Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Polonia na Litwie. Ta prawdziwa, nie wyobrażona

Polacy z Litwy nie są skansenem, który pod Ostrą świeci Bramą. Żyją u siebie i po swojemu, mówią po swojemu i bynajmniej nie pogrążyli się w wiecznym, melancholijnym bezruchu po tym, jak Wileńszczyzna została przyłączona do Litwy. A tak to sobie, można odnieść wrażenie, wyobrażają Polacy z "Korony".


Reklama

Litewscy Polacy nie ograniczają się do czytania "Pana Tadeusza", wysiadywania przy sercu Marszałka na Rossie i szlochania za ojczyzną utraconą na brzegu Wilejki. Dzieciństwo w ZSRR wcale nie kojarzy im się z Kołymą i Stalinem, a polskie państwo niekoniecznie jest dla nich ziemią obiecaną. Wileńszczyzna żyje, i to żyje po swojemu. O tym właśnie rozmawiałem z Eweliną Mokrzecką i Antonim Radczenką, młodymi wileńskimi dziennikarzami, którzy opowiedzieli mi, jak wygląda prawdziwe, współczesne i niewyidealizowane życie wileńskich Polaków.

Ziemowit Szczerek: Kim jesteście? Polakami? Litwinami? Polskimi Litwinami? Litewskimi Polakami?

Antoni Radczenko: - Polakami. Nigdy nie miałem problemów z samookreśleniem, czy samoidentyfikacją. Natomiast jeśli się chce jakoś na siłę "zaszufladkować się", to najlepiej pasuje litewski Polak. Będąc regionalistą może być również Polak z Wilna lub z Wileńszczyzny. A i tak najważniejszy jest człowiek, a nie narodowość.

Ewelina Mokrzecka: - Nie jestem tylko Polką albo tylko Litwinką. "Polscy Litwini" i "litewscy Polacy" też mi tu średnio pasują.

To kto?

Ewelina Mokrzecka: - Zawsze powtarzam, że jestem Polką z Wilna.

Mariusz Wilk napisał kiedyś, że na głębokiej rosyjskiej głubince poznał żyjącego tam od dawna polskojęzycznego Wilniuka, który bardzo się ucieszył mogąc pogadać z Wilkiem w ojczystej mowie. Ale gdy zeszło na Polskę jako ojczyznę, to ten facet się zdziwił: Polska? To nie mój kraj, mój kraj to Litwa. Wy tak nie macie?

Ewelina Mokrzecka:  - Z nami jest tak samo. Przynajmniej ze mną. Tyle, że moją ojczyzną nie jest Litwa, a po prostu Wileńszczyzna. W każdym bądź razie dobrze wiem, że kiedy Polak z Wilna spotyka Polaka z Wilna np. w robocie w Wielkiej Brytanii, to się cieszy, że może pogadać ze swoim, a mniej, kiedy sami Polacy z Polski są dokoła.

A co z tożsamością Wielkiego Księstwa Litewskiego? W ogóle ktoś wśród młodych mieszkańców Wileńszczyzny uważa się za tego "Litwina z WKL"? Istnieje w ogóle taka postawa?

Antoni Radczenko:  - Dla mnie osobiście mówienie, że jesteśmy spadkobiercami WKL, już samo w sobie brzmi anachronicznie. Być może to było aktualne na początku XX wieku, ale nie teraz. Nacjonalizm, sowietyzacja i temu podobne rzeczy zrobiły swoje. Więc obecnie lansowane przez niektórych historyków czy intelektualistów teorie o wspólnej spuściźnie i fundamencie  Rzeczpospolitej Obojga Narodów,  nijak się mają do dnia dzisiejszego. Oczywiście miło jest, że nasi bardzo dalecy przodkowie stworzyli jedną z największych potęg w Europie, nie ma to jednak wpływu na dzisiejsze relacje. Wspólnych punktów trzeba szukać tu i teraz.

Ewelina Mokrzecka: - Jeżeli chodzi o dzisiejszą młodzież, to nie słyszałam, żeby ktoś się utożsamiał z Wielkim Księstwem Litewskim.

Czyli można powiedzieć, że część potomków dawnych "Litwinów z WKL" stała się po prostu Polakami, bo słowo "Litwa" zostało "zajęte" przez obecne, bałtyjskie państwo litewskie?

Antoni Radczenko:  - Teraz bardziej liczy się tożsamość regionalna, czyli to o czym wspomniała Ewelina: zawsze jest miło spotkać rodaka z Wileńszczyzny gdzieś za granicą. Z drugiej strony kiedy się spotyka Polaka z Polski, lub Litwina - też miło. A to, że obecni Litwini "przywłaszczali" nazwę "Litwa" też nie widzę nic dziwnego. Obecni Macedończycy nie mają za dużo wspólnego z Aleksandrem Wielkim, a współcześni Grecy ze starożytną Helladą...

Ewelina Mokrzecka:  - Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Możliwe... Niektórzy ,,Litwini z WKL’’ przestali być np. Białorusinami i zostali Polakami.

Czasem mam wrażenie, że Wileńszczyzna jest spełnioną historią alternatywną, tzn. pokazuje, co by się mogło stać z Polską, gdyby wcielono ją do ZSRR. Np. co by się mogło stać z polskim językiem. Bo to jest już inny język niż przedwojenny "dialekt północnokresowy". Jest mocno zrusyfikowany.

Antoni Radczenko:  - To nie tak. Gdyby Polska została wcielona do ZSRR, to byłaby najpewniej oddzielną republiką radziecką. Czyli podobnie jak Łotwa, Litwa czy Estonia - miałaby możliwości kultywowania swej tożsamości, kultury czy języka. A Polacy na Litwie, choć mieli pod wieloma względami lepiej, niż Polacy na Białorusi, to  mimo wszystko byli tylko częścią Litewskiej SRR, ulegali więc z jednej strony rusyfikacji, z drugiej - lituanizacji. Wiec raczej nie porównywałbym tych rzeczy. Poza tym - jeśli się zobaczy przedwojenne mapy etniczne, to widać, że na Wileńszczyźnie sąsiadowały obok siebie wioski polskie, litewskie, białoruskie. Podobnie jak w innych regionach Litwy. Nie był więc to "etnicznie czysto polski" region.

Ewelina Mokrzecka:  - U nas jest podobnie jak na Podlasiu: tam język jest podobny do tzw. języka wileńskiego, ale my mamy więcej naleciałości, bo mocniej wpływał na nas język rosyjski i litewski. Dużo było tego rosyjskiego, ale to jest naturalne. Język jest tworzywem żywym i wciąż ewoluuje... Sam wiesz, że w języku polskim - tym z Polski - jest masa angielskich wtrąceń.

Powiedzcie coś o tym wileńskim języku.

Ewelina Mokrzecka:  - W tym języku mówią wszyscy prawie bez wyjątku. Uważam, że ten język ma rację bytu. Porównałabym go do slangu afroamerykanów...

Antoni Radczenko:  - Mówi się, ale inny jest język w szkole, inny w domu, inny na ulicy. Podobnie jak wśród ludności niemieckojęzycznej w Szwajcarii, w domu rozmawia się na dialekcie, a w szkole obowiązuje poprawna niemczyzna

Ale tu jest właśnie ten ciekawy motyw, że w Wilnie z rówieśnikami mówi się inaczej, niż w domu, bo oni mówią inaczej, niż rodzice.

Ewelina Mokrzecka:  - Oczywista oczywistość. Przecież hipster z Placu Zbawiciela w Warszawie również rozmawia inaczej z rówieśnikami, niż z rodzicami...

Antoni Radczenko: - To nie jest tak, że z rodzicami rozmawia się inaczej niż z rówieśnikami, oczywiście jeśli rówieśnicy nie są innej narodowości. Po prostu rozmawiając z kolegami, być może więcej jest slangu. Natomiast język w domu i na ulicy jest mniej więcej ten sam, czyli zazwyczaj daleki od literackiej polszczyzny.

Czytałem prozę napisaną w tym języku, wiersze, Ewelina prowadziła bloga... wileński żyje i tworzy się w nim kulturę. To jest nieznany w Polsce wariant języka polskiego i wariant polskiej kultury, bazującej na odmiennych doświadczeniach historycznych. To fascynujące.

Ewelina Mokrzecka:  - W języku wileńskim nie pisze się książek...

A "Robczik" Bartosza Polonskiego?

Ewelina Mokrzecka:  - "Robczik" był pisany dla jaj, dla fanu...

Ale powstał. To się zawsze tak zaczyna: tu wierszyk, tam książka i nagle jest kultura...

Ewelina Mokrzecka: - Na Wileńszczyźnie panuje język wileński. Prowadzone są w nim imprezy kulturalne, uprawia się w nim politykę, nawet prasa polska na Litwie ma tzw. wileński smaczek. Większość Polaków na Litwie - czy chce tego, czy nie - posługuje się językiem wileńskim.

Antoni Radczenko:  - Powiedzmy szczerze, że na razie nie powstało zbyt wiele dzieł w tym języku, czy dialekcie. I tych kogo znam (Jan Rożanowski, czy Bartek Połoński od "Robczika") to raczej traktowali, jako pewien eksperyment czy żart. Pulaki z Wilni, blog Eweliny, to również forma pewnej zabawy. Oczywiście są naleciałości regionalne, i w prasie, i w mowie. Jest na przykład zespól punkowy Will'N'Ska, który śpiewa niby po polsku, chociaż gramatycznie teksty są napisane niepoprawnie. Czy jest to gwara, dialekt, czy odrębny język? Na to niech odpowiadają filolodzy i inni specjaliści.

No to opiszcie ten język. Bo rozumiem, że nie jest to już ten słynny "dialekt północnokesowy", którym, według polskiego mitu, nadal posługują się litewscy Polacy.

Ewelina Mokrzecka:  - To język w którym jest brak zasad, ale Wilniuk go rozumie. To język z masą rosyjskich i litewskich naleciałości. Język śpiewny, skoczny i... zabawny!

A powiedz to samo po wilniucku.

Ewelina Mokrzecka:  - Wileński, to jenzyk, gdzie nima żadnych ramek, a tyko Wilniuk moży jego zrozumieć. Mówim dużo słowów ruskich i litewskich, bo tak nam lichczej i prendzej.

Antoni Radczenko: - Tak w skrócie jest to mieszanka polskiego, rosyjskiego, litewskiego i białoruskiego. W zależności od miejscowości, są większe wpływy poszczególnych języków. Bo nie ma czegoś takiego jak "standardowy język wileński", przykładowo w Sołecznikach mówi się "po prostemu", a w sąsiednich Ejszyszkach już bardziej poprawnie po polsku. Inaczej mówi sią w Wilnie, trochę inaczej w regionie. Zależy też, gdzie człowiek studiował: w Polsce, czy na Litwie, w jakim środowisku się obraca: w bardziej polsko-, litewsko- czy rosyjskojęzycznym.

Czy jest w Wilnie jakaś polskojęzyczna - nazwijmy to tak - elita artystyczna, intelektualna, skupiająca młodych ludzi? Czy raczej tacy młodzi Polacy stapiają się ze środowiskiem litewskim?

Ewelina Mokrzecka:  - Różnie. W świecie sztuki nie ma podziału na narodowości, zdarza się jednak często, że Polacy chętniej współpracują z Polakami. Wiadomo - wspólni znajomi, np. z polskiej szkoły. Mogę podać tutaj kilka przykładów: gdy Daniel Samulewicz tworzył swoje "najmniejsze książeczki na Litwie", to do ilustracji projektu zaprosił swoje koleżanki plastyczki - Polki. Ale to w sumie zależy od branży. Zacznijmy od tego, że Wilno jest bardzo małe, środowisko artystyczne jeszcze mniejsze...

Antoni Radczenko:  - Zależy, co nazwiemy elitą. Rożnie z tym bywa, ktoś próbuje tworzyć po litewsku, ale często nie zapomina też o swych polskich korzeniach, jak nasze miejscowe rodzime gwiazdy Ewelina Saszenko [po litewsku - Evelina Sašenko - przyp. ZS], czy Katarzyna Niemyćko [Katažina Nemycko]. Część lituanizuje się, i po polsku mówi tylko w domu. Odnośnie elit tworzących po polsku, jest grupa poetycka Nowa Awangarda Wileńska. Są zespoły - wspomniany już punkowy Will'N'Ska, rockowy Kite Art czy folk-rokowa StaraNowa - oni mają piosenki po polsku, śpiewają dla różnej publiczności, nie ukrywają swego pochodzenia.

A czy w Wilnie istnieje jakaś mocna, młoda opozycja dla "starego" środowiska, "ostrobramskiego" - konserwatywnego, nacjonalistycznego?

Ewelina Mokrzecka:  - Brak jest jakiejkolwiek opozycji dla ''zardzewiałego" polskiego środowiska na Litwie. Nikomu się nie chce. Młodzi mają w nosie politykę, polskie tabliczki, pisownię nazwisk. Ludzie są zmęczeni tym wszystkim.

Antoni Radczenko:  - Tak. Opozycji, w sensie organizacji, ruchu, czy oddzielnej grupy wśród miejscowych Polaków raczej nie ma. Chociaż w przestrzeni internetowej można obserwować pewne inicjatywy lokalne, które próbują krytykować miejscową władzę, czy walczyć z nadużyciami. Co z tego wyniknie? Zobaczymy.

A czy to prawda, że w Wilnie naprawdę pojawili się polscy skini?

Ewelina Mokrzecka:  - Trudno powiedzieć, czy są to skini. Zdecydowanie jest to młodzież, która posługuje się symboliką patriotyczną i hasłami. Na razie są ‘’twardzi’’ w internecie, rozklejają kibicowskie vlepki..., zobaczymy, co będzie dalej...

Antoni Radczenko: - To są młodzi ludzie, którym patriotycznego bakcyla wszczepili tzw. Koroniarze. Z tego co wiem mają wsparcie z Polski od Młodzieży Wszechpolskiej. Jak się czują? Nie mam pojęcia. Wydaje mi się to trochę paranoiczne. Weźmy sytuację: litewscy skini jadą na marsz polskich nacjonalistów, gdzie obecni są również polscy nacjonaliści z Wilna. I ci, i tamci krzyczą Wilno nasze - Vilnius musu. 

Jaką część waszej tożsamości stanowi doświadczenie radzieckie?

Ewelina Mokrzecka:  - W moim przypadku doświadczenie radzieckie było mocne, i to raczej pozytywne. Chodzi m.in. o znajomość języka rosyjskiego, rosyjskiej kultury. Z nostalgią wspominam ten okres... Chodzi też pewnie o to, że był to okres dzieciństwa. Wielokulturowość wpływa tylko i wyłącznie pozytywnie.

Antoni Radczenko: - Wpływ kultura rosyjska z pewnością na mnie miała duży, zresztą jak na większość osób mego pokolenia, wpływ. A i na młodsze chyba też... Bardzo duży wpływ miała na mnie rosyjska kultura rockowa. Zresztą nadal lubię rosyjskiego rocka. Dlaczego tak? Zawsze, przed i po odzyskaniu niepodległości przez Litwę, był lepszy dostęp do kultury rosyjskiej. Natomiast żeby cos dowiedzieć się o polskich zespołach, trzeba było trochę się postarać. Zresztą kto chciał ten znajdował, bo latach 90 tych w księgarniach sprzedawano pismo "Tylko rock", więc raczej dobrze orientowałem się co się dzieje w polskim światku rockowym, gorzej było z muzyka. Płyty można było nabyć tylko w Polsce. A granica w latach 90 - tych nadal jeszcze była dosyć szczelna. Natomiast rosyjska była na każdym kroku. Zresztą to dotyczy nie tylko muzyki, ale również innych dziedzin

A czym była dla was Polska, gdy granice nie były tak otwarte, jak teraz?

Ewelina Mokrzecka:  - Polska to był wtedy inny kraj. Kojarzyła się z Pewexami, lalkami Barbie i kolorowymi pisemkami dla dzieci. Kiedy się jeździło do Polski na kolonie, to... nie, nie był to mój kraj. Byłam traktowana jak "Ruska", a u siebie, czyli w Wilnie, czułam się swojo. Zresztą podobnie jest dzisiaj. W Polsce przez niektórych jesteśmy traktowani jako ci ruscy zza wschodniej granicy...

Antoni Radczenko: - W latach 80 tych to bylem dzieckiem, wiec Polska mi najbardziej kojarzyła z gumą do żucia "Donald", czy jak to się nazywało...

Właśnie "Donald". U was nie było?

Antoni Radczenko:  - Nie. W latach 90-tych odbiór Polski był bardziej świadomy. Zaczęło się odrodzenie polskie. Zaczęły powstawać nowe organizacje, media itp. Granica również już nie była taka szczelna. Była możliwość wyjazdu do Polski na kolonie lub na studia. Szkoda, że bardzo wiele fajnych inicjatyw, właśnie pozostało w latach 90 -tych. I to co było atrakcyjne, teraz to trąci trochę stęchlizną. Ale generalnie jestem optymistą.

Poruszacie się bardzo swobodnie między Wilnem a Warszawą, wydawałoby się, że jak miedzy dwoma zwykłymi polskimi miastami, jak między Warszawą a Krakowem na przykład. Ale czy to faktyczni jest takie proste, czy jednak zmiana jednej rzeczywistości państwowej na inną jest trudniejszą sprawą?

Antoni Radczenko: - Wydaje mi się, że obecnie jakiegoś napięcia w podróżach do Warszawy czy Polski raczej nie ma, chociaż przed 10 laty, czy jeszcze wcześniej z pewnością było. Mnie się wydaje, że sama Polska zmieniła się i stała się bardziej otwarta, podobnie jak i my na Litwie...

Ewelina Mokrzecka: - Jestem obywatelką dwóch miast na literę ‘’W’’. Zgadza się, w moim przypadku to jest tak samo, jak pomiędzy Warszawą a Krakowem. Dlaczego miałoby być inaczej? Przecież nie ma już granic...

Czym się dla was najbardziej różnią te dwie państwowe rzeczywistości: polska i litewska?

Ewelina Mokrzecka: Będąc w polskiej rzeczywistości denerwuje mnie opieszałość urzędników, nieustanne kolejki w marketach i ogólny rozgardiasz. Polacy przypominają mi trochę Włochów. Z kolei na Litwie brakuje mi ludzkiego ciepła, uśmiechu. Tu raczej się nie zdarza, że w windzie ktoś ci mówi ,,dzień dobry’’ albo życzy ,,miłego dnia’’. Tak w telegraficznym skrócie...

A z punktu widzenia czysto ekonomicznego - gdzie żyje się lepiej? W Polsce czy na Litwie?

Ewelina Mokrzecka: Zdecydowanie w Polsce. W Polsce wynagrodzenia są wyższe, a w sklepach jest stosunkowo taniej, niż na Litwie. Młodym też się lepiej żyje w Polsce, chodzi m.in. o młodych przedsiębiorców i tzw. pierwszy biznes - otrzymują od państwa i miast wsparcie (np. lokal po taniości etc.). Lepiej się w Polsce mają również organizacje pozarządowe - większe wsparcie od państwa i miast w których są zarejestrowane. U nas, na Litwie, instytucje ngo nadal raczkują, a ich przedstawiciele są uważani raczej jako zło koniecznie

Rozmawiał: Ziemowit Szczerek

Ewelina Mokrzecka i Antoni Radczenko to dziennikarze, założyciele i prowadzący stronę radia "Znad Wilii" zw.lt. Ewelina - autorka popularnego bloga "Pulaki z Wilni".


WIĘCEJ NA TEN TEMAT: 


Histeria obojga narodów, czyli dlaczego Polacy nie lubią Litwinów i odwrotnie

Dowiedz się więcej na temat: Antoni Radczenko i Ewelina Mokrzecka | W. Łaski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje