Wenta: Mama mówiła, że wszystko, co przed nazwiskiem, mija

- W piłce ręcznej mamy 60 minut twardej, cholernej walki, ale potem podajemy sobie rękę. Dzisiejsza polityka, nie tylko w Polsce, zatraciła zdolność dyskusji - przekonuje w rozmowie z Interią Bogdan Wenta, kiedyś jeden z najlepszych polskich piłkarzy ręcznych, później trener i menedżer, a dziś europoseł.

Łukasz Szpyrka: Wygodnie panu w garniturze?

Reklama

Bogdan Wenta: Nie mam z tym problemu.

Okulary, garnitur, krawat. Nie wygląda pan jak Bogdan Wenta, którego pamiętają Polacy.

- Okulary to tylko dlatego, że się starzeję. Nie chcę, by dodawały mi powagi - potrzebuję ich po prostu do pracy.

Nie wskoczy pan już w dres? Nie zawiesi na szyi gwizdka?

- Nigdy nie można powiedzieć "nigdy", bo życie pisze różne scenariusze. Wciąż jestem związany ze sportem, bo udzielam się w komitecie olimpijskim, a także przy ZPRP. W samym Parlamencie Europejskim staraliśmy się z pewną grupą posłów, by sport został dostrzeżony jako coś odrębnego. Wcześniej istniał w ramach edukacji, a i to tylko do wieku maturalnego. Nikt nie dostrzegał ważnych elementów. Sport postrzega się emocjami. Gdy piłkarze wygrają na Stadionie Narodowym, mówimy: "Ale fajnie!", a jak przegrają: "Co oni tam grali!?". Tak jest szczególnie w grach zespołowych. Nikt nie dostrzega, że za tym stoją twarde liczby. Liczby, które mówią, że to się rozwija i daje dochód. Warto więc w takie coś zainwestować.

Jak często wraca pan do Polski?

- Posiedzenia komisji w Brukseli mam w poniedziałki i wtorki. W środę mam najczęściej różne spotkania. W czwartek kończę komisją i tak naprawdę mogę jechać na lotnisko. Wieczorem wracam do Warszawy, w nocy jestem w Kielcach. Oznacza to, że w piątek i sobotę jestem w regionie. Niedziela teoretycznie jest dla rodziny, ale czasem trzeba spotkać się z ludźmi. Tego nauczył mnie sport - pewnej autodyscypliny.

Polityka wciąga?

- Jestem tutaj w dwóch ważnych komisjach. Przede wszystkim zależało mi na tym, żeby patrzono na sport inaczej, oddzielnie, nie tylko w połączeniu z edukacją. Do tej pory tego nie było, bo sport istniał tylko jako gałąź szeroko pojętej edukacji. Inna ważna sprawa to zachęcanie sportowców do równoległego kierowania kariery, ale też szukanie innej drogi. To taka dziedzina życia, która wymaga pewnej elastyczności i świadomości, że dziś mogę być jak Robert Lewandowski - na topie, ale jeśli ktoś mu jutro, przepraszam, połamie nogi, to co wtedy? Oczywiście nie życzę tego Robertowi, ani nikomu innemu, ale podaję przykład. Spotkałem wielu, którzy byli bardziej utalentowani ode mnie, ale tak ułożyło im się życie, przez kontuzje, nawyki, nieprzemyślane decyzje, że dziś są osamotnieni i uzależnieni od innych, są inwalidami życiowymi.

- Te sprawy były tutaj dla mnie bardzo istotne. To było ważne zadanie, by w portfelu komisarza, którym w tym momencie jest Węgier Tibor Navracsics, znalazło się coś na sport. Mówiłem o tym całym problemie szefowi gabinetu Junckera. Na początku nasz projekt zintegrowanego podejścia do polityki sportowej był odrzucony. Mówiono, że sport powinien zostać w interesie tylko państw członkowskich. Uważam, że nie. Chciałem to wszystko określić w jednym wspólnym dokumencie, bo jak się okazało, sport daje więcej dochodu niż rolnictwo, rybołóstwo i leśnictwo razem wzięte. Eventy sportowe, organizacja imprez dają ogromne pieniądze. Co więcej, sport to dziś w Europie od 7 do 10 mln miejsc pracy. W tej chwili jest to już przedział gospodarki.

Słuchając pana mam wrażenie, że jednak "panie pośle" a nie "panie trenerze".

- Nie ma to znaczenia. Kiedyś mama powiedziała mi jedną ważną rzecz: "wszystko, co mamy przed nazwiskiem, jest czasowe". Imię i nazwisko zostają. Inna sprawa, że trudno dla kogoś ze sportu odnaleźć się w tym wszystkim. By odpowiedzieć tym, którzy krytykują, starasz się być punktualny, odpowiedzialny i zaangażowany. Muszę to robić. Biorę udział w posiedzeniach komisji, np. ostatnio pojawił się na niej element polski, wiadomo z jakich względów. Sytuacja, która podzieliła nasze społeczeństwo w kraju powoduje, że ten element przewija się też tutaj. Tylko nie tak, jak często jest to przekazywane, że ktoś jest "za" Polską lub "przeciw". Dużo się rozmawia, negocjuje, podczas posiedzeń komisji. Widać, że nieco inaczej mówi się o Polsce. Niestety tracimy pewien dystans. Jeszcze niedawno było inaczej. Byliśmy przykładem, jeśli chodzi o akcesję, samorządy i wykorzystanie funduszy. Ktoś powie, że krytykuję, ale staram się przedstawić inne podejście. Nie barwy, które się nosi powodują, że jest się dobrym zawodnikiem. Obok mamy oczywiście innych graczy, ale to ja sam decyduję czy będę się wyróżniał w tej koszulce, czy zostanie zauważone to, co robię. Przegrana często jest dramatem dla wielu ludzi, ale jest też świetną nauką i daje perspektywę. Bo możesz pójść tylko do przodu.

Podczas dyskusji o Polsce i głosowania w europarlamencie nad rezolucją, która w perspektywie może wiązać się z sankcjami dla Polski, wstrzymał się pan od głosu. Dlaczego?

- W tej całej rezolucji chodziło o interpretację poprawki nr 14, która w wielu ocenach, może prowadzić do uruchomienia artykułu 7. Nie jestem prawnikiem albo bardzo doświadczonym politykiem, który takie sprawy z łatwością zrozumie. Mogę panu powiedzieć, jak wziąć czas w grze, a nie wytłumaczyć, na czym ta cała rezolucja polega. Wiem jednak, że z niektórymi sprawami możesz się zgadzać lub nie, a na końcu musisz zdecydować. W tym przypadku, po wydarzeniach, które miały miejsce w Polsce, nie zgadzam się z tym, co dzieje się w kraju, ale też nie chciałbym, żeby cały kraj ponosił konsekwencje za to, jak ktoś prowadzi reprezentację - używając języka sportowego.

- Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że zatraciliśmy poziom debaty, rozmowy. Skończyły się granice pewnej formy gry. W piłce ręcznej mamy 60 minut twardej, cholernej walki, ale potem podajemy sobie rękę. Jeżeli pan mnie ograł, to gratuluję, ale następnym razem znów panu nie odpuszczę. Wydaje mi się, że dzisiejsza polityka, nie tylko w Polsce, zatraciła zdolność dyskusji. Co robimy? Często narzekamy na Unię, że tego nie zrobiła, tego nie dała. Z drugiej strony cieszymy się, że za granicę jedziemy bez kontroli paszportowej, możemy wszędzie pracować, za niewielkie pieniądze dzwonimy do rodziny w innych państwach. To prawa, które stały się fundamentem, których często już nie doceniamy.

Odwołując się do słynnego już wpisu Donalda Tuska - Polsce coraz bliżej do Kremla?

- Trudno komentować mi wpisy pana przewodniczącego. Nie jestem typem człowieka, który działa emocjonalnie. Zresztą ludzie tutaj byli zdziwieni, że jestem taki spokojny, bo oglądali mnie wcześniej na wideo, kiedy biegam po parkiecie, krzyczę, macham rękami. Donald Tusk ma więcej informacji od kuchni. Rolą najwyższych graczy, a takim jest Tusk jako przewodniczący RE, jest pewne rzeczy wiedzieć, patrzeć na nie z innej perspektywy. Czy miał prawo tak napisać? Nie jestem tak blisko tego człowieka, by go oceniać. Oczywiście ktoś powie, że muszę się określić, bo albo noszę biało-czerwoną koszulkę, albo niebieską z gwiazdkami. Wielu zapomina, że teraz jest to praktycznie to samo. Zgadzam się, że UE ma pewne problemy, zgadzam się, że zmiany muszą nastąpić. Kwestia dotyczy jednak kierunku zmian. Niektórzy mówią: "używajmy tylko naszych produktów, zamknijmy granice". Ale dlaczego w takim razie wyjeżdżamy na wczasy za granicę? Dlaczego przywozimy niemieckie piwo czy włoskie wino? Mamy przecież polski bigos, produkty mleczne, świetne mięso. Zawsze coś nowego, co wprowadzamy, powoduje strach. A z doświadczenia trenerskiego wiem, że strach powoduje agresję. Inna sprawa, że UE jest dla nas formą bezpieczeństwa. A to słowo niech każdy sobie zinterpretuje.

Zna pan środowisko kibicowskie. M.in. kibice uczestniczyli w Marszu Niepodległości w Warszawie. Czy wśród nich byli "faszyści"?

- Wiem, do czego pan zmierza. Podczas debaty dotyczącej Polski padły różne sformułowania, również odnoszące się do Marszu Niepodległości. Trudno nie zauważyć transparentów, które tam się wtedy pojawiły. Oglądałem ostatnio telewizję niemiecką i oni mają podobny kłopot. Te problemy nie są tylko naszymi problemami. Jeśli pyta pan o podejście do manifestacji, to ważną sprawą jest zawsze, jak manifestujemy. Każdy ma wewnętrze potrzeby. Sam zwykle miałem problem, gdy kibice prosili mnie o podpis na fladze. Kim ja jestem, żeby złożyć autograf na fladze? Może czymś innym jest szalik, ale podpis na fladze?

Podpisywał pan?

- Oczywiście. To po to stoisz przed meczem, mobilizujesz się, śpiewasz hymn, przechodzą po tobie ciarki. Dla tej flagi. Jak wygrasz, to stoisz. Ale jak przegrasz, to też stoisz, choć dookoła ciebie nikogo nie ma. Zawsze jak wygrywałem, a dziennikarze pytali jak się czuję, mówiłem, że plecy mnie bolą. Od poklepywania. A jak przegrywaliśmy, to odpowiadałem, że czuję się lepiej, bo nikt za mną nie stoi i mnie nie poklepuje.

Dziś rzadziej jest pan poklepywany, bo jest pan daleko. To, co dzieje się w kraju, dzieli. Dostrzega pan to z perspektywy Brukseli?

- Pochodzę z Wybrzeża, ale od 10 lat mieszkam w woj. świętokrzyskim. Ta narracja, którą często znamy z telewizji, przesuwa się na normalny poziom sąsiedzki. W pewnym momencie tego nie było, ale dziś znów zaczynamy ważyć słowa, zastanawiamy się z kim rozmawiamy. I nie mówię z perspektywy posła, a zwykłego obywatela, sąsiada.

Wspomniał pan o koszulce w biało-czerwone barwy lub w niebieskie gwiazdki. Nie chce pan włożyć tej trzeciej, z herbem Kielc?

- Zmierza pan do wyborów samorządowych... To wszystko jest kwestią czasu i pewnych ustaleń. Odpowiem panu tak, jak wcześniej: nigdy nie można powiedzieć "nie". Trzeba podejść do pewnych kwestii racjonalnie. Oczywiście, ta opcja wchodzi jak najbardziej w rachubę, ale wymaga to pewnych ustaleń.

Na poziomie Platformy Obywatelskiej?

- Nie jestem członkiem PO.

Tak, ale prawdopodobnie to Platforma poparłaby pana kandydaturę.

- Wybory samorządowe, jak nazwa wskazuje, powinny opierać się nie tylko na partiach, ale też na komitetach oddolnych, lokalnych.

Pierwsze sondaże dają panu duże szanse.

- Wie pan, z sondażami jest tak, jak z faworytami przed meczem. Lepiej nie być faworytem, a zrobić niespodziankę.

Na swojej stronie internetowej pisze pan o sobie: "życie nauczyło mnie odważnie marzyć". Ile tych odważnych marzeń jeszcze ma pan przed sobą?

- Jest wiele planów. Byłem zawodnikiem, trenerem, menedżerem, teraz jestem europosłem. Gdyby ktoś powiedział mi o tym pięć lat temu, pewnie odszedłbym z uśmiechem. Życie pisze nam różne scenariusze. Zawsze kolejny osiągnięty cel, jest dopiero początkiem. Mówiąc np. o wyborach samorządowych, mówimy o odpowiedzialności za prawie 200 tys. ludzi! Łatwiej jest prowadzić 20 facetów w reprezentacji, ale zawsze warto sobie stawiać jeszcze wyższe cele.

Wciąż codziennie rano robi pan 200 pompek?

- Może już trochę mniej... Staram się utrzymywać formę, bo o bieganie coraz trudniej. Może się usprawiedliwiam, bo mam już swoje lata, ale staram się o siebie dbać. Żona mnie motywuje, bo czasem mówi: "O! Pasek ci się nie dopina". Sport to jednak takie coś, co siedzi w człowieku, weszło w geny. Czasem trzeba sobie tylko przypomnieć.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje