"Polsko-polska rozgrywka" na szczycie UE

"Nigdy nie zgodzimy się na to, by mówić o Europie kilku prędkości" - zaznaczyła premier Beata Szydło na konferencji prasowej po drugim dniu szczytu UE. Na czym polega nowa koncepcja integracji i czy głos Polski - po wczorajszych wydarzeniach w Brukseli - nadal będzie się liczył w Unii Europejskiej wyjaśnia w rozmowie z Interią dr Agnieszka Łada z Instytutu Spraw Publicznych.

Justyna Mastalerz, Interia: Dyskusja na temat Europy dwóch prędkości nabrała rozpędu po spotkaniu państw "wielkiej czwórki" w Wersalu, wczoraj i dziś dyskutowali na ten temat unijni przywódcy podczas szczytu UE w Brukseli. Na czym polega ta koncepcja?

Dr Agnieszka Łada, Instytut Spraw Publicznych:
Tak naprawdę Europa dwóch, a nawet wielu prędkości, już od dawna istnieje. Jest to Europa składająca się z takich części, jak strefa Schengen czy strefa euro. Polega na tym, że niektóre kraje mocniej współpracują w wybranych obszarach. Obecnie już część państw jest właśnie w tej jednej, szybszej prędkości - mocniej się integrują w ramach układu z Schengen czy Eurolandu, a inne są poza tym. Te rozwiązania już obowiązują i nie są niczym nowym. Zresztą Polska w jednym z nich - Strefie Schengen - uczestniczy, a, według traktatu akcesyjnego, powinna także dołączyć do strefy euro. Nowością jest jednak to, że koncepcja ma być pogłębiana. To pomysł o tyle przyszłościowy i rozwojowy, bo będzie dotyczył kolejnych obszarów integracji, m.in. polityki migracyjnej czy kwestii bezpieczeństwa.

Reklama

Jakie są szanse na rzeczywistą realizację tej koncepcji?

- Ta koncepcja, na pewno ma szanse realizacji, nie tylko dlatego, że już istnieją pewne elementy silniejszej integracji w poszczególnych dziedzinach, ale także dlatego, że większość krajów członkowskich widzi, że nie bardzo jest szansa na inne rozwiązania.

Pomysł "wielkiej czwórki" napotkał już głosy krytyki, m.in. ze strony Grupy Wyszehradzkiej oraz Austrii. Rządy tych państw twierdzą, że koncepcja nie spowoduje wyjścia z kryzysu, ale przeciwnie - pogłębi go.

- Niestety, w Unii Europejskiej wszystko działa w ten sposób, że nigdy do końca nie można przewidzieć, czy coś będzie rozwiązaniem kryzysu, czy raczej kolejnym problemem. Dotyczy to zwłaszcza tak poważnych kwestii jak działania na rzecz zmiany koncepcji integracji europejskiej, a tym jest właśnie rozwijanie idei Europy "wielu prędkości". Kraje, które dążą do tych rozwiązań chcą, by Unia Europejska miała się lepiej, ale czy to wyjdzie, zależy nie tylko od nich, ale także od czynników zewnętrznych. Pamiętajmy, że UE nie działa w próżni. Dużo zależy chociażby od tego, co zrobi nowa administracja amerykańska, jak będą się ustosunkowywały do Europy Chiny czy Rosja, i jak zadziałają poszczególne kraje członkowskie. Zbliżające się wybory w Holandii, Francji i Niemczech to jest zagadka i nie do końca wiemy, jak ostatecznie będzie realizowana tam polityka. Wszystko to może pogłębić kryzys, natomiast warto zadać pytanie, czy inne działania, albo ich brak, również by tego kryzysu nie pogłębiły?

Czy istnieje zagrożenie, że w obliczu sprzeciwu wobec nowej koncepcji integracji dojdzie do kolejnych "exitów"?

- W tym momencie na pewno nie możemy mówić o bliskich "exitach". To jest możliwość i perspektywa długofalowa. Oczywiście, nie należy jej lekceważyć, ale to nie są procesy, które będą nam towarzyszyć w najbliższych miesiącach. Od momentu, kiedy padło pierwsze hasło ewentualnego Brexitu, do chwili, gdy zorganizowano referendum, minęło kilka lat. To proces wieloletni. Jeżeli jakieś kraje czy politycy zaczną się przymierzać do "exitów", to na pewno nie dojdzie do nich w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat. Może jedynie dojść do kolejnych decyzji na ten temat, które zapoczątkują proces potencjalnego wychodzenia jakiegoś kraju lub krajów z UE.

- Obecna sytuacja w Unii Europejskiej nie sprzyja jedności, a podziały się pogłębiają. Z drugiej strony - jak wczoraj pokazano - większość państw potrafi się zjednoczyć. Przywódcy widzą, że należy działać wspólnie, jeżeli uważają, że pewne rozwiązanie jest dobre.

Konkluzje wczorajszego szczytu poparło 27 państw. Zabrakło jedynie zgody i podpisu premier Beaty Szydło. Czy w koncepcji unijnej integracji jest nadal miejsce dla Polski?

- Rząd Prawa i Sprawiedliwości wczorajszym działaniem zmarginalizował swoją pozycję i bardzo osłabił możliwości wpływania Polski na kolejne decyzje UE. Pozbawił się zaufania unijnych partnerów i nie jest już brany na poważnie, a to najgorsze co może się stać w takim kręgu, w rozmowach na najwyższych szczeblach.

Jakie konsekwencje mogą z tego wyniknąć?

- Na pewno Polska nie będzie teraz darzona zaufaniem, a to znaczy, że nie będzie konsultowana jako pierwszoplanowy partner, nie będzie także zapraszana do składania wspólnych kolejnych propozycji na temat tego, jak ma wyglądać Unia Europejska. Takie propozycje składa się z tymi, którym się ufa i wierzy, że ma się w nich oparcie i można wspólnie coś konstruktywnego zdziałać. Polska wczorajszym działaniem, niestety, pokazała, że tak nie jest.

Nasz głos przestanie się liczyć na arenie europejskiej?

- Nie, nadal będzie się liczyć na arenie europejskiej, bo jesteśmy dużym krajem, a to ma znaczenie. Mamy dużą populację, a to odbija się na głosowaniach w Radzie Unii Europejskiej. Bardzo wiele krajów wciąż chce włączać Polskę w różne procesy. Państwa będą znowu dawały Polsce szanse, ale będą robiły to o wiele mniej chętnie, mając o wiele większe obawy. Wiele krajów wzbija się ponad podziały, więc wzbije się też ponad fatalną atmosferę, jaka powstała wczoraj. Natomiast na pewno nie będzie to już głęboka i szczera współpraca, a raczej wymuszona.

Donald Tusk powiedział na wczorajszej konferencji, że zrobi wszystko, by bronić polski rząd przed polityczną izolacją w Unii Europejskiej. Czy rzeczywiście grozi nam izolacjonizm?

- Polska będzie nie tyle izolowana, co mniej chętnie zapraszana do konsultowania. Nie będzie pierwszym partnerem. Izolacjonizm grozi nam wtedy, gdy takie zachowanie jak wczoraj będzie się powtarzać, a polski rząd nadal będzie stać na bardzo nieprzejednanym stanowisku. Można liczyć na to, że unijni partnerzy będą się wznosić ponad emocjonalne wybryki, ale nie będziemy w kręgu tych krajów, które będą chciały silnie współpracować na rzecz wypracowania kolejnych decyzji. Fakt, że nie było nas w Wersalu, jest pokazaniem, że Polska nie liczy się w takich rozmowach, a mogłaby.

Polski rząd uważa, że najpierw należy naprawić unijne procedury. Jarosław Kaczyński powiedział wprost, że wczoraj "złamano zasady".

- Wiadomo jest, że UE powinna być łatwiej zrozumiana dla obywateli, aby mieli do niej większe zaufanie. Rada Europejska jest natomiast specyficzną instytucją i myślę, że o wiele ważniejsza w tym kontekście jest praca nad wyborami do Parlamentu Europejskiego, bo to właśnie tam obywatele mogą się wypowiedzieć. Polski rząd stoi przed poważnym zadaniem, żeby przekonać Polaków, by wpływali na losy Unii Europejskiej poprzez udział w wyborach do PE. Nie można wszystkiego zrzucać na procedury w Radzie Europejskiej. Pamiętajmy, że to gremium podejmuje decyzje, takie jak ta o wyborze swojego przewodniczącego, większością głosów. To nie jest nieprzejrzysta procedura. Choć oczywiście wiele kwestii jest niejasnych, to fakt. Ale to nie jest największy problem UE obecnie.

Co takim zachowaniem próbuje zatem uzyskać polski rząd?

- Wczorajszy szczyt to była, niestety, polsko-polska rozgrywka na arenie europejskiej, co tym bardziej zniechęciło do nas inne kraje. Gdyby tak nie było, to myślę, że wiele państw poważniej pomyślałoby nad polską opinią. Tam absolutnie nie chodziło o kandydata Jacka Saryusza-Wolskiego. Pozostałe kraje były po prostu zniechęcone późnym zgłoszeniem kandydata i stylem, w jaki strona polska poprowadziła cały proces.

Nawiązując na koniec jeszcze raz do "exitów"... Czy brak poparcia dla Donalda Tuska, nieprzyjęcie konkluzji szczytu, niezgoda na rozwój koncepcji Europy "dwóch prędkości" są pierwszym krokiem polskiego rządu do ewentualnego "Polexitu"?

- To przede wszystkim może być pewien krok ku zniechęcaniu Polaków do Unii Europejskiej, a długofalowo może to prowadzić do pojawienia się poważnych głosów o wyjściu Polski z UE. I to jest najgorsze, co się może zdarzyć. Propaganda i niezgodne z prawdą komentarze na temat Unii Europejskiej, jakie pojawiły się po wczorajszym szczycie, są już nie tylko niepokojące. Są po prostu bardzo niebezpieczne. To może być "kamyczek", który doprowadzi do rozmów o "Polexicie" w przyszłości. Oby nie. Obyśmy byli na tyle silni, żeby pokazać, że naprawdę Unia Europejska jest wartością. Także dla nas, dla Polaków.

Rozmawiała Justyna Mastalerz

***

Przeczytaj materiały Interii prosto z Brukseli:

Polska sobie rzepkę skrobie

Procedura KE wobec Polski. To Tusk dał "zielone światło"?

Niemcy mają dla Polski propozycję nie do odrzucenia?

Ryszard Czarnecki: Świetny manewr rządu PiS

Jarosław Wałęsa: To zdrada. Wszyscy tak to postrzegają

"Zachowanie polskiego rządu? Nieodpowiedzialne"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje