Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Ukraina może załamać się gospodarczo. Będą szturmy na banki?

Trudno o gorszą politykę gospodarczą niż polityka ukraińskiego rządu. Tłumaczy ją nie interes kraju, lecz ekipy rządzącej. Kondycja gospodarki jest bardzo krucha - ocenia Anders Aslund z waszyngtońskiego Peterson Institute of International Economics.

"Szerzej nieznana grupa osób, o których sądzi się, że jest powiązana z ludźmi na szczytach władzy, przejęła dużą liczbę firm po niskich cenach. Im gorsza jest sytuacja gospodarcza Ukrainy, tym taniej grupa wybrańców może je kupić" - napisał w artykule zamieszczonym w internetowym wydaniu magazynu "Foreign Policy".       

Reklama

"Ryzyko szturmu na banki i krachu walutowego jest wyraźne, choć panika nie jest oczywista, gdyż Ukraina jest w kryzysie od dłuższego czasu" - dodaje.           

W ocenie MFW głównym problemem gospodarki Ukrainy są subsydia budżetowe dla krajowych odbiorców gazu importowanego z Rosji (stanowią one 2 proc. PKB rocznie). Inne to deficyt budżetowy i regulacje walutowe. Gospodarka Ukrainy jest w trzeciej recesji od 2008 r.       

Według Aslunda sytuacja Ukrainy nie jest dobra dla nikogo. Demonstracje w Kijowie wskazują, że kryzys ekonomiczny przybrał polityczny wymiar. Rosyjska pomoc finansowa jest niepewna i zapewne okaże się niewystarczająca. Prezydent Wiktor Janukowycz, choć było to w interesie narodowym Ukrainy, nie podpisał układu stowarzyszeniowego z Unią Europejską, który miałby pozytywny wpływ na gospodarkę i oferował plan reformy ukraińskiego państwa.       

"Strach Janukowycza przed (prezydentem Rosji Władimirem) Putinem okazał się silniejszy od zachęt oferowanych przez Brukselę" - twierdzi Aslund.       

Mimo że UE oferowała natychmiastowy dostęp do unijnego rynku jako rekompensatę za rosyjskie sankcje handlowe wobec Ukrainy, Rosjanie byli gotowi wyłożyć pieniądze na stół w postaci tańszych opłat za gaz i kredytów od rosyjskich państwowych banków (co łącznie składa się na pakiet finansowy w wys. 10 mld USD rocznie) - tłumaczy.       

Aslund przypomina, że celem Władimira Putina jest zmuszenie Ukrainy do wstąpienia do lansowanej przez Moskwę Unii Celnej (Rosja, Białoruś, Kazachstan i w przyszłości Armenia), co byłoby niekorzystne dla gospodarki Ukrainy i uszczupliłoby zakres władzy Janukowycza.           

Co więcej, "wątpliwe, by Putin zgodził się na finansowanie Ukrainy sumą 10 mld USD rocznie tylko dlatego, że Kijów nie podpisał porozumienia stowarzyszeniowego z UE" - argumentuje. Stąd zanosi się na to, że presja Moskwy na Ukrainę utrzyma się.       

Ekspert zauważa, że 10 mld USD rocznie to mniej więcej tyle, ile płaci Moskwa za wsparcie członkostwa Białorusi w Unii Celnej, a Moskwa ma instrument nacisku na Ukrainę w postaci gazociągu South Stream, który nie będzie przebiegał tranzytem przez Ukrainę.       

Aslund zauważa, iż możliwe jest także inne wyjaśnienie: Janukowycz nie chciał umowy z UE, ale sprawiał wrażenie, że mu na niej zależy. Teraz może nadal więzić liderkę opozycji i byłą premier Julię Tymoszenko, zmarginalizować opozycję w wyborach prezydenckich wyznaczonych na marzec 2015 r., dopilnować przejęcia aktywów finansowych i produkcyjnych przez rodzinny klan i zachować kontrolę nad aparatem wymiaru sprawiedliwości (reforma prokuratury obok uwolnienie Tymoszenko były najważniejszymi warunkami Brukseli).       

"Jednak biorąc pod uwagę okoliczności, w których Ukraina odrzuciła negocjowane od sześciu lat porozumienia z UE, Janukowycz nie może za swoje problemy obwiniać Tymoszenko. Zamiast tego wskazał na naciski Rosji, zaś jego premier Mykoła Azarow obwinił MFW o to, że występuje wobec Ukrainy z niemożliwymi żądaniami" - napisał Aslund w konkluzji. 

Dowiedz się więcej na temat: Ukraińcy zaczną szturmować banki?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje