Afera podsłuchowa

Niemiecki ekspert komentuje aferę taśmową

Jeżeli w rewizji w redakcji "Wprost" brali udział funkcjonariusze służb specjalnych, to z naszego punktu widzenia była to ostra ingerencja w wolność prasy. Taki przypadek zdarzył się także w RFN - mówi Roman Portack, prawnik i członek Niemieckiej Rady Prasowej, organizacji autokontroli mediów zajmującej się m. in. etyką dziennikarską.

DW: Czy przeszukanie redakcji "Wprost" byłoby w Niemczech dopuszczalne?

Reklama

Roman Portack: Tylko wówczas, gdyby istniał wystarczający dowód na popełnienie przestępstwa oraz gdyby była to decyzja sądu. Wyjątkiem od tej reguły byłaby tylko sytuacja, gdyby istniało ryzyko z powodu zwłoki, czyli np. gdyby czekanie na decyzję sądu wiązało się z niebezpieczeństwem zniszczenia dowodów.

A czy w Niemczech redakcje mogą publikować podsłuchane rozmowy, czy to też w świetle prawa przestępstwo?

- Trzeba rozróżniać między tym, co ma miejsce przed publikacją artykułu - czyli prowadzeniem tajnego dochodzenia dziennikarskiego, a tym, co się dzieje po publikacji. Punkt 4. kodeksu prasowego zasadniczo zabrania używania nielegalnych metod. Jednak pojęcie "nielegalne metody" jest kwestią kontekstu i dlatego istnieje trochę wyjątków od tej zasady.

Ma pan na myśli np. dziennikarza Guentera Wallraffa, który podając się za kogoś innego zatrudnia się w firmach, aby pokazać, że te łamią prawo?

- Owszem - ustawodawstwo kieruje się w Niemczech zasadą, że jeżeli istnieje wystarczający interes publiczny, to usprawiedliwia on pewne nietypowe działania dziennikarzy. Nie może być to jednak wytłumaczeniem dla wszystkich nadużyć. W 2010 roku rozpatrywaliśmy w Radzie Prasowej przypadek śledzenia i podsłuchiwania znanych polityków przez media. Nie chodziło o ich działalność polityczną, lecz o życie prywatne. Nigdy do końca nie udowodniono, że miało to miejsce, dlatego tylko zaapelowaliśmy do mediów o przestrzeganie Kodeksu Prasy. Publiczne zainteresowanie życiem prywatnym polityków nie jest wystarczającym powodem do nadużyć.

A co jest takim powodem? Kiedy można w Niemczech śledzić i podsłuchiwać? Czy aktualny przypadek z Polski by to uzasadniał?

- Mam wrażenie, że jak najbardziej. Chodzi o zainteresowanie opinii publicznej sprawami państwowymi najwyższej rangi. Opinia publiczna ma prawo to wiedzieć.

A jaką rolę odgrywa fakt, skąd pochodzi nagranie?

- W Niemczech rozróżniamy dziś rolę źródła informacji i dziennikarza. Ktoś, kto tajnie podsłuchuje i nagrywa rozmowy osób trzecich, dopuszcza się z reguły przestępstwa, ale nie dotyczy to dziennikarza, który chce to opublikować, gdyż sprawa jest przedmiotem najwyższego zainteresowania opinii publicznej. Ponieważ dziennikarz jest chroniony przez prawo, a jego źródło nie, więc tym ważniejsza jest ochrona źródła przez dziennikarza.

A jeżeli dziennikarz sam podsłuchuje i nagrywa rozmowy?

- To jest bardzo delikatny punkt, także z perspektywy prawa wymaga zwykle indywidualnego rozpatrzenia.

Czyli w Niemczech taki przypadek powędrowałby przed Trybunał Konstytucyjny?

- Jest to bardzo możliwe.

A gdyby wcześniej doszło do przeszukania pomieszczeń redakcji?

- Sprawa przeszukiwania redakcji jest jeszcze trudniejsza niż kwestia zdobycia tajnych informacji. Punkt 5 Kodeksu Prasy zobowiązuje dziennikarzy i redakcje do absolutnej ochrony źródła informacji. Jeżeli przestaje się tego przestrzegać, wówczas źródła informacji czują się zastraszone i nie informują prasy o nadużyciach, o jakich wiedzą - w obawie przed konsekwencjami. Dlatego przeszukiwanie redakcji jest poważną formą nacisku na prasę i ograniczenia jej wolności. Z tego, co mi wiadomo o próbie przeszukania "Wprost", w akcję mieli być zaangażowani przedstawiciele służb specjalnych, którzy ponoć przy użyciu siły próbowali zabrać komputery. Jeżeli tak było, to byłaby to z naszego punktu widzenia ostra ingerencja w wolność prasy. Mieliśmy podobny przypadek kilka lat temu w redakcji "Cicero".

Miesięcznik "Cicero" opublikował wtedy artykuł o znanym terroryście bazując na tajnym raporcie Federalnego Urzędu Kryminalnego...

- Tak, a prokuratura w Poczdamie uznała, że to wystarczający powód, aby przeszukać redakcję i dotrzeć do źródła przecieku. Weszła więc do jej pomieszczeń - zresztą z odpowiednim nakazem sądowym - i skonfiskowała komputery. Najwyraźniej sąd uznał, że tajemnice państwowe są ważniejsze, niż wolność prasy. Trybunał Konstytucyjny skasował jednak taką interpretację i jasno powiedział, że takie działanie godziło w artykuł 5 Ustawy Zasadniczej gwarantujący wolność prasy. Przeszukanie redakcji zostało uznane za rażące łamanie prawa i próbę zastraszenia dziennikarzy. Świadomość, że publikacja tajnych informacji może za sobą pociągnąć przeszukanie redakcji przez prokuraturę i wykrycie źródła lub jeszcze gorzej - jak w przypadku Polski - przez tajne służby gotowe do użycia siły - prowadzi w redakcjach do autocenzury. A to jest ograniczenie wolności prasy.

Czy ten wyrok coś zmienił dla prasy w Niemczech?

- Tak, wzmocnił prawa prasy i doprowadził do zmiany myślenia władzy wykonawczej. Bezpośrednią konsekwencją była zmiana ustawodawstwa i kodeksu karnego. Wcześnie dziennikarz pomagający lub namawiający dane źródło informacji do złamania tajemnicy służbowej mógł być karany. Teraz już nie. W "Cicero" ściśle tajne dokumenty dostarczył urzędnik Federalnego Urzędu Kryminalnego. Wedle obowiązującego teraz prawa on złamał prawo, ale dziennikarz nie. Po wyroku Trybunału wprowadzono bowiem nowy punkt do kodeksu (353/3a), który mówi, że współudział dziennikarza nie jest karalny, oczywiście tylko wtedy, jeżeli służy dokumentacji konkretnej sprawy, którą jest zainteresowana opinia publiczna. Tym samym dziennikarze mogą pomagać w zdobywaniu informacji, przyjmować je oraz publikować. I tym bardziej muszą chronić źródła.

Rozmawiała: Róża Romaniec

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje