Szlachetna Paczka

Radiowozem do domu dziecka

W dzień dziecka Martynka przybiegła do tutorki, by pokazać jej smsa od ojczyma: "Ku…, co masz dla mnie z okazji dnia dziecka kwoko?". Martynka nie patrzyła na treść; cieszyła się, że "wujek" o niej pamiętał. Bo to i tak więcej niż tata, który nigdy nie dzwonił, ani nie pisze, nawet w urodziny.

Promień nadziei na normalne życie

Byłam wtedy z babcią. Nagle dzwoni telefon. Policja. Proszą, by zjawić się na komisariacie. Nie miałam przy sobie dosłownie nic.  Przecież byłam dorastającą dziewczyną. Nie pozwolili nic zabrać. To był dla mnie szok - wspomina Sabina.

Reklama

Radiowóz zawiózł Sabinę z bratem do rodzinnego domu dziecka na Woli Justowskiej w Krakowie. Tak orzekł sąd, bo jej rodzice nie potrafili się nami zająć. Zostały im ograniczone prawa do opieki nad dziećmi.

Był czerwiec, ciepło. W drzwiach domu dziecka zobaczyła swoją przyszłą wychowawczynię. Pokazała jej pokój, w którym miała spędzić najpiękniejszy czas w życiu -  dzieciństwo, młodość.  Dzieliła go z pewną licealistką, z którą nie mogła mieć wiele wspólnych tematów. "Ciocia", bo tak mówiło się na wychowawczynię, kupiła mi wszystko na drugi dzień. To była młoda osoba, miała około dwadzieścia cztery lata. Prowadzili, z sercem, rodzinny dom dziecka z mężem. Ale to nie pomagało. Sabina znalazła się przecież w domu dziecka.

Właśnie wtedy w jej życiu pojawiła się po raz pierwszy Akademia Przyszłości. Przydzielono jej tutorkę Elę, czyli opiekunkę, która miała wspierać ją, inspirować, by uwierzyła w siebie, a w jej życiu pojawił się promień nadziei na normalne życie.

Sabina miała wielkie opory, nie chciała z nikim rozmawiać, ale tak naprawdę bardzo tego potrzebowała.  - Podpisałam z Elą pewien kontrakt - wspomina.

- Spisałyśmy na oddzielnych kartkach swoje oczekiwania. To było naprawdę mądre. Poczułam się jak dorosła. Chyba dzięki temu dałam się przekonać. Ustaliłyśmy na przykład, że dzwonimy do siebie, kiedy nie możemy przyjść. Tak, żebym czuła się bezpiecznie. Ona nie musiała na mnie wymuszać. Wiedziała, że sama muszę się otworzyć. Poznałam też wtedy nową przyjaciółkę. Jej rodzina w Krakowie zapraszała mnie na weekendy. Czułam się u nich lepiej niż z biologicznymi rodzicami. Ale pierwsze święta spędziłam jeszcze w domu dziecka.

Akademia Przyszłości otworzyła ją na ludzi. Rodzina przyjaciółki postanowiła przyjąć Sabinę na stałe do domu, zaadoptować. Miała wtedy już 17 lat,  u progu dorosłości znalazła nową rodzinę.

A teraz jako osoba dorosła, studentka, postanowiła odwdzięczyć się za dobro, jakie przyniosła jej Akademia. Została tutorką. Opiekuje się chłopcem z Armenii, który nie radzi sobie w szkole ze względu na barierę językową. Sabina, wie, jakie to uczucie.

Sznurówki Pawełka

Akademia Przyszłości, flagowy projekt Stowarzyszenia WIOSNA, które co roku organizuje Szlachetną Paczkę,  to 14 lat intensywnej pracy, 2103 dzieci, 23 685 spotkań dzieci z wolontariuszami, 167 szkół partnerskich. Każde z tych spotkań przynosi poruszające historie. Jak ta Pawełka.

Historia tego sześciolatka jest szczególnie wzruszająca. Pawełek był bardzo pogodnym chłopcem, ale bardzo wycofanym i szybko poddawał się. Nie potrafił samodzielnie zawiązać butów. W klasie wszyscy z niego drwili. Kiepsko radził sobie z pracami manualnymi, odstawał. Nikt nie wierzył, że kiedykolwiek uda mu się samodzielnie zawiązać buty, sytuacja wydawała się beznadziejna. Pawełek poznał tutora Akademii Przyszłości, Waldka. Ten przez ponad trzy miesiące uczył go wiązać sznurówkę na udzie.  - Sam w którymś momencie zwątpiłem, ale nie poddałem się - wspomina tutor. Któregoś dnia podjęli ostatnią próbę i.. udało się!  - Nigdy nie zapomnę, jaki ten chłopak był szczęśliwy! - opowiada Waldek. Pawełek poszedł do domu i chwalił się dumnie rodzicom, że w końcu mu się udało.  - To była jedna z bardziej wzruszających chwil w moim życiu - wyznaje Waldek.  Pawełek nauczył się wiązać sznurówki w parę sekund, błyskawicznie. Gdy podszedł do swojego wuefisty, i pochwalił mu się, jak wiąże buty, wuefista dosłownie zaniemówił z wrażenia.

- Dla takich chwil wiem, że warto żyć - podsumowuje Waldek.

Sms na dzień dziecka

Celem działań Akademii jest wspieranie dzieci, by odzyskały wiarę w siebie, nie przegrały życia na samym początku. Te dzieci marzą tylko o tym, by ktoś się w nich zakochał. Jak Martynka. Gdy tutorka poznała dziesięcioletnią Martynkę, wychowawczyni w szkole powiedziała o niej tak: - Musi dotknąć dna, by się od niego odbić. Szkoda pani czasu.

Martynka siedziała na podłodze, zamiast na krześle. Zadzierała głowę, by coś zobaczyć na tablicy. To była kara wychowawczyni za złe zachowanie, czyli pisanie liścików z koleżanką na języku polskim. Miało to potrwać dwa tygodnie, i skończyć się, gdy Martynka napisze 250 słów na literę b.

Tutorka zobaczyła w Martynce pogodną dziewczynkę, która kocha swojego psa i piosenki o miłości. I nie miała żadnych wątpliwości, czy poświęcić jej czas.

Zaczęły wspólne zajęcia, raz na tydzień. Tutorka na jednych z pierwszych spotkań położyła na ławce pudełko kredek Bambino. Zobaczyła błysk w oku dziewczynki. Martynka zapytała: "Mogłabym zabrać do domu różowy?"

W dzień dziecka Martynka przybiegła do tutorki, by pokazać jej smsa od ojczyma: "Ku..., co masz dla mnie z okazji dnia dziecka kwoko?" Martynka cieszyła się, że "wujek" o niej pamiętał. To i tak więcej niż tata, który nigdy nie dzwonił, ani nie pisze, nawet w urodziny.

Potrafiła nagle rozpłakać się. Kładła się na podłodze i ryczała piętnaście minut. - To nigdy nie miało żadnego morału, pointy - wspomina tutorka. To było po prostu życie Martynki. - Załamała się, gdy jej przyjaciółka ze szkoły trafiła do domu dziecka. Napisała do niej list ze słowami: "Bez Ciebie nie mam po co chodzić do szkoły".

Zbliżały się święta, gwiazdka. "Ale jestem piękna" - cieszyła się dziewczynka, gdy tutorka wkłada jej na głowę gwiazdę z białego, zwykłego brystolu. Nikt wcześniej nie wpadł na to, by ją przebrać. Martynka śpiewała wtedy najgłośniej ze wszystkich "Hosanna na wysokości!".

Często jeździły ze sobą tramwajem. Martynka w końcu zaczęła się uśmiechać. Gdy zobaczyła, że tutorka wyciąga z torby książkę, zapytała: "Dorośli też musza czytać zadane lektury?" Tutorka wytłumaczyła jej, że niektórzy czytają dla przyjemności. Odtąd w tramwaju można było zobaczyć taki obrazek: dwie kobiety, jedna dorosła, druga mała, wyciągają z torebek swoje książki i w spokoju czytają.

AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI to siostrzany projekt SZLACHETNEJ PACZKI. Kiedy wolontariusze odwiedzali rodziny w potrzebie, dostrzegli, że dzieci potrzebują nie tylko materialnej pomocy, ale przede wszystkim wyprowadzenia ich z błędnego przeświadczenia, że do niczego się nie nadają.

Możesz wesprzeć AKADEMIĘ PRZYSZŁOŚCI i dać szansę takim dzieciom jak Martynka i Pawełek. Przekaż nam swój 1 %



materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje