Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Partia potomków Hunów

Są tacy ideologowie i takie partie, które zamieniają politykę w metafizyczny horror. Jedna z takich partii działa, i to raźno, u naszych przyjaciół Węgrów. Mowa o Jobbiku - partii potomków Hunów, która twierdzi, że Węgrzy wcale nie są tymi, za których się ich powszechnie bierze.

Nieopodal miejscowości Bugac, niedaleko Balatonu, co roku odbywa się powiązany z Jobbikiem festiwal Hunów pod nazwą Kurultaj. Bo Węgrzy, jak wiadomo każdemu porządnemu nacjonaliście, pochodzą od Hunów, a nie od jakichś ugrofińskich poczciwców z Uralu. I nic nie mają wspólnego z nudnymi Finami i Estończykami. W końcu przed Hunami drżała cała Europa, a przed Finami - ewentualnie skoczkowie narciarscy.

Reklama

Huńskie korzenie Węgrów to teoria podobna do tej, która kazała polskiej szlachcie upierać się przy pochodzeniu od Sarmatów. I równie prawdziwa, choć uświęcona tradycją. W końcu jednym z najbardziej popularnych imion na Węgrzech jest Attila.

Nacjonaliści jak to nacjonaliści, robią, co mogą, żeby przypisać sobie jak najatrakcyjniejsze pochodzenie, choćby przez tę "atrakcyjność" rozumieć gloryfikację stepowego barbarzyństwa: Hunowie raczej zbyt dobrze się w Europie nie kojarzą.

Europie tak mocno zapadły w pamięć huńskie najazdy, że to ich imieniem tradycyjnie nazywano Niemców, gdy okresowo im odbijało i decydowali się spalić połowę Europy.

Węgrzy zresztą, wiedząc, że są osamotnieni w indoeuropejskim morzu, szukali już swoich przodków wśród wszystkich chyba nieindoeuropejskich ludów w okolicy (od Basków po Etrusków) i nie tylko (od Hebrajczyków przez Sumerów, starożytnych Egipcjan po Chińczyków, Tybetańczyków i Japończyków).

Jobbik już nie szuka. Jobbik wie. Węgrzy to tureccy Hunowie i koniec. Jobbik domaga się nawet powołania specjalnej komisji, która udowodniłaby, że Węgrzy są prawowitymi spadkobiercami Hunów.

Na Kurultaj przyjechali przedstawiciele wszystkich chyba turańskich narodów świata. Od Kazachów po Turków i Gagauzów. Przebierają się za wojowników, którzy na przełomie starożytności i średniowiecza trzęśli całym kontynentem, i Węgrom wcale nie przeszkadza, że jeśli już upieramy się przy fetyszyzacji pochodzenia, to genetycznie mają więcej wspólnego z tymi, którymi trzęsiono, a nie z tymi, którzy trzęśli.

"Spomiędzy wszystkich jeździecko-nomadzkich kultur, Węgrzy posiadają najbardziej zachodni kraj, który został założony w sercu Europy i istnieje od ponad 1000 lat" - można przeczytać na stronie Kurultaj.hu. To ciekawa perwersja, by stateczne, osiadłe i murowane Węgry, o arcyeuropejskiej architekturze, nadal wciskać w ramy kultury nomadzkiej.

Oficjalną ideologią Jobbiku jest turanizm, czyli sojusz wszystkich ludów turańskich w miejsce zachodnich NATO i Unii Europejskiej. Bo Jobbik nie chce Zachodu. Skąd my to znamy. Dekadencka Europa to - według Jobbika - źródło zła. Zachód to kolonizatorzy, a "w elicie kolonizatorów" byli - oczywiście - "Żydzi".

Z tymi Żydami to rzecz ciekawa. Jobbik oficjalnie odżegnuje się od antysemityzmu, ale to odżegnywanie jest tak samo serio jak reklamy "zmrużonego" piwa bezalkoholowego.

Wystarczy sięgnąć po sprawę "afery babciowej", która rozpętała się wokół europarlamentarzysty Jobbiku - Csanada Szegedi'ego. Wyszło bowiem, że babcia polityka była Żydówką, która przetrwała Auschwitz. Szegedi próbował ukryć niewygodną sprawę, która się w końcu jednak rypła. Nieszczęsny nacjonalista sam sobie zadał pokutę: odszedł ze wszystkich stanowisk, które piastował w partii.

Jobbik odetchnął z ulgą. O pochodzeniu Szegedi'ego wiedziano już na Węgrzech od jakiegoś czasu, a jak tu być porządną nacjonalistyczyną partią z Żydem w szeregach, nawet, jeśli nie ma się nic przeciwko Żydom (mrugnięcie okiem).

Jobbik więc "dobrze zmrużył" sprawę Szegedi'ego i ogłosił, że jego odejście nie ma nic wspólnego z żydowskością szanownej babci, tylko z tym, że Szegedi "ukrywał prawdę" o swoim pochodzeniu. Cała ta przerażająca operetka z Auschwitz w tle działa się na oczach zobojętniałej już na wszystko węgierskiej opinii publicznej. Nie takie rzeczy się dzieją na węgierskiej scenie politycznej - i to zarówno z lewej, jak i z prawej strony tej sceny.

Dramat Szegedi'ego - notabene - trwa. Chwilę po ogłoszeniu informacji o jego żydowskim pochodzeniu Szegedi próbował się jeszcze ratować opowiadając, że nie trzeba być stuprocentowym Węgrem, by zachowywać się jak Węgier. Jobbik był niewzruszony. Szegedi poszedł więc pokajać się do rabina i przeprosić za jakiekolwiek działania, które "mogły urazić Żydów". Zaraz potem kierownictwo Jobbiku wystąpiło do niego z żądniem, by złożył mandat europarlamentarzysty. Czyli jednak trzeba być "prawdziwym Węgrem", choć - szczerze mówiąc - to członkowie Jobbiku jakoś też nie przypominają Arpada i jego skośnookiej drużyny.

Jobbik bardzo lubi Iran i kibicuje jego obecnym, fundamentalistycznym władzom za "powrót do tradycji". Gabor Vona, założyciel i lider partii, pisał kiedyś, że "Prawdziwy muzułmanin [...] bliższy jest Boga Wszechmogącego, niż niepraktykujący chrześcijanie, którzy dziś zamieszkują Europę".

A członkowie Jobbik to dobrzy chrześcijanie. "Jesteśmy radykalnie patriotyczną partią chrześcijańską" - przeczytać można na ich stronie internetowej. Ale zaraz! Przecież Jezus był Żydem, zupełnie tak samo, jak babcia Csegedy'ego!

A właśnie, że nie. Jobbikowcy rozwiązali tę mało wygodną kwestię. Według nich, Jezus był "prawęgrem". Czyli - jeśli być konsekwentnym - Hunem. Jego przodkowie pochodzić mieli z Partii, czyli terenów obecnego irańsko-afgańskiego pogranicza. Jako żywo przypomina to nazistowskie teorie na temat "germańskiego" pochodzenia Chrystusa.

Jobbik otwarcie mówi o "zmianie porządku trianońskiego", który doprowadził do okrojenia Węgier z wielkiego państwa (którego kształt można do tej pory zobaczyć na Węgrzech wszędzie: od naklejek na zderzaki po podkładki pod myszkę) do obecnego kształtu. Problem w tym, że ten trianoński porządek ustalono ponad 90 lat temu i węgierskie tereny oddane sąsiadom należą obecnie m.in. do Słowacji, Rumunii, Serbii i Chorwacji. Zresztą nawet w czasach Trianon Węgrzy nie stanowili na nich większości, choć mocne społeczności węgierskie nadal żyją w południowej Słowacji, w Wojwodinie, na Zakarpaciu i w Transylwanii. Ku, zapewne, szalonej radości Rumunów - zręby Jobbiku powstają właśnie w tym ostatnim regionie.

Z tym "przywracaniem granic Wielkich Węgier" jest mniej więcej tak, jak z antysemityzmem: trochę strach się do tego oficjalnie przyznawać, trzeba więc sprawę "zmrużyć" i umiejętnie się dystansować.

Gabor Vona, szef Jobbiku, reklamował ostatnio na swojej stronie obóz dla węgierskiej młodzieży w Transylwanii. Wokół obozu wybuchła afera (na Węgrzech, ale przede wszystkim w Rumunii), bo obozowicze uczyli się na nim strzelać z ostrej amunicji i wspominali o wyzwalaniu Transylwanii spod rumuńskiej okupacji. Na tym samym obozie Vona zapowiadał, że "z radością" podejmie współpracę z rządzącym na Węgrzech Fideszem Viktora Orbana w celu "pozbycia się socjalistów", bowiem socjaliści w parlamencie stanowią "zagrożenie dla narodu". Mimo, że - jak głosił Vona - "Fidesz również prowadzi serwilistyczną politykę względem UE i krajów sąsiednich". Nie bardzo wiadomo, jaka byłaby ta "nieserwilistyczna" polityka - podbój?

Robi się coraz bardziej operetkowo? Będzie jeszcze bardziej. Stroje w tej historii też są operetkowe. Gabor Vona, szef Jobbiku, zakładał przecież paramilitarną Magyar Gardę, której umundurowanie Krzysztof Varga porównał kiedyś do strojów kelnerów. I które w Parlamencie Europejskim wzięto kiedyś za kombinezony pracowników technicznych.

Magyar Garda została oficjalnie rozwiązana. Sąd uznał, że jej "cele statutowe" trochę różnią się od tego, co Garda robi na co dzień, a na co dzień Garda tupie krokiem marszowym po węgierskich ulicach, krzyczy mało pokojowe hasła i - generalnie - stwarza zagrożenie. Na przykład dla dziennikarzy, których "gwardziści" najnormalniej w świecie fizycznie powstrzymali przed wejściem na salę sądową w której odbywał się proces Gardy.

Magyar Garda zreorganizowała się. Jest teraz stowarzyszeniem "kulturalnym". Działa stowarzyszenie "Uj Magyar Garda" (Nowa Gwardia Węgierska), na której stronie internetowej nadal można podziwiać zdjęcia i filmy "działaczy kulturalnych" w kelnerskich mundurach. I poczytać, jak to dobrze się dzieje, że na Węgrzech znów stawia się pomniki Miklosowi Horthy'emu, przywódcy Węgier z czasów II wojny światowej i sojusznikowi Hitlera.

Zarówno Magyar Garda, jak i Jobbik za swój symbol przyjęli tzw. "pasy Arpadów", których - tak się składa - używali także strzałokrzyżowcy, kolaborująca z Hitlerem nacjonalistyczna organizacja, mocno zamieszana w ludobójstwo Żydów. I również wyznająca panturanizm. Wzór z Magyar Gardy biorą inne paramilitarne organizacje, takie, jak Vedero, Szebb Jovoert Polgarorseg, których aktywność polega głównie na wznoszeniu wielkowęgierskich okrzyków i okazjonalnymi starciami z Cyganami.

W ten sposób historia zatacza koło i na Węgrzech dokonuje się "odrodzenie narodowe" i "moralna rewolucja". Sposób prowadzenia "publicznej debaty" przez jobbikowców nie polega na dialogu, a na stawianiu sprawy na zasadzie "albo nasze poglądy, albo żadne". Jobbikowcy chętnie tłumaczą, kto jest "prawdziwym Węgrem", a kto "zdrajcą narodu".

Gabor Scheiring z partii Polityka Może Być pisał na swoim blogu, że jobbikowscy parlamentarzyści używają w parlamencie języka zgoła nie pasującego do okoliczności, bo potrafią na przykład poinformować zgromadzonych, że "Hitler miał generalnie rację w tym, co robił, poza całym holokaustem, bo stał on się bronią w rękach żydostwa".

Tak więc nadal udawajmy, że skrajnie nacjonalistyczne organizacje, które stosują zasadę narodowego egoizmu i atakują wszystkich, którzy nie podzielają ich czarno-białego sposobu patrzenia na świat - nie mają nic wspólnego z nazizmem. No, dalej. Tolerujmy, w imię demokracji, niedemokratyczne rozwiązania (Gabor Vona bez ogródek powiedział na początku roku, że "Jobbik nie jest partią demokratyczną"), tyle, że granie na tym paradoksie demokracji jest równie infantylne, co przedszkolackie pytanie, czy wszechmogący Bóg jest w stanie stworzyć kamień, którego nie będzie mógł podnieść. Demokracja to też system i nie może tolerować partii promujących zamordyzm. Wszystko jedno, czy "lewych" czy "prawych".

Viktor Orban - póki co - mocno się od tego całego wariactwa odcina. Tyle, że wiele poglądów Jobbiku to w zasadzie poglądy Orbana, tyle, że "rozcieńczone", w wersji light. Przykłady? Na przykład wdrożenie zasady, że media powinny "służyć węgierskiej idei narodowej". A także podejście do "kwestii cygańskiej", uhonorowanie Horthy'ego i innych "bohaterów" czasów wojny, kwestia "serwilizmu" wobec UE, czołobitny stosunek do "Wielkich Węgier" i "Ziem Korony św. Stefana" . Sam Vona przyznaje zresztą, że Orban wprowadził w życie wiele punktów programu Jobbiku.

Jasne, Jobbik to nie Fidesz, a prawie robi wielką różnicę. Oby.


Ziemowit Szczerek

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Europa | partie polityczne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje