30. rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce

"Nieznani sprawcy" w działaniu

Najbardziej wymiernym skutkiem stanu wojennego są jego ofiary śmiertelne. To nie tylko zabici podczas pacyfikacji strajków górnicy kopalni "Wujek" w Katowicach czy ofiary manifestacji ulicznych, jak Bogdan Włosik i Ryszard Smagur w Nowej Hucie, zastrzeleni na ulicach Lubina czy zakatowani na komisariatach milicji, jak Grzegorz Przemyk, ale również ofiary tzw. nieznanych sprawców.

Wyjaśnieniem tych śmierci zajmowała się tzw. "komisja Rokity", czyli Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW. Sprawcy nie zostali odnalezieni. Wiele czasu i wysiłków poświęcił niewyjaśnionym morderstwom stanu wojennego i lat 80. XX wieku Piotr Litka, dziennikarz śledczy, autor reportaży, filmów dokumentalnych i książek dotyczących politycznych mordów po 13 grudnia 1981 roku.

Reklama

Jarosław Szarek: Zajmuje się pan od wielu lat dziennikarskimi śledztwami dotyczącymi głównie zamordowanych księży, nie tylko ks. Jerzego Popiełuszki, ale również tych zamordowanych w 1989 roku - uznanych za ostatnie ofiary PRL: ks. Niedzielaka, ks. Suchowolca czy ks. Zycha. Efektem pańskiej pracy są liczne filmy, programy, książki. Czy jest coś wspólnego w tych morderstwach dokonanych przez tzw. nieznanych sprawców?

Piotr Litka: - Zabójstwa dokonane po wprowadzeniu stanu wojennego w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach, czy pobicia kończące się śmiercią tych kilkudziesięciu osób wymienionych w raporcie Rokity mają wiele wspólnego. Poza tym, że podobne są okoliczności: brak świadków, ginące dowody, umarzane śledztwa. Łączy je także wszystko to, co działo się przed śmiercią danej osoby: osaczenie i zastraszenie - anonimy, inwigilacja, grupa donosicieli, która działała wokół tych osób, kłopoty w pracy czy duszpasterstwie w przypadku księży.

W jaki sposób wybierano ofiary tych zabójstw?

- To nie były osoby przypadkowe, ale zawsze związane z opozycją, które aktywnie działały mimo stanu wojennego. Wymieńmy choćby związanego z rolniczą "Solidarnością" Piotra Bartoszcze (jego ciało znaleziono na dnie studni w lutym 1984 roku) czy dominikanina o. Honoriusza Kowalczyka z Poznania, wspierającego "Solidarność" i Niezależne Zrzeszenie Studentów (wypadek samochodowy w 1983 roku). W tych sprawach zawsze też działała jakaś tajemnicza siła - "niewidzialna ręka", która doprowadzała potencjalną ofiarę do osaczenia, strachu. Te okoliczności poprzedzające śmierć w każdym przypadku były więc podobne.

- Dotyczy to także ks. Jerzego Popiełuszki, o śmierci, którego wiemy stosunkowo dużo, choć nie wszystko, jak też innych mniej znanych przypadków opisywanych w raporcie Rokity. Z tego możemy wysnuć wniosek, że wiele niewyjaśnionych zbrodni z okresu po wprowadzeniu stanu wojennego mogło być popełnionych przez określoną grupę sprawców powiązaną z tajną policją polityczną PRL.

Zabójstwa z rąk "nieznanych sprawców" czy uprowadzenia: choćby Janusza Krupskiego - znanego działacza opozycyjnego, byłego wiceprezesa IPN (zginął 10 IV 2010 w katastrofie pod Smoleńskiem przyp. red.) - czy działaczy "Solidarności" w regionie toruńskim, m.in. Antoniego Mężydły obecnego posła PO, nasiliły się w połowie dekady, kiedy opór solidarnościowej opozycji stał się mniejszy. Nie wskazują one na zmianę taktyki zwalczania opozycji, polegającej na trwałej likwidacji najaktywniejszych działaczy i tym zastraszaniu pozostałych?

- Rzeczywiście, to wszystko układa się w logiczną całość, a ja w tych kwestiach w żadne przypadki nie wierzę. Po 1989 roku sprawa porwania Janusza Krupskiego (początek 1983 roku) i innych osób w rejonie Torunia (przełom 1983 i 1984 roku) znalazła swój finał w sądzie. Udało się odnaleźć i osądzić sprawców. Okazało się, że związani oni byli z działalnością tzw. Grupy "D" (dezintegracja) oraz ze sprawą ks. Jerzego Popiełuszki. Jak ujawniono, stosowała ona m.in. pobicia, uprowadzenia, groźby, podstępne podawanie środków odurzających oraz przestępstwa przeciwko mieniu: podpalenia, napady na mieszkania itp.

Przypadek z porwaniem Janusza Krupskiego dowodzi, że działania oprawców nie zawsze były skuteczne...

- Oczywiście, w zachowanych dokumentach nie znajdziemy zadań związanych z eliminacją działaczy "Solidarności", ale przecież to esbecy z Grupy "D" porwali w centrum Warszawy - pod Pałacem Kultury i Nauki - Janusza Krupskiego. Wspominał potem, że sprawcy mówili przy nim, że celem operacji jest jego utopienie w jeziorze, ale oblali go żrącym płynem i pozostawili w Puszczy Kampinoskiej. Uznali, że to wystarczy, by umarł, ale Krupski cudem uratował się, wrócił do Warszawy, zrobił sobie obdukcję i dzięki temu możliwe było postawienie zarzutów sprawcom tego porwania po 1989 roku.

Wiadomo, kto go porwał?

- Porwanie to zorganizował nie kto inny, jak zabójca ks. Popiełuszki, Grzegorz Piotrowski, naczelnik Wydziału VI, czyli zakamuflowanej w centrali MSW Grupy "D". Porwanie Krupskiego miało też element wspólny z tzw. porwaniami toruńskimi (które przeprowadzali funkcjonariusze SB, ale też zaprzyjaźniony z nimi charakteryzator z teatru w Toruniu). Porywano w centrum miasta, a ofiary wywożono do lasu, na odludzie. Te schematy działania nie były jednak sztywne, zawsze mógł zadziałać przypadek, który czasem ocalał życie ofiary - tak jak w przypadku Janusza Krupskiego.

Komuniści robili wszystko, by zatrzeć ślady, nawet jak zostali zmuszeni do procesu w przypadku morderstwa ks. Jerzego czy choćby podjęcia śledztwa. Często jednak im się to nie udawało. Czy natrafił pan na takie ślady?

- Tak, np. w Instytucie Pamięci Narodowej zachowały się dwa dokumenty, które podważają akt oskarżenia i wyrok peerelowskiego sądu w sprawie ks. Jerzego z 1985 roku. W tomie pierwszym znajduje się notatka z użycia psa tropiącego w miejscu porwania ks. Popiełuszki. Wynika z niej, że udział w uprowadzeniu i zabójstwie kapelana "Solidarności" mogła mieć też inna ekipa, z drugim samochodem, do którego zaprowadzono ks. Jerzego.

- Następny dokument, z dalszych tomów, został sporządzony przez funkcjonariusza z Torunia. Wskazuje on na wydobycie zwłok ks. Jerzego z zalewu włocławskiego dwa dni wcześniej niż oficjalnie podano. Te wątki próbował "pociągnąć" prokurator Andrzej Witkowski, ale dwukrotnie prowadzenie śledztwa w tej sprawie mu odebrano. Dzisiaj także toczy się śledztwo, ale, o ile wiem, nie ma żadnego aktu oskarżenia w sprawie ukrywania akt itp.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje