Afera podsłuchowa

"Gazeta Wyborcza": Nowe tropy w aferze podsłuchowej

Kelner, który zakładał w restauracjach podsłuchy, zapisywał, kogo i kiedy nagrywał. Z notatek wynika, że nagrań jest znacznie więcej, niż ma prokuratura - informuje "Gazeta Wyborcza".

Gazeta pisze, że wie, co ustalili śledczy badający, kto i dlaczego przez co najmniej rok nagrywał wysokich urzędników państwowych podczas rozmów w warszawskich restauracjach "Sowa i Przyjaciele" oraz "Amber Room".

Reklama

Według "GW", na trop "grupy nagrywającej władzę" wpadł jeden z czterech prokuratorów prowadzących śledztwo. Podsłuchiwaczy wkopał sam tygodnik "Wprost" - mimo że wcześniej odmówił udostępnienia nagrań prokuraturze i ABW, argumentując - jak się okaże, słusznie - że może być w nich ślad chronionego tajemnicą dziennikarską źródła.

Wezwani na przesłuchanie Belka i Sienkiewicz zgodnie zeznali, że jedynym człowiekiem, który ich obsługiwał w restauracji "Sowa i Przyjaciele", był Łukasz N.

W prokuraturze Łukasz N. obciążył biznesmena Marka Falentę i jego wspólnika (prywatnie szwagra) Krzysztofa Rybkę. Zeznał, że Falenta i Rybka dali mu sprzęt podsłuchowy i kazali nagrywać biznesmenów goszczących w restauracji. Dostał za to w sumie 105 tys. zł. Miał też otrzymywać prowizje od zysków z operacji - głównie giełdowych - opartych na informacjach z podsłuchów.

Łukasz N. nie odsłuchiwał nagrań, ale zapisywał w notesie kogo, gdzie i ile razy nagrano.

Do biznesu podsłuchowego Łukasz N. wciągnął wspólnika - Konrada L., sommeliera z restauracji "Amber Room". Jednak Konrad nie miał kontaktu z Falentą i Rybką. Od Łukasza dostał tylko 10 tys. zł i żadnego "udziału w zyskach" - czytamy na stronach "GW.

Łukasz N. powiedział śledczym, że podsłuchiwał za pomocą miniaturowych dyktafonów ukrytych w pamięci przenośnej typu pendrive. Kelner kładł pendrive na regale w pobliżu stołu.

"Prokuratura bada teraz historię biznesową Marka Falenty, Krzysztofa Rybki, członków ich rodzin z ostatniego roku. I sprawdza osoby, które mogły działać na ich zlecenie. Jeżeli natknie się np. na transakcje giełdowe wskazujące, że podejrzani wykorzystali zdobyte w podsłuchach informacje, może im postawić zarzuty tzw. insider trading, czyli posługiwania się na giełdzie nielegalnie zdobytymi informacjami. Grozi za to do ośmiu lat więzienia plus przepadek zysków i grzywna - znacznie wyższa niż za nielegalne podsłuchiwanie (do dwóch lat) - pisze "GW".

Falenta miał ujawnić nagrania, by zemścić się na rządzie za rzekome zniszczenie jego spółki SkładyWęgla.pl importujące rosyjski węgiel. Jak zauważa gazeta, wiadomo było, że po przekazaniu podsłuchów "Wprost", wpadnie, straci pieniądze i poniesie karę. Zachowywał się więc jak samobójca. Dlaczego - "GW" stawia pięć hipotez: Łukasz N. pracował dla obcych służb; kryje swoich prawdziwych mocodawców, a Falentę obciąża, bo biznesmen wyrzucił go z pracy; Falenta działał z inspiracji kogoś, kto przekonał go, że opublikowanie nagrań obali rząd, a wtedy nikt nie będzie dociekał, kto nagrywał; Falentę wrobiły nasze służby; Falentę namówił dziennikarz Piotr Nisztor.

Więcej na ten temat - na stronach "Gazety Wyborczej".

Dowiedz się więcej na temat: taśmy 'Wprost'

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje