Powrót. Stacja: Kraków Główny

"Wysiadamy. Świeci słońce, ale rozpierzcha się w mgle, dymie. W tym świetle czarne oczy trzydziestoparoletniej kobiety żarzą się jeszcze wyraźniej. Wyczekuję chwili, gdy przygasną, gdy pozwolą w końcu napłynąć smutkowi. Ale nic takiego się nie dzieje".

- Pozna mnie pan. Pomarańczowa apaszka.

Reklama

Podbiegam na peron. Z daleka wygląda jak konduktorka. Jest bardzo elegancko ubrana. Zajmujemy miejsce. W pociągu jest gorąco jak nieszczęście, tłok. Osobowy do Rzeszowa.

- Pani codziennie wraca pociągiem?

- Od jakiegoś czasu tak. Bus jedzie rano z półtorej godziny. Pociąg godzinę. Co prawda na stację mam dwa kilometry..

- Podjeżdża sobie pani?

- Nie, podchodzę. A w zasadzie podbiegam. Ustawiam sobie budzik na 6.15. Wstaję wcześniej, ale o tej godzinie muszę wyjść. Zakładam adidasy, dres i uprawiam sobie poranny jogging. Inaczej bym nie zdążyła. Wie pan, często dziki spotykam. Więc muszę być ubrana na sportowo, żeby szybko uciec. Z dzikami nie ma żartów. Nawet upatrzyłam sobie płoty, przez które łatwo przeskoczyć. A potem przychodzę do pracy, przebieram się i wio.

- Chyba już panią przez tę pracę nic nie dziwi.

- Ja pracuję w sprawach karnych jako protokolantka, więc nic mnie nie dziwi. Z początku nawet się bałam, że się na mnie bandyci będą mścić - śmieje się.

SZLACHETNA PACZKA trwa. Zrób dobry uczynek przed świętami, dokonaj wpłaty i pomóż>>

- Długo pani tam pracuje?

- Nie tak długo. Wcześniej pracowałam jako konserwator zabytków. To ciężka praca fizycznie, ale bardzo ją lubiłam. Niestety ze względu na stan zdrowia musiałam, jak to mówią, szybko się przekwalifikować. W sądzie rekrutowali pracowników gospodarczych. Zaprosili mnie na rozmowę. Byłam przekonana, że będę z wózkami jeździć. Kobieta pyta mnie: "To od kiedy może pani pracować?" Odpowiadam: "Od teraz". "To proszę iść na górę do pani sędziny". A sędzina do mnie: "Będzie pani pracować z aktami". "Proszę?". "Nauczy się pani". Tak zostałam protokolantką. Daję radę.

Stacja Szarów

- Sama daje pani radę?

- Niestety. Mam dwójkę wspaniałych synów. Pomagają mi, jak mogą. Chcą tego. Starszy ma 15 lat i kosi kosą trawnik, w piecu napali. Mamy pod domem stadninę, jeździ konno. To dziś droga pasja, więc pracuje w stadninie i dostaje za to godziny w siodle. To trzeba powiedzieć wprost - wyrzuciłam z domu męża. Nie pracował, nie chciał pracować, utrzymywałam go. Nie jest zainteresowany kontaktami z synami. Wie pan, popełniłam kiedyś duży błąd. Bardzo chciałam, żeby dzieci miały ojca. Zapłaciłam mu za to, żeby do nich przyjechał. Kupiłam mu prezent, żeby wręczył go chłopcom.

- Już wtedy pracowała pani w sądzie?

- I w piekarni. To trwało kilka lat. Dniówki w sądzie, nocki w piekarni. Do piekarni miałam piechotą trzy kilometry w jedną stronę. To była trudna decyzja. Myślałam sobie, Boże, jak ja sobie sama poradzę? Ale przyjaciółki mówiły - Karolina, przecież ty go utrzymujesz, przecież tobie będzie teraz łatwiej. Wtedy nie miałam dla siebie w ogóle czasu. Dziś mam piętnaście minut wieczorem. Czytam sobie wtedy Biblię.

- A sen?

- Sen... Spałam, kiedy się dało i gdzie się dało... Nie było wyjścia. Wzięłam kredyt na dom. Ja jestem krakuską, ale lubię wieś, tu jest spokój i cisza. Bardzo się z tego domu cieszyliśmy. Sama układałam płytki. Tydzień później to się stało.

- Opowie pani?

Stacja Rzezawa

- Wróciłam z pracy, gotowałam obiad, chłopcy już też byli w domu. To musiało zacząć się dużo wcześniej. Wyszłam na zewnątrz i spojrzałam na dach. Dymiło się z niego. Pobiegłam na górę. Otworzyłam drzwi swojej pracowni i...

- Pracowni?

- Kocham rzeźbić w drewnie i odlewać formy. To był mój sposób na odreagowanie, azyl, sztuka. Kiedyś przyjechał znajomy, drzwi były otwarte. Mówi: "Karolina, ja tu pięć minut stoję, a ty mnie nie widzisz...".

- I co w tej pracowni?

- Ogień. Ogień, płomienie. Wszystko w płomieniach. Pierwsza myśl: dzieci. Biegnę na dół. Krzyczę: Chłopcy, zabierać co możecie - ubrania, dokumenty. Dzwonimy po straż. Za jakieś dwadzieścia minut przyjeżdżają chłopcy z OSP. Nie mają pompy, węża, coś im nie pasuje... Nie ugaszą. Dzwonimy po zawodowców z Bochni. Straż przyjeżdża po czterdziestu minutach. Już nie ma co gasić. Wlewają tam masę wody, nie wytrzymują tego nawet wylewki.

- A wy gdzie byliście?

- Staliśmy na zewnątrz. Ktoś trzymał młodszego syna. Wyrywał się, wrzeszczał. Zgliszcza. Wszystko od awarii elektryki, zwarcie w przewodach w stropie.

- ...

- Wtedy nie można się zatrzymać. Trzeba od razu działać, zupełnie jak przy budowie domu. Szefowa w pracy pozwoliła mi pójść na dłuższe chorobowe. A ja nie chciałam zaburzyć normalności, pozwolić umysłowi przyjąć, że wydarzyło się coś dramatycznego. Synowie przeżyli traumę. Mówili: "Mamuś, my nie damy rady..." A ja uścisnęłam ich i mówię: "My nie damy rady?! My nie damy rady?!". Ja oznajmiłam wszystkim, że najbliższe święta spędzimy w odbudowanym domu. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić mieszkanie przydzielone przez gminę.

- Trzy miesiące?!

- Tak. I wie pan, co? My, Polacy, tacy jesteśmy. Kiedy ma pan marzenie, cel, zamiast dopingować cię, zagrzewać do walki, klepią swoje: "Nie dacie rady. Zobaczycie... Jeszcze się życia nauczycie." A ja im udowodniłam, że się mylą.

- No ale chyba pani żartuje. Udało się postawić dom w trzy miesiące?

- Oczywiście. Z pomocą innych. Wtedy w ogóle zaczęło dziać się coś dziwnego... Ja to nazywam małymi cudami.

Najpierw piesek. Gmina przydzieliła nam psychologa. Załamałam się. Kazali synowi głęboko oddychać. Załatwiłam mu wizytę prywatnie. Powiedział, że małemu pomoże szczeniak. Myślę sobie: "Jaki piesek? Kiedy, co, jak..." Odpuściłam. Parę dni później dzwoni telefon. Znajomy pyta: "Karolina, nie potrzebujecie czasem pieska?" Mówię mu: "Wiesz, co chyba jednak potrzebuję". Dzięki temu syn się otworzył.

Później odbudowa. Sama się za to wzięłam. Pracuję w środku, tyle gruzu. Myślę: "Boże, jak byłoby dobrze, gdyby ktoś pomógł." I dosłownie wtedy wchodzi moja przyjaciółka, która zebrała całą ekipę znajomych. Wielu z nich wcześniej nie znałam. Dziś się przyjaźnimy.

To było wiele dni pracy, żeby zdążyć przed świętami. Nie miałam nawet kiedy i na czym coś ugotować tym ludziom. Myślę: "Kupię chociaż jakieś drożdżówki". Wtedy widzę pod domem starszą kobietę. Niesie nam łazanki.

Pomogło mi wiele osób. Ja panu powiem, jaki jest problem z pomaganiem. Ludzie, którzy potrzebują pomocy, nie potrafią powiedzieć, czego potrzebują. Mówią: "No tego, tamtego. Wszystko i nic". A gdy do mnie ktoś dzwonił, ja mówiłam konkretnie: "Pustaki - tyle i tyle. Regipsy - tyle i tyle".

Stacja Jasień Brzeski

- Kiedy się wprowadziliście?

- Parę tygodni przed świętami. Schodów nie było, prawie nic nie było. Po drabinie schodziłam z pokoju na dół, i do pracy. Potem znajomy zrobił nam prowizoryczne schody, barierkę sama wystrugałam. Tylko był problem. Syn nie był w stanie wejść na górę. Przecież dam się wszystko zaczęło. Po prostu blokada. A na górze w pokojach tuż przed świętami trwał wyścig z czasem. Remont na pełny gaz. My wszyscy na górze, a on na dole. W końcu schodzę do niego i mówię: "Wiesz co, tam by się przydał nadzorca. My malujemy twój pokój na niebiesko, tak jak chciałeś". On pyta, czy wszyscy malują. Mówię: "Tak, wszyscy, tylko ciebie brakuje." "To mamuś, ja tam pójdę, ale możesz iść ze mną?" Weszliśmy na górę razem za ręce. Wziął do ręki wałek. Moja mama lamentuje: "Ubrudzi się, ubrudzi!". A ja do niej: " Mamo, cicho, to jest ten moment.". Mały zaczął malować, byliśmy w domu..

- Wtedy dotarły dary ze Szlachetnej Paczki?

- Tak, z tydzień przed świętami. Łóżka, poduszki, meble. Dzień przed wigilią kończymy pracę w nocy. Mówię do synów: "Słuchajcie, nie ściągamy folii z łóżka. Jesteśmy cali brudni i dosłownie padnięci. Kładziemy się i śpimy." I tak spędziliśmy tę noc.

- Mieliście z czego przygotować wigilię?

- Tak, dzięki Szlachetnej Paczce mieliśmy wszystko. Nawet choinkę i bombki. Wie pan, ja nie boję się mediów, w których opowiadam o swojej sytuacji i pomocy, którą otrzymałam od Paczki. Bo widzę, że to działa. Gdy tylko będę mogła, sama na pewno zostanę Darczyńcą. Tego uczę swoich synów: żeby brać, musisz pomagać. A czy to tak fajnie całe życie tylko brać i brać? Czy to przynosi satysfakcję? Czy to nie wstyd? Zresztą, miałam potem dziwną sytuację. W styczniu zadzwonili do mnie z gminy. Wcześniej otrzymałam od nich odszkodowanie w kwocie 3 tysiące złotych. Pytają, czy mi coś nie zostało.. Bo inna rodzina miała pożar. Trochę się zdenerwowałam, ale mówię do tej pani: "Proszę mi podać numer do tej rodziny". Mówię tej poszkodowanej kobiecie: "Wie pani, raczej nic nie zostało, sami ciągle potrzebujemy pomocy, ale niech pani przyjedzie, poradzimy sobie, pomożemy". Ona odpowiada: "To ja przyślę męża". Podjeżdża samochód. Staję w drzwiach i własnym oczom nie wierzę. To Irek, mój dobry kolega z pracy w piekarni. Pytam go: "Irek, co ty tu robisz?" On: "No, dom mi spłonął.."

Wysiadamy. Świeci słońce, ale rozpierzcha się w mgle, dymie. W tym świetle czarne oczy trzydziestoparoletniej kobiety żarzą się jeszcze wyraźniej. Wyczekuję chwili, gdy przygasną, gdy pozwolą w końcu napłynąć smutkowi. Ale nic takiego się nie dzieje. Jest zimno. W dali majaczą pola i las. Idziemy dwa kilometry w kierunku jej domu. Opowiada, że dopiero przy piątym ją dusi. To astma, codziennie bierze leki.

Na ulicy widać zbliżającą się postać. Młodszy syn wraca ze szkoły. Karolina mówi: - Kiedyś przyszedł i mówi, że dostał jedynkę z religii. Powiedziałam mu, żeby się nie przejmował. Wiarę ma tu, w sercu. Kieruję się w wychowaniu tą zasadą - mogę ich ochrzanić w domu, ale na zewnątrz zawsze ich bronię.

Schodzą z ulicy w boczną drogę. Rozmawiają, ale ich głosy szybko nikną, trochę wieje. Ich nieotynkowany dom stoi w drugim rzędzie zabudowy.

SZLACHETNA PACZKA trwa. Zrób dobry uczynek przed świętami, dokonaj wpłaty i pomóż>>

* * *

SPROSTOWANIE

"Informacje zawarte w artykule nie znajdują potwierdzenia w faktach i przedstawiają strażakó Komendy Powiatowej PSP w Bochni w niekorzystnym świetle. Nieprawdziwe informacje są zawarte w rozdziale 'Stacha Rzezawa' i dotyczą zarówno błędnych czasów alarmowania, jak również prowadzonych działań ratowniczych.

Błędnie napisano, że na miejsce pożaru przyjechała jako pierwsza jednostka OSP i to dopiero po 20 minutach. W rzeczywistości pierwszy na miejscu był zastęp z JRG z Bochni, który dojechał po 11 minutach od przyjęcia zgłoszenia (a nie po 40 minutach, co wpisano w artykule). Wymieiona w artykule jednostka OSP dojechała jako druga również po 11 minutach.

Nieprawdziwa jest informacja o trudnościach w podaniu wody na palący się obiekt. Podczas akcji nie zanotowano żadnych utrudnień w działaniach ratowniczych, w tym zaopatrzeniu w wodę do celów gaśniczych."

Komendant Powiatowy Państwowej Straży Pożarnej

st. bryg.mgr inż. Krzysztof Kokoszka

* * *

Wyjaśnienie Stowarzyszenia WIOSNA

Dot. pisma Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Bochni z dn. 16 grudnia 2016 roku do Grupy Interia.pl z prośbą o sprostowanie artykułu pt. "Powrót. Stacja. Kraków Główny".

Informujemy, że w artykule naszego autorstwa "Powrót. Stacja. Kraków Główny" dochowaliśmy rzetelności dziennikarskiej, przedstawiając wersję wydarzeń w dniu pożaru według relacji bohaterki tekstu. Pragniemy zauważyć, że zainteresowani kwestionują zacytowaną wypowiedź bohaterki, a nie relację naszego dziennikarza. Co więcej, po otrzymaniu informacji z żądaniem sprostowania informacji, skontaktowaliśmy się telefonicznie z bohaterką, która nie wyparła się swoich słów i potwierdziła swoją relację.                             

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje