drutem wiązane

Od narodowej rzezi w byłej Jugosławii minęła już grubo ponad dekada, a prowizoryczne rozwiązania, którymi zaklajstrowano skonfliktowany region trwają do dziś. I wcale nie przestały być prowizorką, która na dodatek nikogo nie zadowala. Państwa stworzone na Bałkanach po upadku Jugosławii to często karykatury państw.

Pojugosłowiańskie państwa jednoczą bowiem w swoich granicach tych, którzy nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego, i dzielą tych, którzy chcą. Ich instytucje są ignorowane w całych regionach, a symbole, które powinny jednoczyć obywateli wokół siebie - są powszechnie wyśmiewane.

Reklama

Rozpychanie się narodów etnicznych w wyobrażonych przez siebie granicach doprowadziło do rzezi, a próba stworzenia narodów politycznych, czyli tworów ponadetnicznych i ponadreligijnych, jednoczonych lojalnością wobec państwa - do kompromitacji instytucji państwa w ogóle. Tak dzieje się w dużej części Bośni, Kosowa, Macedonii i Serbii.

Za tę państwową prowizorkę najczęściej obwinia się Zachód, ale czy można było poprowadzić to wszystko inaczej?

Kosowo

Kosowska Mitrovica to jedno z najdziwniejszych miejsc na ziemi. Kiedyś było to jedno miasto. Miasto jak miasto, zwyczajne do bólu: bloki, śródmieście, rzeka przez środek, przez rzekę most, po moście w tę i z powrotem ruch. A teraz to dwa różne światy. Serbski i albański. I te "dwa różne światy" to nie jest taka sobie gadanina: te dwie części po prostu wyglądają inaczej, żyją w nich dwa kompletnie odmienne społeczeństwa.

Serbska część miasta to zamrożona rzeczywistość z czasów późnej Jugosławii: zastawy i yugo na dogorywają na ulicach, nietynkowane blokiszcza wbite w kruszejący asfalt, blaszane handlarskie budy z mydłem i powidłem.

Tylko flag narodowych pełno i wszędzie dookoła napisy "KOSOVO JE SRBIJA", w razie, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości. Po ulicach jeździ ciężarówka, sprzedają z niej tanią benzynę. W kolejce ustawiają się mężczyźni z kanistrami. Partyzanckie państwo.

Smutni faceci siedzą w knajpie nad Ibarem, piją piwo i gapią się przez rzekę na albańską stronę . - Bejrut - mówią. - Żyliśmy kiedyś w europejskim, porządnym państwie, a teraz jak w Bejrucie. Wszystko podzielone.

A albańska strona to prawie Bliski Wschód.

Rwetes i rozgardiasz, dżungla kabli od domu do domu. Pełno nowych inwestycji, budowli wznoszonych bez specjalnej dbałości o prawo budowlane i z absolutną pogardą dla ładu przestrzennego, za to wytynkowanych we wszystkie kolory tęczy.

W ogóle całe albańskie Kosowo wygląda tak, jakby obywatele masowo ruszyli na sklep z artykułami budowlanymi i nakupowali wszystkiego, co się najbardziej błyszczy, a przy okazji jest niedrogie. Pozłacane klamki, pseudomarmury, imitacja bogactwa.

Wszędzie kosowskie i albańskie flagi, gdzieniegdzie trafi się amerykańska. Ruch samochodowy jak w Bejrucie, pozorny chaos i szaleństwo. Handel uliczny gdzie się nie obejrzysz.

Słowem - po stronie serbskiej stagnacja i beznadzieja. Po albańskiej - entuzjastyczna, choć chaotyczna nadaktywność.

Wielu mieszkańców żyło kiedyś po serbskiej stronie. Teraz nawet tam nie chodzą. Strach. Pozostawiali mieszkania, nie wiedzą nawet, kto w nich teraz mieszka, choć ich dawne bloki widać z każdego punktu albańskiej części miasta.

- Czasem patrzę na swój stary balkon przez lornetkę - mówi trzydziestoparolatka, która prowadzi kiosk niedaleko mostu. - Zdarza się, że wyjdzie na niego jakiś gruby facet. Nie mam pojęcia, kto to jest.

Na moście -uzbrojeni po zęby żołnierze sił międzynarodowych. Zasieki tak ustawione, żeby w każdej chwili można było je zaciągnąć i odciąć Serbów od Albańczyków. I tak zresztą nikt po nim nie chodzi. A Serbowie i Albańczycy składają sobie nawzajem wizyty wyłącznie w dużej grupie i tylko wtedy, gdy chcą sobie wzajemnie powybijać zęby albo spalić kilka samochodów.

To granica pomiędzy północnym Kosowem, zamieszkanym wyłącznie przez Serbów, a albańską resztą kraju. Tam zresztą też żyją Serbowie, w enklawach, zbici w grupy. Nie ma już mieszanych etnicznie wsi i miasteczek. Te enklawy są odgrodzone od reszty kraju workami z piaskiem i zasiekami. Na przykład Graczanica, zaraz obok Prisztiny, kosowskiej stolicy.

W której już, notabene, nie tylko śladu Serba nie ma, ale i śladu serbskości. A parę kilometrów dalej, na granicy enklawy, młodzi szwedzcy żołnierze KFOR z wielkimi karabinami jak z chłopackiego snu dumnie pozują do zdjęć.

W ogóle rzeczywistość z miejsca szarzeje. Sklepy są gorzej zaopatrzone, samochody starsze, zero nowych budów, jeśli coś już się waliło i trzeba było łatać, to za pomocą prowizorki która wytrzyma wieki.

W enklawach można zobaczyć, jak wyglądało Kosowo przed czasami albańskiej manii budowlanej. Wokół monasteru staruszki handlują dewocjonaliami, plastykowymi karabinami i pędzoną w domu rakiją. W butelkach zatopione są krzyże.

- Panie - mówi facet, który wygląda na stulatka - my tu jak szczury w klatce. Wyjść poza wieś nie ma jak, bo człowiek się boi, że zabiją.

Nawet jeśli dziadek przesadza, to faktem jest, że świat tych ludzi skurczył się do kilku kilometrów kwadratowych. Żeby dojechać do Serbii właściwej, czy choć do serbskiego Północnego Kosowa, trzeba przejechać przez albańską Republikę. W tym małym wewnętrznym mikroświecie, w obiegu zamkniętym, krążą wciąż te same, wyciorane dinarowe banknoty. Ci sami ludzie, te same twarze, te same słowa. Wszystko to samo. Niektórzy nie wyjeżdżali stąd od 10 lat, od kiedy Albańczycy przejęli kraj. Niektórzy nigdy nie widzieli nowej Prisztiny, która w ciągu tych dziesięciu lat zmieniła się w zupełnie inne miasto. A Prisztina leży tak blisko, że z Graczanicy prawie widać co wyższe budynki.

*

Serbowie nienawidzą albańskiego państwa, nie chcą się z nim identyfikować i nie będą. Prawie żaden samochód nie ma rejestracji. Tych wydawanych przez Republikę Kosowa nikt tu nie przykręci, bo to zdrada.

Nawet euro im się źle kojarzy, bo to kosowska waluta. Płacą w serbskich dinarach, jakby nic się nie zmieniło. W ogóle udają, że nic się nie zmieniło. Działa tu serbska poczta, serbska służba zdrowia (stare, strupiałe karetki wyglądają, jakby same potrzebowały pilnej pomocy), serbskie szkolnictwo. Serbowie głosują w serbskich wyborach. Do niedawna działały serbskie sieci komórkowe, ale Albańczycy powykopywali nadajniki, co raczej nie przysporzyło im wśród Serbów popularności.

Zachód właśnie ogłosił koniec "nadzorowanej niepodległości" Kosowa. Od 10 września ten bałkański kraik jest już niepodległy absolutnie i bezwarunkowo. Na szczęście jednak nie wycofają się z niego jeszcze międzynarodowe siły. Na szczęście dla serbskiej mniejszości, która się Albańczyków boi. Bo nikt tu nie jest bez winy, bo każdy ma swoje za uszami, tak Albańczycy i Serbowie. I siły międzynarodowe będą tu zapewne jeszcze długo.

I tak żyją Serbowie w albańskim Kosowie: w geopolitycznych czarnych dziurach, bo nikt ich do końca nie kontroluje. Bez pracy i w stagnacji gospodarczej, bo nikt tu nie inwestuje, bez jakichkolwiek widoków na przyszłość, bez specjalnej nadziei na zmiany. Po części sami skazują się na ten los, bo odmawiają zaakceptowania faktu, że Kosowo jest niezależnym państwem, którego - chcąc nie chcąc - też są obywatelami. Ale nie chcą i koniec. Chcą do Serbii. Ale z tego chcenia nic nie wyjdzie. Bo Zachód nie godzi się nawet na rozwiązania polubowne nieoficjalnie wysuwane przez Belgrad.

Bo Belgrad - było nie było - myśli racjonalnie. Nikt tego na głos nie powie, ale wszyscy w Serbii wiedzą, że Prisztina jest stracona, że większość Kosowa jest stracona. Wiedzą też, że będą musieli w końcu uznać Kosowo, jeśli chcą wejść do UE, bo wprost mówią to unijni urzędnicy. Chcieli więc ugrać choć północne Kosowo, które można by było bez problemu przyłączyć do Serbii, bo z nim graniczy. Ale rok temu do Belgradu przyjechała Angela Merkel i powiedziała: koniec marzeń, panowie. Uznajecie całe Kosowo, albo całujecie unijną klamkę.

NATO-wscy i unijni technokraci nie chcą cofnąć się ani o krok, ale przyznać trzeba, że też mają swoje racje. Nie bez racji twierdzą, że jakiekolwiek dalsze dzielenie Kosowa może spowodować na Bałkanach efekt domina. Bo przecież ludów, które po rozpadzie Jugosławii pozostały po złej stronie granicy jest mnóstwo. Po serbskiej stronie granicy leży na przykład dolina Preszewa zamieszkana przez Albańczyków. Którzy bardziej, niż na pewno zgłoszą akces do Kosowa w przypadku wyłączenia jego serbskiej części pod Belgrad. I może to być akces zbrojny.

Ktoś powie: dobrze, niech się przyłączą. Ale to tylko czubek góry lodowej. W Serbii żyją jeszcze - na przykład - muzułmanie z Sandżaku, którzy po wojnie w Bośni poczuli się rdzennymi Bośniakami (choć Sandżak w Bośni nie leży).

A Sandżak to nawet na oko jest zupełnie inny świat, niż Serbia.

Sandżak

Jeśli tam wjechać od strony Serbii właściwej, od strony Użic na przykład, to można dostać szoku kulturowego. Nie chodzi nawet o bielone minarety i meczety ani o muzułmańskie cmentarze, ale o podejście do publicznej przestrzeni. Novi Pazar, stolica Sandżaku, mógłby spokojnie leżeć gdzieś we wschodniej Turcji. Chaos betonu, ruchu drogowego, plątanina przykurzonych uliczek i faceci siedzący prawie na sobie wzajemnie w zatłoczonych do imentu kafeczajnicach, popijający herbatę i kawę z miniaturowych szklaneczek.

Siedziba Bośniackiej Demokratycznej Partii Sandżaku również przypomina kafeczajnicę, tutaj też, pod portretem modlącego Alji Izetbegovicia i flagami z bośniackimi liliami, siedzą stłoczeni faceci, piją kawę i dyskutują zawzięcie. Można się od nich dowiedzieć, że nikt tu, póki co, nie chce przyłączać się do Bośni, ale jeśli serbscy nacjonaliści dalej będą tak się w Belgradzie rzucać, jak się rzucają, to kto wie.

Poza siedzibą partii ludzie już nie mówią, że "może". Trzeba się odłączyć, bo z powodu Kosowa Serbia nigdy nie wejdzie do Unii Europejskiej, a oni chcą do Unii Europejskiej. Do Unii chcą nawet radykalni muzułmanie z obu islamskich "zajednic" w Novym Pazarze (skłóconych ze sobą), bo Unia to po pierwsze gospodarczy rozwój, a po drugie - miejsce, w którym islam jest "najszybciej rozwijającą się religią". Tak mi tłumaczył młody chłopak z jednej z "zajednic". Trzeba wyjść z Serbii, wejść do Unii i głosić tam prawdę proroka, czyli tę jedyną, bo innej nie ma.

Albańczycy w Macedonii i Czarnogórze

Albo Macedonia. To państwo ma w zasadzie dwie stolice: Skopje i Shkup. Skopje to stolica "słowiańska", a Shkup - albańska. Dzieli je, całkiem wyraźnie, rzeka Wardar. Po stronie "słowiańskiej" - postjugolska architektura miesza się z XIX wiekiem. Deptaki, modne knajpy z alkoholem o nowoczesnym dizajnie. Ale wystarczy przejść przez kamienny most, do starej czarszii, by znaleźć się w macedońskiej wersji Albanii: cyrylicę zastępuje na szyldach łacinka, macedońszczyznę - albańszczyzna, przy wąskich uliczkach stoją minarety; smagli faceci siedzą przy kawie. Gdzieniegdzie przemykają wahabici z farbowanymi na rudo brodami.

Oficjalnie w państwie panuje zgodne współżycie obu narodów - po zamieszkach w 2001 roku obie strony się porozumiały, a jako, że kraj chce wejść do NATO i UE (cele te stawiają sobie zarówno Macedończycy, jak Albańczycy), politycy z każdej strony uważają na to, co mówią. Wystarczy jednak porozmawiać z ludźmi, by zorientować się, że pod przykrywką aż kipi.

Macedończycy narzekają, że nie mają pojęcia, co się dzieje w albańskiej społeczności. - Oni rozumieją po macedońsku, a my po albańsku nie - dowiaduję się do Macedończyka. - To niech się, k***, uczą, co, to nasza wina? - Komentuje nie bez racji Albańczyk. I dodaje, że dobrze by było, żeby Albańczycy zostali "przypuszczeni do tożsamości" macedońskiego państwa, żeby gdzieś na macedońskiej fladze pojawił się albański orzeł. Wtedy, twierdzi, więcej osób byłoby skłonnych utożsamiać się z macedońskim państwem, a tak - mówi - czujemy się nie u siebie.

- Jak to nie u siebie - zżyma się na taką niewdzięczność znajomy macedoński historyk. - To my przez nich nie możemy nazwać państwa Republiką Słowiańskiej Macedonii [i skończyć w ten sposób spór z Grecją, która nie godzi się, żeby Macedonia nazywała się po prostu Macedonią i blokuje akces kraju do UE i NATO - przyp. ZS], bo przecież oni to nie Słowianie, a ci jeszcze narzekają?

Sposób, w jaki postrzegają się obie społeczności jest tak wypełniony negatywnymi stereotypami, że aż cuchnie. Macedończycy to "oprawcy, tyrani, ni to Bułgarzy, ni to Serbowie" itd., idp. Albańczycy to "bandyci, oprawcy, mafia, lenie" itd. itp. A przede wszystkim Albańczycy to muzułmanie, co w ustach Macedończyka brzmi jak obelga. I vice versa. A zdarzające się od czasu do czasu wybuchy nienawiści, w których - co gorsza - giną ludzie, raczej nie spajają państwa do kupy. Na niechęć narodową nakłada się podział religijny, a więc cywilizacyjny. A więc naprawdę głęboki.

Żeby było weselej, wielu Albańczyków z byłej Jugosławii mówi o "wielkiej Albanii", ale nikomu nie pali się do realizacji tej idei. Bo to znaczyłoby, że trzeba byłoby się połączyć z Albanią "właściwą", a ta postrzegana jest jako państwo biednych kuzynów: zacofane i w gruncie rzeczy dość zabawne. Albańczycy z byłej Jugosławii jeżdżą nad morze raczej do czarnogórskiego Ulcijna, kurortu zamieszkanego przez Albańczyków, niż do albańskiego - dajmy na to - Durres.

Poza tym - Albańczycy w Macedonii, Serbii i Czarnogóry to w większości Gegowie, a w Albanii ważną rolę pełnią niespecjalnie przez nich lubiani Toskowie, Albańczycy z Południa. To ich dialekt jest bazą literackiego języka, powszechna jest opinia, że to Toskowie dominują w kraju.

Republika Serbska w Bośni

Na przyłączeniu Północnego Kosowa do Serbii próbowałaby ugrać swoje również Republika Serbska w Bośni, jeden z dwóch członów tego federacyjnego państwa, "małej Jugosławii" składającej się z bośniackich muzułmanów, Serbów i Chorwatów, które w kupie trzyma już wyłącznie wola "międzynarodów". Gdyby w Republice Serbskiej przeprowadzić referendum i spytać obywateli, czy chcą nadal żyć w jednym państwie z muzułmańskimi Bośniakami, czy przyłączyć się do Belgradu - odpowiedź byłaby pewna: tak, i to jak najszybciej. To właśnie Milorad Dodik, premier Republiki, wystąpił z pomysłem uznania przez Belgrad Prisztiny w zamian za integrację z nim Północnego Kosowa, a także - rzutem na taśmę - Republiki Serbskiej w Bośni.

W Bania Luce wisi więcej serbskich flag, niż w całej chyba Serbii. Na ulicznych straganach kupić można patriotyczne gazety: podkoszulki z napisem "samo sloga Srbina spasava" (tylko jedność zbawi Serbów), czetnickie flagi i serbskie czapki wojskowe. A także podobizny Karadzicia i Milosevicia ustylizowanych na serbskich bohaterów. Pielęgnuje tu się pieczołowicie serbski mit o spisku złego Zachodu przeciw dobrej, prawosławnej Serbii.

Republikę Serbską łączy z Federacją Bośni i Hercegowiny wspólne państwo, a dzieli prawie wszystko inne: hymn, flaga, godło. Oba kraje mają osobne parlamenty, linie lotnicze, kolejowe, policję i tak dalej. Walutę (markę bośniacką) mają wspólną, ale na banknotach tu i tam widnieją inne postacie. Generalnie - nikt tu się nie czuje specjalnie związany ze wspólnym, serbsko-bośniackim państwem. Idea była szczytna - i jednych i drugich miała łączyć bośniackość traktowana jako wspólnota bardziej geograficzna i polityczna, niż kulturowa: w końcu bośniaccy Serbowie też są Bośniakami (wprowadzono rozróżnienie słowa "Bośniacy" [Bosanci] oznaczającego mieszkańca krainy geograficznej o nazwie Bośnia, od "Boszniaków" [Bosnjaci], czyli bośniackich muzułmanów), ale serbscy Bośniacy przede wszystkim czują się Serbami. I nie-muzułmanami.

A "Boszniacy" nie chcą "Bośniaków" wypuścić. Obawiają się, że jeśli z państwa wyjdą Serbowie, za chwilę będą chcieli zrobić to Chorwaci. Faktycznie.

Neum i Chorwaci

By z wnętrza Bałkanów dojechać do tego geopolitycznego dziwactwa, jakim jest gmina Neum, wąski pasek terytorium Bośni zapewniający jej dostęp do Adriatyku, trzeba jechać przez góry, wąską szosą na której ledwie mieszczą się dwa samochody. Jest to jakieś przeżycie, bo po pierwsze ładne widoki, a po drugie - lokalni jeżdżą jak wariaci. Neum dzieli Chorwację na dwie części: ktokolwiek był samochodem w Dubrowniku musiał przezeń przejeżdżać. Dzieli Chorwację, choć lokalni obywatele wytłumaczą każdemu bardzo szybko i ochoczo: tu jest Bośnia tylko politycznie. Tak naprawdę jesteśmy w Chorwacji. A ktokolwiek miałby co do tego jakieś wątpliwości, może sobie pooglądać gigantyczną chorwacką szachownicę wyrysowaną na zboczu wypuszczającego się w morze półwyspu. Szachownicę tę widać z każdego miejsca w Neum.

Bośnia i Hercegowina cała jest usiana ruinami spalonych katolickich kościołów, meczetów i cerkwi. Kiedyś wszyscy żyli razem, teraz można bardzo łatwo poznać, która gmina jest czyja. W miejscach zamieszkanych przez Bośniaków (no dobrze, "Boszniaków") kościoły i cerkwie jak były spalone, tak są nadal, a meczety są wyremontowane. W miejscowościach katolickich spalone pozostają meczety i cerkwie, a odbudowane są kościoły. Tak wygląda nowy bośniacki pejzaż. Potrzeba znakowania terytorium jest olbrzymia - w miejscach zamieszkanych przez Chorwatów na wielu wzgórzach stoją gigantyczne, świecące w nocy krzyże. Gdyby doszło do rozpadu Bośni, cała ta paskudna historia, którą dopiero co udało się zakończyć (a jeszcze nie udało się nawet całkowicie rozminować kraju) mogłaby się zacząć raz jeszcze. W końcu nie wszyscy zagnali się do własnych gett, nie da się dokonać takiego podziału, który wszystkich by zadowolił.

Z drugiej strony - co to za rozwiązanie, co to za ład i stabilizacja oparta na wojskach interwencyjnych pilnujących, żeby nienawidzący się wzajemnie ludzie nie rzucili się sobie do gardeł.

Najlepsze jest to, że w każdym z narodów (poza Albańczykami) byłej Jugosławii można znaleźć wielu ludzi, którzy płaczą za Tito, za Jugosławią i za starą krainą szczęśliwości. Tyle, że ta Jugosławia byłaby świetnym rozwiązaniem, pod warunkiem, że nie byłoby w niej Bośniaków/Serbów/Chorwatów/Albańczyków. Niepotrzene skreślić. Zależnie od punktu widzenia.

Bałkany są miejscem, w którym, w którym sama idea państwa narodowego - gdzie indziej działająca w miarę bez zarzutu - doprowadza do sytuacji, którą z filmów Tarantina znamy jako "Mexican standoff", kiedy to każdy z bohaterów celuje z pistoletu w głowę drugiego. Od kiedy elementy tej etniczno-religijnej plątaniny, która istniała tam od zawsze, odkryły, że nie tylko mogą, ale powinny posiadać ambicje terytorialno-narodowe, nie ma tam spokoju. Bo na Bałkanach, w miejscu, gdzie nie ma nic bardziej zwykłego od odmienności, nie może być spokoju gdy odmienność ta jest ledwie tolerowana, i to na warunkach większości.

I najgorsze jest to, że tego spokoju najprawdopodobniej nie będzie.

Ziemowit Szczerek

Dowiedz się więcej na temat: drut | Nie | Ziemowit Szczerek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje