Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

W Polsce wydarzyło się coś potwornego

"Po upadku komunizmu wydarzyło się coś potwornego (...)".

Przed epoką socjalizmu w naszej części świata - czy to w Polsce, na Słowacji, czy na Ukrainie, czy w Rosji - była jakaś forma. Czy to narzucona przez zewnętrzne ośrodki kulturowe, czy to zrodzona wewnątrz (...). W czasach sowieckich forma też była. Najpierw socmodernizm, prosta kontynuacja tego, co działo się w międzywojniu, tyle że rozpompowana momentami do rozmiarów nie ludzi, a jakiejś ludzkiej megafauny. Na przykład tych doje**nych robotników wykutych w kamieniu i ulepionych z gipsu na frontonach budynków użyteczności.  

Reklama

Ale w latach dziewięćdziesiątych, gdy to wszystko w najlepsze padło na twarz i rozleciało się na tysiąc kawałków, okazało się, że pod spodem niczego już nie ma. Żadnej formy. Że nie potrafimy budować, tylko klecić. Ćkać jedno na drugie, wpierdalać się na chama w publiczną przestrzeń, z czym się tylko da".

Ów obszerny cytat nie pochodzi z opracowania architektonicznego na temat jakości współczesnego budownictwa. Nie mógłby zresztą, wziąwszy pod uwagę radosną pogardę dla językowej, politycznej poprawności. To fragment książki Ziemowita Szczerka, dziennikarza, podróżnika, który - jak sam o sobie mówi - zajmuje się "dziwactwami w Europie Środkowej i Wschodniej". "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian" nie rości sobie pretensji do fachowej oceny infrastruktury w krajach tak zwanego Postsowietu. To zapis obserwacji poczynionych przez humanistę, siłą rzeczy zatem nakierowanych na aspekt estetyczny. Bylibyśmy jednak w błędzie sądząc, że jedynie o syf w przestrzeni publicznej - tak w cytowanym fragmencie, jak i w całej książce - autorowi chodzi. Bo "Mordor..." jest w istocie relacją na temat stanu naszej, polskiej duszy.

W oparach wódki, fajek i kwasów  

By się czegoś o niej dowiedzieć, wraz z autorem udajemy się... na Ukrainę. Towarzyszymy mu w jego podróżach rozpadającymi się autobusami, po wertepach, które tylko przy dobrych chęciach można by nazwać drogami. Przy których czają się skorumpowani gliniarze i zabiedzone babuszki, handlujące czym się tylko da. Jeździmy śmierdzącymi pociągami, zza okien oglądając zdewastowany ekologicznie Donbas. Widzimy miasta, których materia rozpada się na naszych oczach, słuchamy relacji o dziewczynach, gotowych skurwić się dla polepszenia losu. Nawet gdy trafiamy na słoneczny Krym, wcale nie jest za wesoło. Bo w stopy parzy rozgrzany, pękający beton, którym zalano plaże w czasach Sojuzu. A wszystko to w oparach wódki, fajek i kwasów - jakby inaczej nie dało się tej ukraińskiej codzienności znieść.  

W trakcie lektury bardzo szybko dochodzimy do momentu, w którym zastanawiamy się, po co autorowi to wszystko? Dlaczego - zamiast wybrać wygodne wycieczki na Zachód - tuła się po Wschodzie? Czy owo masochistyczne zacięcie wynika z chęci odbywania "pielgrzymek" do dawnej macierzy? Chyba nie, o czym świadczy fragment książki, w którym Szczerek opisuje motywowanych sentymentalnie Polaków jako bandę frajerów, bez skrupułów wykorzystywanych przez Ukraińców. Na przykład właścicieli pokoi noclegowych, którzy mamią klientów polskimi przodkami, czy dzieciaków obstępujących wycieczkowe autokary, recytujących po naszemu, że "bieda, że Pan Polak na pewno pomoże".  

Komu zalało stadion?  

O co więc w tym wszystkim idzie? Autora demaskuje jego ukraiński przyjaciel, Taras, współtowarzysz kilku eskapad.  

"Sam mieszkasz w chu**wym kraju, chu**wszym od większości innych krajów w okolicy. Tylko nie od mojego. I dlatego, żałosny dupku, przyjeżdżasz tutaj lepiej się poczuć?".  

Każdego roku na Ukrainę wyjeżdża tysiące takich eksploratorów jak Szczerek, ale opisana przez Tarasa postawa jest dużo bardziej powszechna. Przypomnijmy sobie choćby medialne relacje - i nasze na nie reakcje - przy okazji przygotowań do Euro 2012. Te powszechne złośliwości, że na Ukrainie maskują wszystko farbą, a poziom wykonawstwa gwarantuje spektakularne katastrofy już po mistrzostwach. Tymczasem to u nas, a nie w Doniecku, ulewa zatopiła nowiusieńki stadion...  

Ale nie w tym rzecz, by się licytować. Nie sposób zaprzeczyć, że Polska z roku na rok pięknieje. Że walczymy z dziedzictwem brzydoty i bylejakości, odziedziczonym po latach komuny i pierwszym dziesięcioleciu nowej RP. Ale czy nie brak w tym wszystkim przypadków fuszerki? Wejdźmy w podwórka nie tak odległe od centrów miast. Mało tam odpadającego tynku, stawianych bez ładu i składu blaszanych garaży, czy drewnianych bud? Spójrzmy na werżnięte w tkankę miast ogrody działkowe, z ich altanami zbudowanymi byle jak i z byle czego. Ileż cierpliwości wymagają od nas nasze drogi, co rusz łatane masą asfaltopodobną? Ile mamy zapyziałych miasteczek, a w nich sklepików z nieodłączną menażerią zamulonych wielbicieli tanich win?   

Ujmując rzecz w stylistyce autora "Mordoru...", jesteśmy roz**bani między Wschodem a Zachodem, miotamy się, sami chyba nie wiedząc, czego tak naprawdę chcemy. Więc często improwizujemy, czyniąc improwizację ważnym elementem naszej codzienności. A gdy nam dokucza, patrzymy na wschód, choćby na taką Ukrainę, i pocieszamy się myślą, że tam mają jeszcze większy burdel. 

To chyba nie najlepiej świadczy o stanie naszej duszy... 

Marcin Ogdowski


Książka "Przyjdzie Mordor i nas zje" Ziemowita Szczerka ukazała się nakładem wydawnictwa "Ha!Art". Więcej tekstów Szczerka utrzymanych w stylistyce gonzo można przeczytać w projekcie "Dryf" na portalu "Ha!Art"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy